Recenzja: MrSpeakers Ether Flow C

MrSpeakers Ether Flow C HiFi Philosophy 015   Sfinalizujmy sprawę flagowych słuchawek od MrSpeakers. Odrobiona została już część tycząca otwartych, czas na zamknięte. Zwyczajem recenzji kolejnego produktu danej firmy migawkowo tylko przypomnę, że MrSpeakers to kalifornijska wytwórnia słuchawek, należąca do i kierowana przez Dana Clarka.

Dan jest człowiekiem w średnim wieku, ale doświadczenie inżyniera z branży audio ma za sobą długie, jako że jeszcze w latach 90-tych  konstruował kolumny głośnikowe oraz wzmacniacze, zyskując swój wszystko tłumaczący przydomek. Później rzuciło go w słuchawki, czyli głośniki zdecydowanie mniejsze, a ściślej wykonał modyfikację klasycznej konstrukcji ortodynamicznej Fostex TR-50, która tak klienteli przypadła do gustu, że skupił się tylko na niej. Dzięki zmodyfikowanym Fosteksom, ciągle zresztą oferowanym pod nazwą Alpha Dog, powiększył posiadany kapitał i mógł postawić duży zakład, a także rozwinąć badania nad produktem o wiele bardziej luksusowym, nowymi słuchawkami Ether. Te debiutowały stosunkowo niedawno, na przełomie 2014/15, zyskując z miejsca ogromną popularność i chłonny rynek zbytu. Nieco później, w połowie zeszłego roku, pojawiła się zmodyfikowana, jeszcze droższa wersja wzbogacona nazwowo o przydomek Flow, a związane z nią perypetie twórcze opisałem dokładnie w recenzji konstrukcji otwartej. Żeby się nie powtarzać, nie będę do tego wracał, zwłaszcza że temat jest obszerny i okraszony paroma wątkami; zachęcam jednak do bodaj pobieżnego jego przejrzenia, bo można się niejednego dowiedzieć. Tu natomiast skupimy się już tylko na samej technologii, wyglądzie i jakości surowców, a także na klasie wykonania i cechach użytkowych.

Budowa

Ten niezbyt atrakcyjny futerał mieści w sobie jedne z najlepszych słuchawek dynamicznych dostępnych na rynku.

Niezbyt atrakcyjny futerał mieści jedne z najlepszych słuchawek dostępnych na rynku.

   Słuchawki są ładne, lekkie, wygodne, stosunkowo łatwe do napędzenia i mają konstrukcję zamkniętą. To ostatnie stanowi jedyną różnicę względem wersji otwartej, lecz jakże istotną; pozwalającą ignorować otoczenie, a wraz z tym grać pełną parą w warunkach domowych i bez skrępowania przemierzać świat ze słuchawkami na uszach. To ostatnie stało się tak modne, że sam nie mogę uwierzyć. Na każdym kroku spotykam młode (i nie tylko) osoby w słuchawkach, poczynając od paradujących pod oknami pierwszoklasistów. Co ciekawe, przodować wydaje się w tym płeć piękna, tak samo jak w przypadku łączności telefonicznej. Młoda dama z pchełkami w uszach podłączonymi do smartfona, to widok jakże dziś częsty. Wątpię jednak, aby któraś zechciała przyozdobić się dużymi, masywnie wyglądającymi Ether Flow C – no chyba, że jedna z tych hardcorowych, co to „nie golą”, nie używają słowa „przepraszam” i przy każdej próbie ustąpienia miejsca wszczynają awanturę. Te, wręcz przeciwnie, lubią wyglądać masywnie i niejednokrotnie masywne są same, ale dość może o rzeczach przykrych. Rzucę tylko, że kiedyś mawiało się o takich wszystko najlepiej wiedzących i obrażających się pod byle pretekstem paniach tłumoki, a obecnie, całkiem zresztą jak dawniej, pasuje też do niejednej z nich obszerniejsze słowo tobół. Zostawmy jednak płeć piękną i jej mniej piękne przykłady.

Od strony czysto technicznej Ether Flow C są konstrukcją łączącą cechy słuchawek AMT i planarnych; w ślad za faktem, że membranę w przetwornikach mają jak AMT o kształcie harmonijki, a same przetworniki oparte o wielkopowierzchniowe magnesy, w ich przypadku podzielone na sekcje przypominające metalowe listewki. A w tych listewkach otwory, przez które ulatuje dźwięk, w ulepszonej wersji Flow przechodzący nie tylko przez nie, ale także uformowaną powyżej maskownicę na kształt zbioru niewielkich, lejkowatych trąbek. Ma ta maskownica zapobiegać wirom, interferencjom i odbiciom, ażeby przepływ fal dźwiękowych był jak najmniej zaburzany i dźwięk dzięki temu piękniejszy. Tą innowację, podobną nieco do znanego ze słuchawek Audeze Fazora, udostępnił na licencji ShareAlike, czyli do powszechnego wykorzystania, polski wynalazca Grzegorz Zieliński, i od niego Dan Clark ją zaczerpnął. Niestety nie miałem okazji by porównać pierwotną wersję Ether z tą wzbogaconą o maskownicę Flow, tak więc od siebie w tej sprawie nic nie powiem, panuje jednak powszechna opinia, iż dźwięk dzięki niej faktycznie staje się gładszy, melodyjniejszy.

A oto i one - MrSpeakers Ether Flow C.

Oto i one – MrSpeakers Ether Flow C.

Podobnie jak u Audeze, a inaczej niż u także planarnych OPPO i planarnego pierwowzoru Fosteksa, muszle flagowych MrSpeakers są okrągłe a nie prostokątne. To by musiało oznaczać mniejszą powierzchnię diafragmy, gdyby nie zapożyczona od AMT membrana harmonijkowa, która przeciwnie – oznacza wydatny przyrost powierzchni o niebagatelny czynnik siedem. Tak więc membrany u Ether Flow nie tylko nie są mniejsze, ale niespotykanie duże i na dodatek wyjątkowo szybko a także precyzyjnie reagujące, co jest kolejnym atutem przetworników konstrukcji AMT (Air Motion Transformer). Tak więc w normalnie wyglądających muszlach czai się super technologia, obecnie poza MrSpeakers stosowana jedynie w niszowych i podobnie drogich słuchawkach Ergo i oBravo! A skoro jesteśmy przy krewnych, to warto w tym miejscu nadmienić, że w odróżnieniu od obu technicznych krewniaków Ether Flow stały się bardzo popularne i szeroko komentowane.

Te normalnie wyglądające muszle z ukrytymi wynalazkami także od zewnątrz czymś się wyróżniają, pozwalając rozpoznać Flow C po wyglądzie na pierwszy rzut oka. Wyróżnikiem jest nieznaczna wklęsłość centralna i sam surowiec z którego je wykonano, wyglądający na karbonowy kompozyt. To jemu przede wszystkim, choć także tym w sztabki z otworami ukształtowanym magnesom, zawdzięczają słuchawki całościową lekkość, pozwalającą górować nad mającymi drewniane muszle flagowcami Fosteksa, nie mówiąc o zamkniętych czy nawet otwartych wyjątkowo ciężkich Audeze. Ether Flow C naprawdę są lekkie, do tego stopnia, że aż ich nominalny, podawany przez producenta ciężar 370 g, wzbudził me podejrzenia i sam je zważyłem, lecz rzeczywiście tyle ważą, chociaż wydają się lżejsze.

Tak jak i wersja otwarta, tak i Ether C są bardzo zachowawcze z wyglądu.

Podobnie jak wersja otwarta, Ether C są zachowawcze z wyglądu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Na lekkość składa się także niespotykana konstrukcja pałąka, wykonanego z dwóch cienkich nitinolowych prętów, do których podwieszono regulowaną „wyżej-niżej” opaskę nagłowną ze skóry. Gdyby nie ona, pałąka nie byłoby prawie widać, tak bardzo jest ażurowy. Wynika to z faktu, że nitinol (stop niklu z tytanem z kilkuprocentową przewagą tego pierwszego) wykazuje ogromną odporność na uszkodzenia, elastyczność i niezłomną wręcz zdolność powrotu do zadanego obróbką termiczną kształtu, dzięki czemu nitinolowe kształtki tworzące rusztowanie pałąka mogą być niespotykanie cienkie, a więc mało rzucające się w oczy.

Do konstrukcyjnego kompletu dołączają mięsiste pady obszyte prawdziwą skórą, mające podłużne, prostokątne, stosunkowo niewielkie wycięcia wewnętrzne, sprawiające że kontakt ze skórą ma miejsce na dość dużej powierzchni. Nie jest to żaden kłopot, bo dotyk jest bardzo przyjemny, a do grona zalet dochodzi solidne trzymanie i przede wszystkim wyjątkowo dobra izolacja od otoczenia. Jeśli więc komuś zależy na szczególnej w obu kierunkach izolacji, Ether Flow C należą pod tym względem do najściślejszej czołówki.

Wysokich ocen nie można natomiast wystawić opakowaniu. Przyzwoite, stosunkowo niewielkie i niczym się nie wyróżniające pudełko z grubej, czarnej tektury skrywa praktyczne wprawdzie, ale niespecjalnej urody etui z lekkiego, twardego tworzywa o ergonomicznym ukształtowaniu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie paskudny odcień brązu i wyścielenie równie paskudnym szarym poszyciem. Praktyka bardzo wyraźnie góruje w tym wypadku nad wyglądem, ale na szczęście same słuchawki prezentują się bez zarzutu – są ładne, wyglądają na bardzo porządnie i wykonano je z wysokogatunkowych, po części nawet bardzo szczególnych surowców. Wysokogatunkowy jest także kabel, o którym w recenzji wersji otwartej pisałem, że wykonuje go specjalistyczna firma zewnętrzna, że nazywa się DUM i że jako jedyny z producenckich mógł się mierzyć z najwyższej klasy okablowaniu słuchawkowemu Tonalium. Nie bacząc jednak na jego jakość MrSpeakers oferuje swe Ether także z innym okablowaniem, którego wyjątkowy jest wybór. Słuchawki można więc za dopłatą zamawiać z kablami od Audio DNA, Amplifier Surgery, BTG Audio, Double Helix Cables, Effect, Foranza, Kimber Cables, MIT Cables, Moon Audio, Nordosta, Norse albo WyWires.

Jedynym urozmaiceniem wizualnym jest karbonowe wykończenie komór akustycznych.

Jedynym akcentem wizualnym jest karbonowe pokrycie zewnętrzne komór akustycznych.

Szczególną uwagę pragnąłbym przy tej okazji zwrócić na drogi niestety kabel Kimbera (około €800), noszący nazwę AXIOS, z którym oba modele Ether prezentowały się na Can Jam w Londynie, gdzie tak zawładnęły wyobraźnią Karola. Grały z nim ponoć wyraźnie lepiej niż z dołączanym obligatoryjnie DUM, tak więc jest to poważny zawodnik, niewątpliwie wart rozważenia.

Pozostały jeszcze do wymienienia podstawowe dane techniczne. Producent nie podaje pasma przenoszenia, tłumacząc się niejednoznacznością wyników pomiarowych odnośnie tego parametru oraz brakiem jego korelacji z jakością brzmienia. (A Focal tak się swoim wyjątkowo szerokim pasmem chwalił…) Podaje natomiast 23-ohmową impedancję, efektywność na poziomie 96 dB/mW oraz wymiary przetwornika: 2.75” x 1.75” cala. Podaje też wagę – wspomniane 370 g, i oczywiście także cenę: 8990 PLN.

Odnośnie tej ostatniej powiedzieć można, iż jest wyraźnie wyższa niż u też zamkniętych flagowych Fostex czy Audeze, a jednocześnie zdecydowanie niższa niż u najwyższych modeli zamkniętych Ultrasona i Sony. Jest też aż trzykroć niższa niż u najdroższych obecnie oferowanych słuchawek planarnych – Abyss 1266 – lecz jednocześnie trzykrotnie niemal wyższa niż u chwalonych za jakość nowych Denon D7200 i AudioQuest NightOwl. A wszystko w następstwie coraz większej popularności słuchawek i kroczącego w ślad za nią coraz większego rozstrzału cen, notującego stałe i szybkie postępy.

Odsłuch

Wspomniane komory są dość duże i ciężkie.

Wspomniane komory mają lśniące pokrycie i prezentują się efektownie.

   Z uwagi na stosunkowo dużą skuteczność i niską impedancję są Ether Flow C dobrym kompanem odtwarzaczy przenośnych. Ich cena sugeruje przy tym towarzystwo takich wysokiej i najwyższej jakości, toteż użyłem czegoś ekstra – flagowego Astell & Kern AK380. Dla przeciwwagi jednak także o wiele tańszego Questyle QP1R, zarówno by się nie abstrahować się na szczytach ekonomicznych, jak i by pozwolić recenzowanym, uchodzącym za słuchawki szczególnie melodyjne, wykazać się w wymagających takiej melodyjności warunkach. Do porównań stanęły flagowe Fostex i Beyerdynamic, a także opisany już model otwarty, przez samego konstruktora wskazywany jako brzmieniowo bardziej udany (nieczęsta zaiste szczerość).

Z odtwarzaczami przenośnymi

Nie będę porównań rozbijał na Questyle i AK380, bo nie o odtwarzacze idzie. Niech więc wystarczy uwaga, że droższy okazał się lepszy pod każdym względem, a przede wszystkim gładszy, sam z siebie melodyjniejszy i głębiej przenikający w materię muzyczną, co nie przeszkodziło tańszemu grać też efektownie, mimo że nieco mniej gładko a bardziej pogłosowo. O wiele ciekawsze jednak, znacznie bardziej subtelne i wielorakie, pojawiły się różnice pomiędzy słuchawkami. Nie obyło się też bez zaskoczenia, co jeszcze dodało smaczku. Generalnie jednak zdiagnozowane we wcześniejszych recenzjach różnice się powtórzyły, tyle że różnice różnicami, a wybrać dla siebie najlepsze, to inna sprawa.

Zacznijmy od najtańszych, aczkolwiek z kablem Tonalium flagowe Beyerdynamic to jednakowa cena względem flagowych Fostex z oryginalnym. Duża, opisywana pogłosowością scena, to zdiagnozowany już wielokrotnie styl tych T1. Jednakże ich pogłosy są sprytnie wtopione w muzykę (nie mam pojęcia czy w sposób zamierzony, czy samo tak wyszło), stanowiąc w dużej mierze integralną część dźwięków a nie coś osobnego. To sprawdza się bardzo dobrze, a zarazem jest właściwe wyłącznie tym słuchawkom. U wszystkich pozostałych (także tych spoza porównań) dźwięki podstawowe i pogłos są dużo wyraźniej oddzielone, jawną tą separacją pozwalając bez problemu szacować ilość tego ostatniego. Ale wspomniana koherencja to nie jedyny czynnik scalający przekaz T1. Okazuje się, że ogół ich prezentacji stanowi coś najbardziej w porównawczym kontekście całościowego – ma najbardziej ujednoliconą formę. Niezbyt duże dźwięki mocno wprasowane są w holograficzną scenę, tworząc całość jednorodną brzmieniowo a zarazem szczególnie efektowną i przyjemną w odbiorze. Jedność formy oznacza bowiem brak wysiłku ze strony słuchającego, a jednocześnie nie jest to forma ujednolicana nudą, tylko przeciwnie – urodziwa i interesująca. Nie wiem, może mam do nich słabość, ale słuchałem z wyjątkową przyjemnością i aż ciężko było się rozstać. Nieznaczne przyciemnienie, wybitna szczegółowość i doskonałe spasowanie brzmieniowych składników czyniły przekaz szczególnie atrakcyjnym.

Na szczęście opaska nagłowna dostatecznie rozkłada ciężar całej konstrukcji na głowie słuchającego.

Cienka i elastyczna opaska nagłowna dobrze rozkłada ciężar na głowie słuchającego.

Podobnie i niepodobnie zagrały flagowe Fosteksy. Podobnie, ponieważ także echowo – tyle że w jawny, nawet narzucający się sposób; podobnie też, bo na dużej, holograficznej scenie i niespecjalnie dużymi dźwiękami.

Ich scena z porównywanych niewątpliwie była największa; największa w każdym kierunku. Samo zaś brzmienie najjaśniejsze i przez to momentami z Questyle cokolwiek irytujące. Może nie tyle całe jasne, co z rozjaśniającą sopranową poświatą, której zapewne kabel Tonalium albo inny podobny dałby radę, wpływając na poprawę urody. Co jednak jeszcze bardziej się narzucało, to wyraźnie większe rozbicie całościowej formy na dźwięki poszczególne, a więc mniejsza niż u T1 koncentracja na wyrazie całościowym, pozwalająca się odbierać zarówno jako odtwórczy pozytyw, jak i większa trudność słuchania. Nie słuchało się tych TH900 z odtwarzaczami przenośnymi lepiej, natomiast odniosłem wrażenie, że mają większy potencjał. Aż prosiło się zatem o lepszy kabel – jakiś ciemniejszy i poprawiający płynność. Dopiero z takim można będzie je ostatecznie ocenić, a bez niego tylko z AK380 brzmiały pod każdym względem wybitnie, okraszając swe popisy szczegółowości wielką sceną i znakomitą dynamiką.

Oba zaś modele MrSpeakers, o które przede wszystkim nam chodzi, pokazały wysoce odmienny styl od dynamicznych poprzedników z przetwornikami Tesla, przy czym łatwo było wskazać, co miał na myśli producent, który Karolowi w Londynie powiedział, że z otwartych bardziej jest zadowolony, a zamknięte zrobił tylko dlatego, że tak podyktował rynek. Sprawa ma postać banalną – otwarte odznaczają się większą otwartością. Można także dzięki temu powiedzieć, że bardziej są naturalne, to znaczy podobniejsze do brzmień słyszanych na co dzień. Niewiele mają pogłosu, plan pierwszy stawiają blisko słuchacza i grają cieplej, a także bardziej analogowo od konkurencji dynamicznej. Dźwięk nie jest ani jasny, ani ciemny, tylko taki, że się o nim w tych kategoriach nie myśli, na poziomie podświadomości akceptując przydaną mu naturalność.

Uprząż sprawia wrażenie dość delikatnej, choć w rzeczywistości jest bardzo stabilna.

Uprząż sprawia wrażenie delikatnej, ale w rzeczywistości jest solidna i stabilna.

Równocześnie te bliskie dźwięki są duże, tak jakbyś z kimś blisko siedzącym rozmawiał; a zarazem nie czuć żadnej bariery – żadnej ściany, elementu odbicia. Dźwięk propaguje swobodnie, wielkość sceny nie zaprząta uwagi, natomiast zaprząta ją naturalność i różnorodność szczególnie wiarygodnego brzmienia. Zatem wszystko byłoby super i złoty medal przyznany, gdyby nie jeden szczegół: z odtwarzaczami przenośnymi zamknięte MrSpeakers podobały mi się bardziej. Zwyczajnie były efektowniejsze swą tradycyjną, rozpoznawaną u wielu słuchawek teatralną formą. Nie z naturalną bliskością, dla której otoczenie drugorzędną jest sprawą, ale właśnie z naciskiem na ambience i wyzyskanie jego udziału. Koncerty można robić w plenerze i mogą być całkiem udane nawet bez koncertowej muszli, ale można je także urządzać w katedrach, a wówczas zabrzmią inaczej. To właśnie, zwłaszcza gdy się słuchało na przykład Vivaldiego, była zasadnicza różnica. Z Flow grało to jak w plenerze lub kameralnej salce, a z Flow C jak w katedrze czy innym takim wnętrzu. Brzmiało więc niepowszednio i jak dla mnie ciekawiej, mimo że to wersja otwarta (kolejne zaskoczenie, bo zwykle jest na odwrót) oferowała dźwięk bardziej nasycony.

Przy komputerze

Rozmyślnie nie użyłem tym razem wzmacniacza lampowego, zastępując przy Sigmie Ayona HA-3 tranzystorowym Phasemation. Tak żeby ponownie dać się wykazać melodyjnością planarom, gdyż ta mieć może kluczowe znaczenie podczas decyzji kupna.

Jak należało oczekiwać, nie pokazały się nowe zjawiska ani tym bardziej sensacje – styl wszystkich został podtrzymany, niemniej dokonały się pewne uściślenia.

ODpinany kabel kożysta z tych samych złączy co wersja otwarta.

Odpinany kabel korzysta z tych samych profesjonalnych złącz co wersja otwarta.

Sposób gry Beyerdynamic T1 wciąż był najbardziej całościowy – jednolity co do formy ogólnej brzmienia, a Fostex grały najjaśniej, najbardziej echowo i na największej scenie. Tu zatem nic się nie zmieniło i można to pominąć, natomiast pokazała się większa odmienność u MrSpeakers zamkniętych i otwartych. Te ostatnie jeszcze bardziej grać zaczęły blisko słuchacza, były jeszcze bardziej otwarte i takie w klasycznym stylu nie domykającym całości, o którym nieraz pisałem. Dźwięk nie domykał się otaczającą go, wyczuwalną objętością wnętrza, tylko niczym wiatr ulatywał, podczas gdy całe życie muzyki koncentrowało się wokół słuchającego. Tymczasem brzmienie recenzowanych Ether Flow C bezpardonowo narzucało wnętrza sal – operując zarazem większą melodyjnością, wyższą temperaturą i większą brzmieniową różnorodnością przy podobnej całościowej formie co dynamiczna konkurencja. A przede wszystkim lepszym od tamtych oddaniem instrumentów i poszczególnych głosów; i właśnie tym skutecznie broniła się wyższa cena, bo w końcu mistrzostwo słuchawek polega głównie na brzmieniowej wierności.

Ether Flow C potrafią mocniej przywołać wrażenie prawdziwości niż nawet tak wybitne jak tutaj porównywane z nimi słuchawki dynamiczne, choć minimalnie słabiej, a na pewno inaczej, niż własna wersja otwarta. Te otwarte plan pierwszy mają bliższy i całościowo jakby więcej się u nich działo, podczas kiedy zamknięte, podobnie jak dynamiki, bardziej koncentrują się na obrazowaniu całość niż samym najbliższym otoczeniu. W ich aranżacji bardziej jesteś widzem niż uczestniczysz w muzycznej akcji, co dla odmiany jest jednym z głównych przymiotów wersji otwarte, czyniąc ją podobniejszą do też planarnych HiFiMAN HE-6. Te porównawczo, by nie pozostawać gołosłownym, także wkroczyły do akcji, ale po raz kolejny z przykrością musiałem stwierdzić, że jakością melodyki i indywidualizmem brzmieniowym ustępują obu flagowcom MrSpeakers, przynajmniej z własnym, wyjątkowo marnej jakości kablem.

Odsłuch: Przy odtwarzaczu

A jak zamknięte Ether Flow odnajdują się w świecie słuchawkowego high-endu?

Jak te zamknięte Ether Flow odnajdują się w świecie słuchawkowego high-endu?

   Jak zwykle sprawę przyswajania głównie dla przyjemności oraz wydania ostatecznego werdyktu zostawiłem na koniec, by bez ciągłych przełączeń, porównań i skakania od jednych do drugich oddać się samemu słuchaniu. Z długiego tego słuchania popłynęła ta przede wszystkim nauka, że całkowicie już teraz wygrzane Ether Flow C to znakomity kompan. Każdego gatunku muzyki słuchało się znakomicie, a przy tym nawet najsłabsze technicznie czy najtrudniejsze aranżacyjnie nagrania nie były w stanie tego zburzyć. Ze wszystkim radziły sobie Flow C bez problemu i nic nie było w stanie wybić ich z przyjemnościowego uderzenia. Stała za tym zarówno najwyższa biegłość techniczna, jak i szczególnie miły sposób kreowania nastroju.

Zacznijmy od tego drugiego. Słuchawki grają zawsze optymistycznie, ale nigdy nie jest to optymizm drażniący. Zbyt jest na to nieznaczny i zbyt naturalny. Akurat na tyle wyliczony, by także repertuar wymagający posępności czy nostalgii okazał się wystarczająco posępny i nostalgiczny, tyle że bez pogłębiania tego, a także bez dodatku wyobcowania. Słuchawki potrafią przywołać smutek i oferują nostalgię, nie potrafią natomiast wywołać stanu obcości. W ich muzykę wchodzi się zawsze jak do własnego wnętrza, a przynajmniej zawsze czujesz, jakbyś był w dobrze znanym miejscu. Nigdy nie pojawia się tospecyficzne uczucie niepokoju, pojawiające się instynktownie, gdy przebywamy gdzieś po raz pierwszy; zwłaszcza gdy nie mamy pewności, co się zaraz wydarzy. Może zatem być smutno, ale nie obco, nie w opuszczeniu. Nawet smutek staje się do pewnego stopnia przyjazny; nic nigdy nie jest bez reszty zewnętrzne i wrogie. To, podobnie jak świetna muzykalność, wpływa na łatwość odbioru, a jeszcze tę łatwość potęguje brak parcia na szczegółowość i brak żyjących własnym życiem, oderwanych sopranów. Pasmo dobrze zbiera się w całość, a akcent pada bardziej na niskie aniżeli wysokie tony, chociaż to minimalnie. W żadnym razie góra nie jest przycięta i nie brak jej także dźwięczności, a bas nie jest dominantą. Gdyby było inaczej, przyjemność słuchania fortepianu od razu by się zmniejszyła, a nic się takiego nie działo. Bardzo dobrze wypadł królewski instrument, zwłaszcza że brzmieć potrafił nie tylko dźwięcznie, misternie i z trójwymiarem, ale także potężnie i groźnie. A przy tym znów w sposób łatwy – nie męczący niedostatkami melodyki, sopranowymi igłami i alienującym chłodem.

Przy okazji postanowiłem raz jeszcze podejść do porównania oryginalnego kabla DUM z tym droższym od Tonalium, zwłaszcza ażeby sprawdzić, czy ów nie przesadza z ciepłem i melodyjnością. I tu się pojawiło niemałe zaskoczenie, ponieważ tym razem to kabel oryginalny grał cieplej i bardziej zaokrąglał, podczas kiedy drogi, zewnętrzny konkurent wyraźnie głębiej przenikał muzyczne treści, brzmiąc całościowo wyraźnie ciekawiej. Nie tylko gładko i rozdzielczo, ale też z powierzchniowym meszkiem, a także głębiej, bardziej wyrafinowanie i bardziej zajmująco. Na pewno więc zdecydowanie bym go wolał, mimo że DUM też się poprawił, a konkretnie zhumanizował.

Nad wyraz dobrze, ustępując swojej otwartej wersji jedynie przestrzenią.

Nad wyraz dobrze, udanie konkurując z własną wersją otwartą

Nie tylko był teraz świetnie rozdzielczy i wybitnie porządkujący, ale też ludzki w wyrazie, należycie analogowy. Niemniej bardziej prosto wybrzmiewający od Tonalium, pozbawiony tej miary maestrii obrazowania i przyciągającej uwagę tajemniczości.

Wiedziony ciekawością postanowiłem zatem wywrzeć presję na dystrybutorze i nie jest wykluczone, że do konkursu piękności stanie niebawem także jeszcze droższy Kimber Kable AXIOS, który tak znakomicie wypadł w Londynie i w ogóle jest bardzo ceniony. To jednak ewentualna przyszłość, a póki co wykonałem szereg porównań wersji otwartej z zamkniętą i znów pojawiło się zaskoczenie. Zaskoczenie tym razem jeszcze większe, bo od samego początku bytności obu flagowych MrSpeakers otwarte uznawałem za lepsze, podobnie jak sam producent. Tymczasem teraz (fakt, że dopiero przy Twin-Head i z tym a nie innym odtwarzaczem) wersja zamknięta okazała się pod pewnymi względami lepsza. Otwarte wciąż wprawdzie dawały poczucie większej ilości zachodzących zdarzeń – grając bliżej bardziej osaczały muzyką i muzyka ich wydawała się bardziej wieloskładnikowa – ale to nie było wszystkim, co można o tym powiedzieć. Wprawdzie faktycznie brzmień miały jakby więcej, ale w zaskakujący, niejednoznaczny ocennie sposób…

Wiele razy tam, wyżej, napisałem, że to zamknięte Ether C są echowe. I faktycznie, w odróżnieniu od otwartych produkują odbicia, dając dość silne (choć nie tak mocne jak u flagowych Fosteksów) wrażenie koncertowania w dużej sali o wyrazistej akustyce. Tym razem jednak okazało się, że otwarte też są echowe, jednakże w inny sposób. Nie echowością na zasadzie finalnego odbicia dźwięku podstawowego od ścian pomieszczenia, tylko jak gdyby sam ich dźwięk się z lekka wewnętrznie rozszczepiał; jakby się cokolwiek podwajał i sam sobie wtórował. To właśnie, wraz z większą bliskością, dawało efekt większego bogactwa, który przy uważniejszym rozbiorze okazał się nie całkiem naturalny. Dlatego można powiedzieć, że wersja zamknięta gra bardziej jednoznacznie i jest odporniejsza na zniekształcenia, lepiej kontrolując niskie tony i lepiej panując nad pogłosami. Otwarte wydają się wprawdzie bogatsze i w pewnym sensie bogatsze są, ale to ich bogactwo może się czasem przeradzać w nadmiar pogłosu, jak to się zdarzyło na przykład przy stepowaniu. Pogłosy towarzyszące uderzeniu buta w deskę miały otwarte Ether mocniejsze, ale cokolwiek niejednoznaczne, za bardzo brzmieniowo się rozchodzące, aż w odbiorze nienaturalne.

W zasadzie jedyną wadą MrSpeakers Ether Flow C jest ich wysoka cena.

Jedyną wadą MrSpeakers Ether Flow C jest wysoka cena.

Owo nieznaczne samowtórowanie skutkowało także innym odbiorem ludzkich głosów; w wersji zamkniętej bardziej ciepłych i swojskich, a w otwartej takich trochę niejednoznacznych, a także chłodniejszych i bardziej obcych. Dalekich jednak od chłodnej w porównaniu obcości prezentowanej przez oba modele dynamiczne, u których zdystansowanie w sensie braku przyjacielskiej bezpośredniości dawało się dobrze odczuć.

Można zatem powiedzieć, że planarne Ether C są wyjątkowo przyjazne, chociaż na szczęście z tym nie przesadzają i tym nie irytują. Są zwyczajnie miłe w odbiorze i zawsze w odbiorze swojskie. Otwarta wersja jest pod tym względem dziwniejsza: Też ciepła i  przyjazna, ale nie w takim stopniu i nie w tak prosty sposób. Trochę jej samowtórująca dziwność do przyjazności się miesza i wypadkowa nie jest tak ewidentna. Co się zarysowuje z niejednoznaczności, choć w zamian brzmienie, zwłaszcza gdy grają same instrumenty, wydaje się przez to bogatsze. A już na pewno bardziej otwarte, swobodnie propagujące, choć w razie nagrań z mocnym pogłosem właśnie pogłosowe wyraźniej. (Dziwne to cokolwiek, nieprawdaż?) Jednakże nawet otwarte, nie mówiąc o zamkniętych, nie dają nigdy ni trochę wrażenia wyalienowania. Słuchacz z planarami od MrSpeakers na uszach zawsze jest wewnątrz swojego świata – nigdy nie wędruje w nieznanym kosmosie, nigdy nie czuje się obco, samotnie. Ten stan wyobcowania z łatwością potrafią natomiast przywoływać zarówno T1 jak TH900, a zwłaszcza te ostatnie. Zdolność ta jeszcze bardziej upodobnia je do flagowych, elektrostatycznych Stax SR-009, które podobnie jak Fosteksy lubują się w ekspozycji szczegółów i też potrafią wtrącać słuchającego w stan zasmucającej obcości. Jeszcze głębiej potrafią przy tym przenikać nutową materię brzmienia i pod tym względem są najlepsze z wszystkich obecnie produkowanych obok nowego Orfeusza i może Abyss, których nie słyszałem. Jeszcze mocniejsze poczucie alienacji potrafią zaś przywoływać flagowe HiFiMAN HE-1000, a w każdym razie potrafiła ich pierwsza, nie produkowana już wersja. Przeciwnie zaś, jak najdalej od wyobcowywania a na też rewelacyjnym poziomie, grać potrafią flagowe, dynamiczne, berylowe Focal Utopia.

Jeżeli jednak budżet nie stanowi problemu, to wypada je tylko gorąco polecać.

Jeżeli jednak budżet nie stanowi problemu, to wypada je tylko gorąco polecać.

Wracając na koniec do zamkniętych Ether z satysfakcją mogę napisać, że są to słuchawki wyjątkowo dobrze umiejące łączyć przyjazne ciepło z brzmieniowym wyrafinowaniem. Wyjątkowo przyjemnie się słucha, a jednocześnie nie zagraża w najmniejszym stopniu nuda, ponieważ za przyjemnością nie stoi sama łatwość, ale też brzmieniowe bogactwo i maestria panowania nad dźwiękiem. Nie mogę się zatem do końca zgodzić z twórcą i nie podpiszę się pod poglądem, że otwarte są lepsze. Owszem, dają wrażenie większego natężenia formy, ale kosztem pewnej sztuczności; nie drastycznej co prawda lecz wyczuwalnej. Sztuczności tkwiącej w brzmieniu, bo sama ich otwartość jak najbardziej jest naturalna. Możliwe też, że znalazło w tym podwajaniu wyraz jedynie mniejsze dopasowanie akurat do użytego tu lampowego wzmacniacza, samego z siebie potrafiącego (głównie za sprawą lamp 45ʼ, ale nie tylko) wzbogacać pogłos, bo wcześniej przy odtwarzaczu przenośnym i komputerze tej denaturalizacji nie zaobserwowałem.   

Podsumowanie

MrSpeakers Ether Flow C HiFi Philosophy 008   Jedyne czego szkoda, to tego, że MrSpeakers Ether Flow C są takie drogie. Tego może jeszcze, że mimo wysokiej jakości własnego kabla grać mogą lepiej z drogim zewnętrznym. To czyni je elitarnymi, przynajmniej w naszych realiach. Na amerykańskim słuchawkowym forum rozpisuje się o nich entuzjastycznie liczne gremium zagorzałych wyznawców tej szkoły brzmienia, zupełnie jakby były to słuchawki do brania prosto z półki niczym chleb w piekarni, lecz u nas nie takie to proste. Ale zarobki pną się w górę i ilość potencjalnych użytkowników wzrasta.

Ze swej strony mogę powiedzieć, że jeśli ktoś ceni brzmienia przyjazne, pozbawione poczucia obcości i chłodu gdzieś na orbitach Saturna, a jednocześnie chciałby mieć słuchawki naprawdę najwyższych lotów, to te są obok Stax Omega II (raczej z dawniejszej edycji Mk1), oraz wyraźnie droższych Crosszone najbardziej odpowiednie. W grę wchodzą jeszcze Audeze, zwłaszcza najwyższy model LCD-4 o bardziej wyrównanym brzmieniu; on jednak także jest znacznie droższy, a do sprawy miesza się kolejny kluczowy czynnik – spośród wspomnianych jedynie tytułowe Flow C pasują do sprzętu przenośnego. Tylko one mają konstrukcję zamkniętą i tylko je można łatwo napędzać. Wraz z tym mamy odpowiedź, dlaczego Amerykanie na ich punkcie tak zwariowali; ci urodzeni optymiści, chcący w słuchawkach pokazywać się wszędzie. A mimo że życie w dalekich od amerykańskich realiach przyzwyczaiło mnie do pesymizmu i z urodzenia też jestem pesymistą, to jakby na przekór temu słuchało mi się Flow C bardzo dobrze i czas spędzony z nimi będę miło wspominał. Zwłaszcza, że okazały się tak odporne na zniekształcenia i tak wyrafinowane. Naprawdę udanie wszystko potrafiące łączyć: szczegółowość, subtelność, dźwięczność, wypełnienie, potęgę, szerokie pasmo, dużą scenę i różnorodną nastrojowość z niewymuszoną muzykalnością i odpornością na zniekształcenia. Dołącza do tego łatwość napędzania, wygoda i pełna izolacja. Gdyby tak jeszcze cena…, no ale wszystko ma jakąś skazę. Wszystko o materialnym wymiarze, co nie jest samą abstrakcją.

 

W punktach:

Zalety

  • Wyjątkowo przyjazny styl.
  • A jednocześnie najwyższej klasy całościowy poziom odtwórczy.
  • I mimo tej przyjazności otwartość na bardziej pesymistyczną nastrojowość.
  • Słuchając ich nigdy nie zaznasz poczucia obcości.
  • Ani nie będziesz narzekał na niedostatek muzyki.
  • Ponieważ są płynne i gładkie.
  • Bardzo dźwięczne.
  • Dobrze wypełnione.
  • Szybkie.
  • W razie potrzeby potężnie brzmiące.
  • Nasycone muzyczną esencją.
  • Znakomicie indywidualizujące brzmienia.
  • Bardzo odporne na zniekształcenia.
  • Bardzo dobrze operujące pogłosem.
  • Przestrzenne co do formy dźwięków i z dużą sceną.
  • Mają zwarte pasmo o większym nacisku na dół niż górę.
  • Ale bez żadnego wrażenia przycięcia sopranów ani basowej dominacji.
  • Łatwe do napędzania.
  • Bardzo dobrze izolujące od otoczenia.
  • A więc jak najbardziej także do sprzętu przenośnego.
  • Lekkie i wygodne.
  • Odporne na uszkodzenia.
  • Wysokogatunkowe surowce.
  • Przetwornik AMT z maskownicą poprawiającą brzmienie.
  • Wysokiej jakości odpinany kabel.
  • Szeroka gama innych kabli do wyboru.
  • Cieszą się wielkim uznaniem i mają licznych fanów.
  • Same pozytywne recenzje.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Drogie, a z lepszym kablem jeszcze droższe.
  • Praktyczne ale nieładne etui transportowe.
  • Stosunkowo skromne opakowanie bez stojaka i krótszego kabla.
  • Długi okres dochodzenia do ostatecznego brzmienia.

 

Dane techniczne:

  • Słuchawki zamknięte z harmonijkową membraną AMT o nominalnie konstrukcji planarnej (ortodynamicznej).
  • Przetwornik: produkcji własnej MrSpeakers’ 2.75” x 1.75” z technologią TrueFlow.
  • Dopasowanie przetworników: +/- 1.5 dB pomiędzy 30 a 5000 Hz.
  • Planar™ surface processing.
  • Pasmo przenoszenia: nieznane.
  • Efektywność: 96 dB/mW.
  • Impedancja: 23 Ω.
  • Waga: 370 g.
  • Precyzyjnie toczone aluminiowe obudowy, kardany i obrotnice.
  • Pałąk typu Nitinol Memory Metal o obszyciu z włoskiej skóry.
  • Pady ze skóry jagnięcej.
  • Kabel: DUM Dual-Entry (6,3 mm lub 4-pin) 1,8 m.
  • Cena: 8990 PLN

 

System:

  • Źródła: Questyle QPR1, Astell & Kern AK380, PC, Restek EPOS+.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, HiFiMAN HE-6, MrSpeakers Ether Flow & Ether Flow C.
  • Interkonekty: Sulek Audio RCA, & Sulek Audio 6 x 9.
  • Kabel USB: ifi Gemini + iUSB3.0.
  • Kable zasilające: Acoustic Revive Triple C, Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

14 komentarzy w “Recenzja: MrSpeakers Ether Flow C

  1. PIotr Ryka napisał(a):

    Przy okazji zwrócę jeszcze uwagę na taką ciekawostkę

    http://www.zmfheadphones.com/atticus-and-eikon/

    1. Marecki napisał(a):

      Takie trochę w retro stylu. Beryl i te sprawy – intrygujące : ) Szansa na recenzje pewnie póki co znikoma?

      A jak tam z iDSD? Już w drodze?
      Z Flow C mogłoby to ciekawie zagrać – Oby zdążyło : )

      1. PIotr Ryka napisał(a):

        iDSD Black już przyjechał, ale jeszcze go nie słuchałem, a dystrybutor prosił mnie, żeby recenzji tak zaraz po innym ifi nie pisać.

  2. fon napisał(a):

    Bardzo ciekawe zapowiadają się kabelki axios kimbera,tylko te ceny…Wireworldy też ponoć bardzo dobre ,czekamy na jakieś testy

  3. Piotr Michalak napisał(a):

    A ja mam pytanie. Ether Flow C czy Audeze X-C? Czytam, że te drugie lepiej wytłumione od otoczenia (co dla mnie ważne), strasznie ciężkie (co mi ogromnie nie przeszkadza), a dźwiękowo jakościowo jednak porównywalne. Czy faktycznie?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      To jest pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi. Z powodu dla Audeze sztandarowego – różnicy pomiędzy egzemplarzami. Podesłane do zrecenzowania grały fenomenalną holografią i dla niej samej warte były zakupu. Dwa inne egzemplarze, których później słuchałem, grały źle. Gorzej niż dobre słuchawki za dwa tysiące, a nawet takie za tysiąc. I co w tej sytuacji można poradzić? Jak trafisz na super egzemplarz, to warto brać. Pytanie, czy trafisz.

  4. Marecki napisał(a):

    A tu taka ciekawostka

    https://www.tajemnice-swiata.pl/zakazane-432hz/

    Nie miałem o tym pojęcia – pewnie jak wielu z was
    Posłucha się, się porówna : )

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Ten temat wiele lat temu był szeroko komentowany na forum audiostereo, w czasach gdy żyło ono jeszcze pełnią życia. Różnice brzmieniowe są nieco zbieżne z różnicami pomiędzy płytą CD a winylem oraz tranzystorem a lampą, choć biorą się z innych powodów.

    2. Tadeusz napisał(a):

      Coś w tym jest,moja stara raz w miesiącu nadaje na tej częstotliwości co potrafi być bardzo wkurzające 🙂

  5. navigator napisał(a):

    Pozwolę sobie na pytanie z mojej „melodii” 1) Z recenzji można wnioskować, że grają gęsto dosyć po środku sceny. Rozumiem jednak, że miejsce pierwsze na podium w kategorii „zamiennik odsłuchu kolumnowego” należy do Crosszone.2) to jeszcze spróbuje dopytać, czy efektu Crosszone nie da się osiągnąć poopinając takie hd 800s do takiej wysokiej jakości wzmacniacza jak Phonitor 2 SPL. 3) Ponoć „crossowanie” kanałow we współczesnych nagraniach nie jest juz takie ważne, bo i tak podczas mixowania produkcyjnego do tego dochodzi?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      1) Crosszone faktycznie są bardziej gęste i podobniejsze do kolumn (wyraźnie).
      2) Coś dzięki Phonitorowi można osiągnąć, ale wyraźnie mniej.
      3) Moja opinia o współczesnych nagraniach jest bardzo negatywna. W zdecydowanej większości to komercyjne buble albo najwyżej jaka taka jakość. Wybitne to wyjątki, pożądanych binauralnych prawie nie ma.

      PS
      Z Crosszone trzeba uważać, bo nie wszystkim ich styl się podoba. Mnie się bardzo podoba, ale to jeszcze żaden argument. Najlepiej posłuchać samemu. Koniecznie z przenikliwym, szczegółowym źródłem.

  6. Emil napisał(a):

    Posiadam Ether C Flow. Dla mnie to póki co słuchawka docelowa. Piekielnie dobrze radzi sobie w niemal każdym połączeniu. Przyznam, że musi trochę pochodzić do finalnego brzmienia, ale pierwsze wrażenia już są znakomite.

    Przerobiłem z zamkniętych Audeze, Denon, Final Audio, Sony, Audio-technica, Fostex. Z tych ostatnich zatrzymałem sobie jedynie T900MKII bo uwazam je za szczególnie dobre.

    Sporo otwartych słuchawek w porównaniu z zamkniętymi mrspeakers wypada naprawdę blado.C Flow uważam za wyśmienite słuchawki pod każdym względem. Jeśli kogoś stać, to można przestać szukać.

    1. Andrzej napisał(a):

      Nie mozna tak generalizowac. Nie sluchalem etherow, napewno sa to dobre sluchawki.
      Ale napewno tez warto posluchac innych.
      Byc moze komus innemu np. fostexy czy audeze przypadna do gustu bardziej.
      Wielu osobom podobaja sie sluchawki troche gorsze technicznie objektywnie, ale majace to „cos” co akurat tego kogos porwie.

      1. Emil napisał(a):

        Zgadza się. W tej kwestii ciężko dyskutować. Po przesłuchaniu sporej ilości słuchawek jednak ostateczna decyzja padła na ten model. Kupiłem jeszcze przed tym jak stały się dostępne w Polsce.

        Ogółem najlepiej wypadły w moich uszach i maja to coś.

        Ale jest sporo słuchawek, które są o połowę tańsze i również bardzo dobre. No i w tym segmencie jest ich sporo – jest w czym wybierać i wiele jest wartych uwagi za dużo lepsze pieniądze.

        Z droższych, uważam jeszcze Focal Utopia za świetne. Ale biorąc pod uwagę, że MrSpeakery kosztują połowę taniej – w tym wypadku wybór staje się prosty

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy