Recenzja: MrSpeakers Ether E

   To już trzecie słuchawki od MrSpeakers, wstępy więc niepotrzebne. Wiadomo – Dan Clark, California, bywszy twórca i producent głośników (stąd przydomek), a w latach ostatnich wraz z Audeze, OPPO i HiFiMAN-em reaktywator wysokiej klasy słuchawek ortodynamicznych (inaczej planarnych). Związane też z tym pewne zawirowania odnośnie wersji Flow obu modeli szczytowych (otwartego i zamkniętego) wiodącej serii Ether, również szczegółowo opisane. A na ostatnim AVS, który dopiero co przeleciał, słuchałem przez moment MrSpeakers Ether bez Flow, i mi się od Flow bardziej podobały. Nie przesądzam, ale drapnęły mnie, tak na pierwsze branie, bardziej prawdziwą muzyką – i teraz nie wiem czy lepsze z Flow, czy bez niego, ale na intuicję bez.

Nasza historia jest jednak inna, bo tyczy słuchawek elektrostatycznych. Tak nowych i tak jeszcze raczkujących, że ani cena nieznana, ani opakowanie, ani nawet moment wejścia na rynek (o ile w ogóle nadejdzie). Wiadomo jedynie, że pierwszy raz prototyp pokazywany był w 2016 na CanJam w San Diego i kilka razy tu i tam później, że na forum Head-Fi nawija się już wokół niego długi wątek, a sugerowana cena to ponoć $3000. I przede wszystkim wiadomo, że ma teraz na wypożyczeniu egzemplarz pokazowy polski dystrybutor, co wykorzystałem.

Ale zanim przejdę do sedna mała wstępna dygresja. Producentów słuchawek wyraźnie rzuca. Ni rusz nie mogą wysiedzieć przy swoim, czyli skupić się na udoskonalaniu własnego podwórza, tylko węszą za opłotkami. No bo wiadomo – trawa najzieleńsza tam, gdzie nas nie ma, na przykład u sąsiada. W poszukiwaniu tej najzieleńszości dr Fang Bian z HiFiMAN najpierw przeszedł od elektrostatów do planarów, by potem, po wielu latach, znów wskoczyć w elektrostaty i stworzyć Shangri-La – super drogą kontrpropozycję dla super drogich Sennheiser HE-1. A twórcy znakomitych słuchawek dynamicznych Final Audio Sonorous X na dniach dosłownie powołali do życia (sami siebie niejako zwalczając) planarne D8000, co pozwoliłem sobie skwitować owacją na stojąco. Sam też Sennheiser, który w latach 50-tych zaczynał od dynamicznych, na początku 90-tych zaliczył elektrostatyczny epizod, skutkujący fenomenalnym Orpheusem i mniej fenomenalną jego uboższą wersją, by następnie swe elektrostaty porzucić, a w 2015 odnowić. Mamy też w inną stronę przykład – japoński Fostex, tradycyjny dostawca planarów, odpalił w 2013 dynamicznego flagowca TH900, a też japońska Yamaha, producent znakomitych instrumentów muzycznych, pod koniec lat 70-tych oferowała najlepsze na świecie słuchawki planarne, by teraz produkować wyłącznie dziadowskie dynamiczne i dokanałowe. Miesza się to zatem, przeskakuje i nawzajem przenika, trzy są bowiem główne metody na dźwięk ze słuchawek, utrudniające ostateczny wybór. Jest szkoła dynamiczna, jest planarna (z wariacją AMT) i jest elektrostatyczna. I trzy w związku z tym inżynieryjne podejścia oraz trzy sekty wyznawców, głoszących wyższość jednych nad drugimi.

W związku z panującą słuchawkową modą, jak również z przedłożoną powyżej modą na przeskoki, każda ze szkół dysponuje co najmniej kilkoma przykładami referencyjnych konstrukcji, a sam, mimo iż podobno się znam, nie podejmuję się definitywnie rozstrzygać, czy lepsze są elektrostatyczne Orpheus HE90 i HE-1, dynamiczne Sony MDR-R10 i AKG K1000, czy może planarne Abyss 1266 i Final D8000, albo ewentualnie HiFiMAN Susvara. Każe mają swoje atuty, każde są rewelacyjne i referencyjne, a lista potencjalnie najlepszych bynajmniej się na nich nie kończy. Fakt, wyróżniłem kiedyś wielką czwórkę – HE90, R10, K1000 i Stax SR-Ω – ale nowy Orpheus HE-1 na pewno nie odbiega, a o Shangri-La też słyszałem wielce pochlebne opinie. (Sam nie miałem przyjemności zapoznać.) Także te nowe, planarne Final mają dużo do powiedzenia, chociaż w konfrontacji z dynamicznymi K1000 zaopatrzonymi w maksymalistyczny kabel i optymalny tor cokolwiek oddały pola. Ale z planarnych nie tylko one, bo od lat paru święcą tryumfy wspomniane, bardzo ciężkie i bardzo drogie JPS Labs Abyss 1266, o których wielu twierdzi, że właśnie one są najlepsze na świecie. (Również ich nie słyszałem.) Tak więc nie ma jednych najlepszych ani jednej metody. Trudno wobec tego się dziwić, że poszukiwania trwają a ścieżki krzyżują. Skrzyżowały się także Danowi Clarkowi, który skręcił z planarów w elektrostaty, czego efekt leży przede mną i już go opisuję.

Budowa

MrSpeakers Ether E na stojaku Woo Audio.

   Odnośnie budowy sprawa będzie nad wyraz zwięzła, a to z tego prostego powodu, że sam producent nic nie powiedział. Nie ma żadnych technicznych danych, oficjalnej wyceny, ani jakichkolwiek opisowych szczegółów. Nie ma też, jak to nazywam, „Toy Story”, opowiadającej dlaczego i jak do tych Ether E doszło. Jest wyłącznie sam przedmiot i brzmienie.

Przedmiotem są słuchawki dość duże i dość lekkie – oczywiście elektrostatyczne. Okrągłe muszle mają średnicę 113 milimetrów, są płaskie, srebrzyste i ażurowe. Wykonano je z aluminium i wykonano bardzo starannie. Promieniście biegnące od centrum szprosy są węzłowo pogrubione na zbiegach z trzema kolistymi obwiedniami i czwartym kółkiem centralnym, co znamionuje staranność odlewu. Całość owej quasi pajęczej sieci obejmuje średnio grube koło zasadniczego obwodu, do którego przymocowano trzpieniowo (od tyłu, dokładnie na osi poziomej) półkoliste chwytaki, na których trzyma się pałąk. Też ażurowy i też lekki, z opaską nagłowną w postaci perforowanej dużymi otworami skóry. W użyciu bardzo wygodny, bo właśnie lekki i przewiewny, bardzo tym mało odczuwalny. I to jest duży plus, bo zrobić wygodny pałąk nie jest łatwo i nawet najwięksi miewają z tym problemy. Ale nie MrSpeakers. Regulacja zawieszenia jest suwakowa i nie nastręcza kłopotów, bo opór przesuwania można regulować na śrubowych zaciskach. Kabel dochodzi do obu muszli i jest odpinany. Lecz nie na zatrzask tylko także z udziałem śrub, że bez małego imbusa nie ruszysz.

Sam ten kabel jest dość jak na elektrostaty osobliwy, bo na przekroju okrągły a nie płaski i bardzo elastyczny. Oplot ma materiałowy a wtyk tradycyjny, jak zawsze u tego typu słuchawek symetryczny, 5-bolcowy. Do opisowego kompletu zostały nam jeszcze pady. Te są czarne, skórzane i nie obłe a płaszczyznowe. Płaska powierzchnia styku z głową przechodzi w płaskie powierzchnie boczne kątem prostym (identycznie jak u Audeze), a obrys po stronie wewnętrznej jest stosunkowo wąski, zostawiając wyjątkowo dużo miejsca na uszy.

Ogólnie słuchawki są bardzo wygodne, bo lekkie, przewiewne i pasowne. Tym wygodniejsze, że regulacja jest prosta a osiadanie pewne. Miłe także dla oka i charakterystyczne. – Nie pomylisz ich z żadnymi innymi i nie pomylisz nawet patrząc z daleka.

Klasyczny dla elektrostatów wtyk.

Impedancja wynosi 580V, czyli jest identyczna jak u wszystkich teraz oferowanych modeli Staksa, co zdobycie pasującego wzmacniacza czyni dziecinnie prostym. Sam nie użyłem jednak żadnego staksowskiego, ponieważ takowego nie miałem, ale żadna to strata, bo był na podorędziu lampowy Trilogy H1 oraz przystawka ifi iESL, umożliwiająca użycie dowolnego wzmacniacza głośnikowego. Użyłem zatem Octave V16, a także własną końcówkę Crofta z wiadomym przedwzmacniaczem.

I to niestety wszystko, co o budowie powiedzieć mogę. Może jeszcze tylko dorzucę, że pod ażurem osłony zewnętrznej widać aluminiowe sitko o jak igłą zrobionych otworkach, a po stronie wewnętrznej nad przetwornikiem jest cienka, czarna gąbka. I dodam, że słuchawki z pewnością są elektrostatyczne, co poznać po charakterystycznym szeleście membran przy ich zakładaniu.

Odsłuch

Srebrni w duecie.

   Odsłuch byłby nic niewart, gdyby nie zrobiono porównań. Takowe w tym wypadku powinny być odniesione przede wszystkim do innych elektrostatów, i dzięki koleżeńskiej pomocy było. Polski Mr Electrostatic, czyli kolekcjoner Wiktor, pożyczył mi po raz kolejny swe Stax SR-007 Omega II Mk1, dzięki czemu sprawa nabrała sensownego wymiaru. Porównania zrobiłem na wszystkich wymienionych torach i wszystkie zbiegły się w jedną opinię. Nie zaistniały bowiem żadne zasadnicze różnice stylu w odniesieniu do różnych źródeł i różnych wzmacniaczy, tak więc Stax zawsze był Staksem, a MrSpeaker Ether E sobą. I jednocześnie różnica między nimi zawsze dobitna, z czego wypływa stanowczy wniosek, że nowe Ether E na pewno nie kopiują Staksa.

Do rzeczy zatem, gdzie różnica? O, bardzo ją łatwo wyłapać. Stax Omega II to wielki obszar, dość daleki i nie przytłaczający reszty pierwszy dźwiękowy plan, a plany dalsze stosunkowo duże, szczególnie dobrze eksponowane. W efekcie holografia i całościowy przekaz, ale nie tyko to jest ważne. Istotne również to, że dźwięk podany zostaje z wielką kulturą i jest szczególnie staranną krągłością powykańczany na obrysach. Żadnych zatem ostrości, krzykliwości, agresji sopranowej. Soprany stonowane, bas wkomponowany w całość, subtelna delikatność, pietyzm obrazowania i całościowa wytworność. Do tego oświetlenie złociste przy ogólnie dość ciemnej aurze, ale bez forsowania czarnych teł. Żadnych dzięki temu mocnych kontrastów, wybijających się (poza holografią) akcentów. Można, zbierając to w całość, rzec – spójne piękno w wymiarze kultury i łagodności. Więc słucha się z rozkoszą i słuchać można bez końca. Zwłaszcza że dynamika potrafi zrobić swoje i tutti orkiestrowe jest odpowiednio potężne. A z rysów charakterystycznych to jeszcze, że dźwięk bardziej skupia się na pudle rezonansowym niż na smyczku czy strunie, a klimat otoczenia jest równie ważny co sama muzyka.

Natomiast MrSpeakers Ether E robią wszystko na odwrót. Pierwszy plan faworyzują wyraźnie, a dalsze zmniejszają mocniej. Kontrasty to ich żywioł, są jakby czarno-białe. Atmosfera otoczenia muzyki dużo mniej je obchodzi, a same dźwięki rysują ostrzej. Operują w tym celu mocnym konturem, dobitnością i dosadnością. Nie łagodzą i nie czynią elegancko sferycznymi sopranów, tylko wysokimi tonami epatują słuchacza, choć – co ze wszech miar istotne – nie ma w ty żadnej przesady ilościowej ani przykrej ostrości. Przeciwnie, jeżeli ktoś woli dźwięk dobitny a nie wycofany, to będzie szkołę Etherów wolał. Tym bardziej, że efekt całościowy tego ich nie wycofania to większa bezpośredniość. Staksy jak gdyby bardziej opisywały muzykę, a Ether E bardziej nią były.

Bardziej z bliska.

Można także powiedzieć, że Stax ukazuje muzyczne obrazy z większego oddalenia, mimo iż to u niego dalsze plany widzi się lepiej. Światłocień, ciemniejsza aura i dalszy pierwszy plan składają się jednak na pewną – skądinąd ujmującą – filtrację, podczas gdy Ether kładą kawę na ławę. Jeszcze mocniej podkreśla to fakt, że Staksy są nieco wolniejsze w odbiorze, bardziej przeciągające brzmienia, a Ether E idą szybkim tempem. W efekcie Stax okazuje się nieco zdystansowany do treści swojego przekazu, coś niczym narrator w powieści, podczas gdy Ether E utożsamiają się z muzyką, traktując ją bezpośrednio. Nie tak ładnie, nie tak poetycko, ale za to żywiej, dosadniej. Mocniejsze u nich chrypki, poszczególne dźwięki bardziej wyodrębnione, a smutek i radość bardziej ekstatyczne.

Można zatem powiedzieć, że Stax są, filozoficznie biorąc, bardziej stoickie, a MrSpeakers bardziej egzystencjalne. Wzmacniacz Trilogy trochę łagodził te różnice, kierując nowo powstałe Ethery na tory stylu Staksa, ale zarazem same Staksy też łagodził, pozostawiając różnicę czytelną. Gdyby natomiast porównywać Ether E podłączone do Trilogy z Omegami do iESL z Octave, wówczas podobieństwo stałoby się tak duże, że ślepy test mógłby zawieść na przeciętnym a nie specjalnym muzycznym materiale. W zależności zatem od tego czy różnice będziemy eksponować, czy też traktować marginalnie, można je uznać za zasadnicze, albo też niespecjalne. Nas one jednak interesują, toteż się ich trzymajmy. A w ramach tego dorzucę, że sporo różny obraz można otrzymać w samym iESL, którego regulator biasu pozwala w ustawieniu 500 a nie 580V uprzestrzennić oraz złagodzić styl każdych, w tym także tych nowych elektrostatów, również przekierowując go ku Omedze.

I bardzo chętnie słuchałem z takim stępionym biasem, bo to przyjemnie nienużące. Niemniej Omega zawsze będzie cieplejsza i mniej doświetlona białym światłem; zawsze też bardziej w perspektywie i z mniej uwypuklonym pierwszym planem a uwypuklonymi dalszymi. Zabawne przy tym było przyglądać się samemu sobie, jak mózg nabiera adaptacji; jak wprost po Ether Staksy wydają się za dalekie i zbyt stłumione, a Ether po Stax zbyt brutalne. Natomiast po paru minutach, nie mówiąc o dłuższym czasie, styl jednych i drugich był adaptacyjnie moderowany przez słuchacza i dzięki temu powabny. Generalnie więc remis, ale z pewną uwagą. Staksy nie nadają się za bardzo do rocka, a w każdym razie nie w jego formie klasycznej. Sopranowe wybicie wokalu okazuje się u nich zbyt złagodzone, a podobnie na drugim końcu ich bardziej miękki i wkomponowany w całość bas nie przywołuje typowo rockowych klimatów. Ten produkowany przez Ether E był dużo twardszy, szybszy i bardziej eksponowany, a wysokie głosy rockowych solistów mocniej przebijały się przez głośną muzykę. Śmiem nawet twierdzić, że Dan Clark stroił swe elektrostaty pod rocka i że dobrze to słychać. Z drugiej strony, jeżeli ktoś lubi słuchać pudła skrzypiec, gitary czy kontrabasu, a także ceni holografię i głębię perspektywy, to dlań jedynie Stax.

I z trzecim srebroniem.

To samo tyczy osób ceniących, delikatność, subtelność, najwyższą (aż momentami przesadną) kulturę muzyczną i pietystyczną obróbkę na krawędziach. W tych aspektach klasyczne Omegi II wyraźnie górowały. To niewątpliwie słuchawki dla smakoszy, chcących się delektować specjalnymi stanami ducha a nie zwyczajnym łubu-dubu. Z kolei dla chcących wejść w atmosferę rockowego koncertu Ether E to zdecydowanie lepszy wybór. Jest to więc, mówiąc inaczej, wybór pomiędzy pieszczotą i pejzażowym obrazowaniem muzyki przez Staksa, a stylem bardziej dosadnym i figuratywnym, skupionym na głównych postaciach, u Ether. I niewątpliwie jest faktem, że słuchanie jednych po drugich psuje zabawę. Faktem też, że w pierwszym rzucie porównań na materiale wysokiej jakości Stax wydaje się intuicyjnie lepszy, bo subtelniejszy – czego jednak rock i rewir basowy nie potwierdzają. Nagrania czysto perkusyjne na MrSpeakers brzmią zdecydowanie lepiej. Są też takie nagrania muzyki poważnej, które Ether realizują ciekawiej i bliżej oryginału.

Uczyniłem też drugie porównanie, do Beyerdynamic T1. I też było pouczające, gdyż tym razem to Ether okazały się łagodniejsze i bardziej pieszczące dźwiękiem. Bardziej miękkie, rozmarzone i dłużej podtrzymujące brzmienia. Także odrobinę cieplejsze i rozsmakowane w każdym niuansie. Wciąż też skupione przede wszystkim na pierwszym planie, podczas gdy dynamiczny klasyk bardziej holograficzny, ostrzejszy i bardziej atakujący. (Porównywałem na Octave z iESL, przez który grać mogą także dynamiki.) Jeszcze bardziej żywy i bezpośredni, zupełnie jakby wszedł w skórę Ether E porównywanych do Omeg. I znów od apetytu i gustu słuchacza zależało, czy skrzący się błyskami na czarnym tle i ze strunami bardziej naprężonymi obraz T1 wolało się będzie od łagodniejszego elektrostatów, lepiej oddających smak indywidualny brzmienia, bo bardziej rozkładających je na czynniki. Trochę, przyznam, mnie to zirytowało i postanowiłem uzupełnić obraz porównań o sparing Ether E vs T1 o porównanie na Twin-Head (też oczywiście z udziałem iESL). Motywem była pamięć o tym, jak te flagowce Beyerdynamica potrafią być eleganckie, spokojne i romantyczne z moim wzmacniaczem, co opisywałem min. w recenzji konkurujących z nimi AKG K812. Zatem CD-35 Ayona, Ether E w iESL a T1 prosto w Twin-Head – i tylko przełączamy pstryczkiem pozycje w tym ostatnim na Pre albo Headphone Amplifier. Ale także T1 w iESL, bo on ma wyjście dla słuchawek dynamicznych, i to pracujące równolegle, że można równocześnie słuchać z niego elektrostatów i dynamików. Nie tak całkiem jednakże, gdyż poziomy głośności inne i trzeba przy każdej zmianie na uszach wyrównywać, ale przełączać niczego nie trzeba.

I bardziej z daleka.

Nowa wiedza? Właściwie nie, chociaż trochę. Na pewno w tym torze Ether E grały jeszcze lepiej niż przy źródle komputerowym – cieplej, melodyjniej, misterniej. Transfery po USB wciąż pozostają piętą achillesową, mimo że gęste pliki są już na wysokim poziomie. Może nawet zresztą nie tyle transfery, co komputer za źródło. Nie mam idealnie przystosowanego do odtwarzania muzyki; specjalnie nie mam, żeby móc dźwięk oceniać z normalnego a nie wydumanego po nocach. Takiego z wyobcinanym wszystkim, żeby nie przeszkadzało, i z na pięciu specjalnych programach. Wiem, trwają wyścigi po palmę cyfrowego pierwszeństwa w muzyce na bazie Intela i AMD, ale sam się nie ścigam. Ma być przeciętnie do przeciętnej oceny. I takie zwykłe granie za pośrednictwem Foobara nawet w przypadku gęstych plików nie daje rady odczytowi CD, bo komputer to wiele czynności naraz, wzajemnie się zakłócających. Zostawmy to jednak. Dla nas są najważniejsze różnice pomiędzy Ether E a T1. I w tym względzie zmieniło się tylko to, że słuchane na przemian z iESL zbliżyły się do siebie dźwiękowo, choć wciąż to T1 były bardziej brzmieniowo agresywne i nie tak poetycko rozmarzone. Przesadzam jednak z tą poetyckością, to nie do końca pasujące słowo, podobnie jak rozmarzenie. Lepiej byłoby powiedzieć, że Ether E więcej przekazywały treści muzycznych, a T1 dynamicznych i związanych z przestrzennym otoczeniem. Ale z ręką na sercu – to nie były duże różnice. Ether E miały wprawdzie odrobinę bogatszą narrację, pozwalającą wyróżnić więcej muzycznych smaków, a ze swej strony T1 ciut więcej holografii, dynamiki i kontrastu, ale to były zbliżone brzmienia a nie diametralnie różne. Całkiem inne natomiast było to, które dostałem od T1 wpiętych wprost do Twin-Head. Spokojne, eleganckie, wysmakowane i dopieszczone sferycznie. Lampy 45ʼ już tak mają, za to się właśnie im płaci. Za najwyższą kulturę, głębię barw i przestrzenność. Nie są kwintesencją witalności, ale są wysublimowania. Spać iść mogłem zatem spokojnie, nie martwiąc się o niejasności i popełnione kiedyś błędy. Nic się w mierze T1 grających z Twin-Head nie zmieniło i mogłem tylko żałować, że nie mam wzmacniacza dla elektrostatów na równie wysokim poziomie. Ale cóż, te dla nich przeważnie bazują na małych triodach, a one dużym do czubka głowy nie doskoczą.

Podsumowanie

Eter Etherów E jest żywy i bogaty. Trzeba jedynie poszukać odpowiedniej jakości toru.

   Nowe, w sensie rynkowym nawet jeszcze nieistniejące, MrSpeakers Ether E powinny stać się ciekawą kontrpropozycją dla panoszącego się Staksa, szczególnie z punktu widzenia tych, którzy w muzyce poszukują bezpośredniości, żywości i dobrej pracy perkusji, a nie całościowego, lekko zdystansowanego oglądu, na bazie wyrafinowanych przejść barwnych i smaków. Cieplejszego, łagodniejszego, lepiej też umiejącego oddać indywidualne i całościowe atrybuty przestrzenne – lepiej ukazać sferyczność dźwięków i przywoływanych nimi ciał, a także całościową holografię. Ale nie lepiej tylko gorzej przywołać krąg żywych osób i ich emocjonalnych przeżyć. Dlatego z przymrużeniem oka możemy o tych Ether E rzucić, że lepsza z nich awantura. Mocniejsza gestykulacja, dobitniej wypowiadane zdania, czuć bardziej, co komu na sercu leży. Z tego powodu rock, albo poezja śpiewana – zwłaszcza ta mniej liryczna a bardziej dramatyczna – będą do Ether pasować lepiej, a cała reszta wedle gustu. I raz to jeszcze podkreślę – mózg i tak zrobi swoje, dopasowując słuchacza do stylu a styl do słuchacza. Bardzo dobrze wyrówna różnice, więc lepiej sobie jego pracy nie psuć ciągłymi porównaniami, jeżeli ma się dwie pary różnych stylistycznie słuchawek.

W punktach:

Zalety

  • Żywy obraz.
  • Dynamika.
  • Bezpośredniość.
  • Mocno akcentowane skraje pasma.
  • Ale nie kosztem średnicy.
  • Żywi ludzie i ich problemy.
  • Smyczkiem ciągnione struny wchodzą wprost w układ nerwowy.
  • Akcent na pierwszy plan (o ile ktoś lubi).
  • Przejrzystość.
  • Wyraźny kontur.
  • Mocne jak na elektrostaty kontrasty.
  • Jasne, wszystko omiatające światło.
  • Ale bez odczucia rozjaśnienia, sam naturalizm.
  • Wysoka kultury brzmienia; niczego od siebie nie dokładająca, obrazująca jakość toru.
  • Wyjątkowo dobra jak na elektrostaty perkusja.
  • Tradycyjna u elektrostatów szczegółowość i zdolność głębokiego przenikania w brzmienie.
  • Głęboki też i dobrze dociążony dźwięk.
  • Dużo miejsca na uszy.
  • Lekkie.
  • Wygodne.
  • Starannie wykonane.
  • Natychmiast rozpoznawalne.
  • Bezproblemowe w użyciu (regulacja zawieszenia, pałąk, kabel).
  • Bias identyczny jak u Staksa, więc brak problemów ze wzmacniaczami.
  • Znany i uznany producent.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Jak to elektrostaty – drogie.
  • Nie tak sferyczne same dźwięki i nie ta głębia sceny co u staksowskich Omeg.
  • Także nie tej miary pieszczota brzmienia i bogactwo kolorystyczne.
  • Bas mocny i z niskim zejściem, ale słabszy niż u najlepszych słuchawek dynamicznych.

Dane techniczne MrSpeakers Ether E:

  • Słuchawki elektrostatyczne o budowie otwartej.
  • Obudowa: stop aluminium.
  • Pałąk i pady: skóra.
  • Bias 580V.
  • Średnica muszli: 113 mm.
  • Waga bez kabla: 380g.
  • Kabel odpinany, symetryczny, długości 2,0 m.
  • Cena: około 11 000 PLN.

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-35 Signature.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacz słuchawkowy elektrostatyczny: Trilogy H1.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Octave V16.
  • Transformator dopasowujący: iESL.
  • Słuchawki: Beyerdynamic T1, MrSpeakers Ether E.
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream, Sulek 6×9.
  • Kabel głośnikowy (do iESL): Crystal Cable Absolute Dream.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Sulek Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

6 komentarzy w “Recenzja: MrSpeakers Ether E

  1. Piotr91 napisał(a):

    Panie Piotrze,
    Gdyby miał Pan wybierać – Final D8000 czy recenzowane elektrostaty MrSpeakers’a? Cena ostatecznie może wylądować w bardzo podobnym przedziale.

    Z wydźwięku obu recenzji spodziewam się, że jednak pierwsze z wymienionych.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Wybrałbym D8000. Bez wahania.

      1. Piotr91 napisał(a):

        Tak też się spodziewałem. Na AVS D8000 zrobiły na mnie lepsze wrażenie niż Ether E. Trzeba będzie raz jeszcze ich spróbować, tym razem w spokojnych warunkach.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Trudno sobie wyobrazić, jak mogłyby zagrać Ether E ze wzmacniaczem Stax T2 albo Orpheus HEV90, ale tak czy tak nie są to napędy szeroko dostępne, więc niewielki z ewentualnej świetności pożytek. Wielka szkoda, że nowy Stax T8000 rozczarował, wpisując się w najgorsze trendy wykorzystywania sławy marki do tanich zysków, no ale co robić. Pozostaje nadzieja, że ewentualna porażka rynkowa nowych właścicieli Staksa czegoś nauczy. Pod warunkiem, rzecz jasna, że to będzie porażka, bo kto wie, może na przekór realiom sukces?

  2. Colorfort napisał(a):

    Słuchałem na AVS. Podzielam opinię, – choć może inaczej bym to ujął. Główna różnica – do moich kilkorga Staxów – to scena 2D a nie 3D (wszystko w pewnym zakresie). Gdzieś mi się obiło na forach, że słuchawki są zrobione w większości z magnezu (i takie zrobiły na mnie wrażenie en’ pazur).
    Pozdrawiam.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na AVS grały z przeciętnej jakości wzmacniaczem i poprzez przystawkę Woo, która nie jest zła, ale od iESL słabsza. (Porównywałem.) Między innymi właśnie poziomem przejścia od 2D do 3D. Niemniej i z iESL scena MrSpeakers Ether E okazuje się mniej głęboka i ogólnie biorąc mniej widoczna aniżeli w Omegach.

      O składzie chemicznym surowca nie będę się wypowiadał, ale bardzo możliwe, iż jest to stop aluminiowo-magnezowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy