Recenzja: MrSpeakers Ether Flow

MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 017   Kontynuujmy rozprawę ze słuchawkami, które niczym smok stugłowy nie pozwalają się pokonać. Co któreś zrecenzuję, zaraz dwie kolejne pary się zjawiają, oddalając wizję zrecenzowania wszystkich. Mówię oczywiście o wyróżniających się, ponieważ ogólna słuchawkowa masa bez baczenia na jakość wymagałaby sporej ciężarówki a nie jednego recenzenta. Nic to jednak, wytrwamy. Oto po niedawnym zrecenzowaniu Drahm i świeżo przedstawionych Crosszone zawitały kolejne dwie pary, obie od amerykańskiego MrSpeakers. O firmie tej była już mowa w relacji z londyńskiego Can Jam, wielce pochwalna dodajmy, toteż wypada nadstawić uszu. Drugi raz słuchawki MrSpeakers mignęły podczas ostatniego AVS, na które zjechała para marketingowców firmy w poszukiwaniu polskiego dystrybutora. Poszukiwania dały rezultat, do czego sam odrobinę się przyczyniłem, a ich efektem jest, no jakżeby, krajowy nasz opiekun, którym okazał się warszawski MIP. W następstwie słuchawki MrSpeakers są już od jakiegoś czasu dostępne i można je kupować w sklepie internetowym Mp3Store, a także w jego sieci sprzedażowej. Jest już nawet pierwsza polska recenzja, natomiast sam się nie spieszyłem, a czemu, niebawem wyjawię. Dodam jeszcze, że słuchawek od MrSpeakers w sprzedaży są cztery modele, z tym że wszystkie zwące się Ether, ponieważ wszystkie blisko spokrewnione. Dwie wersje otwarte i dwie zamknięte (te opatrzone sygnaturką C), a cztery modele to tak naprawdę dwa – otwarty i zamknięty – pomnożone przez wersje sprzed i po modyfikacji Flow, znaczącej tyle co „przepływ”. Na dodatek obie identyczne poza rodzajem obudowy, a w efekcie kosztujące też identycznie; tak więc to w sumie naprawdę jeden model w wersji otwartej i zamkniętej, zmodyfikowany bądź nie. Na czym w sensie technicznym ta modyfikacja polega, do tego zaraz dojdziemy, natomiast od razu wyjaśnię, że w sensie finansowym oznacza przeskok ulepszający za dopłatą 2000 PLN. Z tym przeskokiem wiążą się też niestety perturbacje natury innej niż technika, czemu poświęcić będziemy musieli osobny passus; to jednak za parę linijek, a na razie cieszmy się dwiema korzyściami. Pierwszą, że producent nie zostawił na lodzie nabywców starszej wersji, mogących teraz za dopłatą dociągać do nowej. Drugą, że dzięki temu możemy kupować na raty: w pierwszym kroku za siedem tysięcy wchodząc w posiadanie starszego typu Ether, a potem za dwa kolejne przesiadać się na Flow. Jakby jednak nie liczyć, finalnie wyjdzie dużo, bowiem słuchawki za dziewięć tysięcy to już solidny pieniądz. Zdążyły nas wprawdzie przyzwyczaić z cenami do dzikiej galopady, ale co komu po przyzwyczajeniu, gdy portfel od tego nie puchnie? Tak więc te Ethery, zwłaszcza te Flow, są tylko dla zasobnych i przy swej gorzkiej cenie powinny obowiązkowo życie osładzać jakością. Tym się jednak zajmiemy gdy przyjdzie pora, a najpierw o innych sprawach, na początek o producencie.

MrSpeakers naprawdę nazywa się Dan Clark i wcześniej zajmował się kolumnami, w następstwie czego zyskał przydomek. Ale nie tylko. Jeszcze w latach 90-tych konstruował wzmacniacze i inną elektronikę, niemniej to za kolumny otrzymał zaszczytne wyróżnienie Platinum Audio. Poza tym udzielał się na Head-Fi, gdzie znany był jako autor rozchwytywanych modyfikacji klasycznych słuchawek planarnych Fostex TR-50, oferowanych pod nazwami Alpha Dog i Alpha Prime. Tak z tymi modyfikacjami dobrze mu poszło, takie pojawiło się ssanie, że postanowił zająć się wyłącznie słuchawkami i rzucił w kąt całą resztę. Pozostawił modyfikację Fostexów w ofercie, a sam skupił się na rozbudowie firmy i konstruowaniu od podstaw nowego modelu, zdecydowanie droższego. To właśnie te słuchawki weszły na rynek jako Ether, stanowiąc fundament techniczny dla recenzowanej teraz wersji Flow.

A wszystko się zaczęło od modyfikacji klasycznych słuchawek Fostexa...

Wszystko się zaczęło od modyfikacji klasycznych słuchawek Fostexa…

Gdy przeglądać materiały w Sieci, natrafić można w opisach Ether na odniesienia do elektrostatów i ortodynamików. Chwalone są za szybkość, dokładność, szczegółowość i melodykę, a także doprawianie tego wszystkiego potężnym basem. Tak naprawdę są to jednak słuchawki najbliżej spokrewnione z Jacklin Float i opisanymi kiedyś oBravo – słuchawki AMT. Akronim w rozwinięciu to Air Motion Transformer – wynalazek dość dawny, jeszcze z lat 60-tych, oznaczający membranę głośnikową w postaci harmonijki. Nie musimy tu tego rozwijać, można o tym poczytać w recenzji oBravo, warto natomiast przypomnieć, że technologia ta ma ważkie atuty, między innymi większą powierzchnię tworzenia dźwięku i szybszą reakcję na sygnał. Także lepszą wydajność energetyczną, a zatem same zalety. Tu jednak pojawia się techniczna wątpliwość. Otóż w opisie swego dzieła firma MrSpeakers nazywa technologię AMT po swojemu, określając ją jako V-Planar i w miejsce wynalazcy AMT – niemieckiego inżyniera dr Oskara Heila – wstawia nazwisko współpracującego z nią Bruce’a Thigpena i jego patent „radełkowej” diafragmy z 1997 roku. Nie posiadam żadnych podstaw, by tą zawiłość rozwikłać, ale przyznam, że sprawa jest dosyć dziwna. Dwa patenty na tę samą harmonijkową diafragmę? Ale może ten nowszy oznacza jakieś udoskonalenie? Niemniej o samym AMT należałoby wspomnieć, a się tego nie robi. W dodatku to jeszcze nie koniec. Do kwestii diafragmy dołącza druga, odnośnie specjalnej maskownicy nad przetwornikiem. Niezwykle w tym wypadku istotnej, ponieważ znaczącej dokładnie tyle samo co owa modyfikacja Flow, za którą dwa tysiące przychodzi dopłacić. To właśnie ta maskownica tożsama jest z tytułowym „płynięciem”, jako że to jej kielichowate otwory nad membraną i magnesami powodują udoskonalenie fali dźwiękowej w jej wędrówce do ucha, analogicznie do stosowanego przez Audeze tak zwanego Fazora. Zasada działania w obu wypadkach jest zbliżona – przepuszczany przez malutkie, kielichowate trąbki dźwięk, podobnie jak przechodzący pomiędzy specjalnymi przegrodami Fazora, ma mniejsze zniekształcenia, nie gubiąc traconych w interferencji szczegółów i szlachetności brzmienia. Wygładza się, porządkuje, lepiej potrafi oddać zdarzenia na skrajach pasma. Zwróćcie jednak uwagę na mętność wyjaśnień w producenckich materiałach do tego odniesionych. Nie jest to przypadkowe i też nawiązuje do kwestii patentów oraz do historycznych zaszłości. Te cofają nas do czasów, gdy MrSpeakers znany był jako dostawca udoskonalonych wersji Fostex TR-50. Otóż w tasiemcowym, ciągniętym od wielu lat wątku temu poświęconym na Head-Fi swoją modyfikację tych słuchawek przedstawił mieszkający w Dublinie polski designer i wynalazca Grzegorz Zieliński, piszący na Head-Fi pod zabójczym dla nie polskojęzycznych nickiem ZGLISZCZ. To, co się potem zdarzyło, Zgliszcz opisuje następująco:

Co mnie tak rozzłościło to to, że Mr $peaker przywłaszczył sobie coś, co miało być darmowym prezentem dla entuzjastów modyfikacji słuchawek i próbował wydusić z tego 5 patentów, podczas gdy moja praca była opublikowana na licencji ShareAlike (możliwość wykorzystania niekomercyjnego nieodpłatnie, jak również modyfikacji pod warunkiem publikacji na tych samych warunkach). Kolejną rzeczą, która spowodowała, że unikam obecnie strony headfi.org jest to, że pomimo wielu maili od użytkowników podzielających mój punkt widzenia, większość osób przełknęła cała sprawę bez żadnego zgrzytu i niesmaku. Dodatkowo pomysł, który przez ponad rok nie budził prawie żadnego zainteresowania, nagle stał się obiektem pożądania, będąc tak naprawdę plastikową nakładką wartą ponoć 300 dolarów różnicy w cenie… To uzmysłowiło mi po raz kolejny, że ogromna cześć ludzi nie docenia czegoś, dopóki srogo za to nie zapłaci. Jest to zresztą specyficzny snobizm, często widywany u pasjonatów audio. Myślę, że nie ma sensu rozpisywać się o tym bardziej, bo można poczytać o tym dokładniej we wspomnianych postach. Cały opis „wynalazku” w wątku poświęconym słuchawkom Mr $peakera to też straszne banialuki, do czego zresztą Mr $ sam się w końcu przyznał, po tym jak forumowicze wytknęli mu, że jego wizualizacja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Szczerze mówiąc nie jest Pan pierwszą osobą, która kontaktuje się ze mną przed napisaniem recenzji. Pisał do mnie na przykład Tyll Hertsens z Inner Fidelity, ale nie wspomniał o tym w swojej recenzji, bo prawdopodobnie nie pasowała do pozytywnej opinii na temat słuchawek Mr $peakera. (Na YouTube można usłyszeć, że zdaniem Tylla MrSpeakers kongenialnie wynalazł lejkowatą nakładkę. Przyp. autora.)

Zgodnie z dobrym zwyczajem sądów oddajmy głos drugiej stronie. W odpowiedzi na te zarzuty Dan Clark stwierdził, że jego patent obejmował nie tylko zaproponowane przez Zielińskiego lejkowate dyfuzory, ale także sposób ułożenia magnesów, całościową konstrukcję przetwornika oraz jakąś bliżej nieokreśloną dodatkową dźwiękową falę boczną, mającą rzekomo jeszcze bardziej poprawiać brzmienie. Ogólnie biorąc stwierdził, że pomysł z lejkami to tyko jedno z łącznie pięciu udoskonaleń, tak więc przyznany mu patent został podtrzymany i nie poczuwa się do winy. Oddał natomiast Zielińskiemu honor w sensie pierwszeństwa wynalazku, ze swej strony utrzymując, jakoby nic o nim nie wiedział. Zaproponował także jakieś zakulisowe pertraktacje, do których ostatecznie nie doszło. Dziś jedyną pozostałością po sprawie jest widniejący na dole firmowej strony poświęconej Ether Flow drobny dopisek:

We have applied for patents for shaping the wave within magnet trays and between bar magnets.  We would like to acknowledge some prior art:

A cool “ear-side” wave guide modification for the Fostex T50RP by ZGLISZCZ on head-fi.org published here (tu odnośnik)

In the early days of planar headphones there was a design using a flat disk magnets with perforations

Technika, wygoda, wygląd

Seria Dog jest już jednak przeszłością firmy MrSpeakers.

Seria Dog jest już jednak odległą czasowo sprawą.

   Chcąc nie chcąc sporo spraw technicznych zdążyliśmy już liznąć i nie powiem, żeby mi się to wszystko specjalnie podobało. Odkładając jednak na bok kwestie słuszności przyznanych patentów i właściwej terminologii w odniesieniu do przetworników Ether i Ether Flow, możemy napisać, iż w dużej mierze są wzorowane na Fostex TR-50, od których ich twórca przygodę ze słuchawkami zaczynał. Podobny sposób dystrybucji prądu – chociaż nie identyczny, jako że Fostex swą ortodynamiczną serpentynę przewodzącą opatentował i trzeba było ją niewielkimi odchyleniami obejść. Analogiczny też sposób ułożenia i sztabkowy kształt magnesów, by stały się lżejsze i jednocześnie wydajniejsze prądowo, a także lepsze akustycznie. Spora do tego moc, popisowe wręcz unikanie zniekształceń oraz idąca w ślad za tym prawidłowa postać brzmienia, postrzegana w intuicyjnym odbiorze jako szczególnie melodyjna i gładka. Są też jednak różnice. Muszle nie są prostokątne tylko okrągłe i w zależności od modelu całkowicie otwarte lub zamknięte, a nie półotwarte jak w pierwowzorze. Inny wraz z tym kształt padów – nie tylko okrągłych jak same słuchawki, ale też powodujący nachylenie przetwornika a nie jego równoległość do ucha. Wreszcie owe pięć opatentowanych udoskonaleń, na czele z podpatrzoną u Zgliszcza lejkową maskownicą. Lepszy też kabel i całkiem inny pałąk.

Sumarycznie biorąc wszystkie surowce i rozwiązania okazują się lepsze, a jeszcze lepsza cena – odjechana jak wszystkie ceny co znakomitszych dzisiejszych słuchawek. Największa zaś różnica to dumnie podkreślana harmonijkowa diafragma, opisywana jako V-Planar a nie AMT – być może w następstwie tego, że patent na AMT już wygasł, a zawsze to marketingowo lepiej wygląda, gdy piszemy, że innowacyjną diafragmę wynalazł i opatentował nasz współpracownik a nie jakiś nieżyjący od dawna gość z zamierzchłej przeszłości.

Zróbmy teraz krok wstecz i odłóżmy już tym razem definitywnie wszystko co nie jest samymi słuchawkami. Weźmy w nawias spory o genezę i techniczny genotyp, pierwszeństwo wynalazcze, prawidłowe nazewnictwo i cenę. Weźmy słuchawki do ręki i przed posłuchaniem obejrzyjmy.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to lekkość. Niezależnie od tego czy nazwać je ortodynamicznymi, czy AMT, jak na tego typu konstrukcję, mającą magnesy sterujące pod całą powierzchnią diafragmy, są lekkie. Ważą 370 gramów, a kształt padów i pałąka czyni je w odbiorze jeszcze lżejszymi. Ważniejszy, jako bardziej innowacyjny, jest pałąk, wykonany z nitinolu – stopu niklu z tytanem. Stop wynaleziono dawno temu, tak samo jak przetworniki AMT jeszcze w zamierzchłych latach 60-tych, ale wdrażany jest na szerszą skalę dopiero obecnie, gdyż trudno go wytwarzać. Nitinol ma dwie cenne właściwości – jest lekki i można go bez trwałego odkształcenia giąć dziesięć razy bardziej od stali, co zawdzięcza strukturze molekularnej podobnej do form biologicznych.

Aktualny lider oferty firmy mieści się w dość wątpliwej urody casie.

Aktualny lider oferty firmy mieści się w dość wątpliwej urody futerale.

Ma także jedną wadę – nie pozwala się spawać. (A konkretnie niezwykle trudno.) Ale na kształtki słuchawkowego pałąka nada się jak najbardziej, pozwalając stworzyć konstrukcję wyjątkowo lekką i odporną na deformacje. Dobrze przy tym dozującą naciski górny i boczny, co przełoży się na wygodę. U Ether Flow ma ten pałąk postać dwóch cienkich nitrolowych drutów, do których z możliwością płynnego suwania dół-góra podczepiono skórzaną opaskę. Sumarycznie działa to pierwszorzędnie, zwłaszcza że jest uzupełniane przez grube, mięsiste pady, obszyte wysokogatunkową skórą. Ogólnie zatem pełna wygoda oraz przyjemne wrażenie lekkości. Nic nie gniecie, nic nie uwiera, a pady są w dotyku przyjemne, nie powodujące pocenia i się nie brudzące.

Od strony wizualnej jest ten leciutki, mało rzucający się w oczy pałąk zworą pomiędzy dużymi, okrągłymi muszlami, o wyróżniku estetycznym w postaci obwiedni barwy granat metalik. Ten kolor to jedyne obok srebrnych przyłączy kabla odstępstwo od dominującej czerni, w przypadku muszli mającej postać lśniącej siateczki „plaster miodu” nad matowym, też oczywiście czarnym, materiałem osłony zewnętrznej formalnie otwartych przetworników.

Od strony wewnętrznej otwory w padach mają postać wydłużonego prostokąta, wyskalowanego akurat by zmieściło się ucho, co czyni powierzchnię dotykową wyjątkowo dużą. Po stronie wewnętrznej nad przetwornikiem także umieszczono filcową nakładkę tłumiącą, doposażoną w zewnętrzną warstwę ze sztucznego jedwabiu, co sprawia, że ów wyposażony w lejkową maskownicę przetwornik jest po obu stronach z lekka separowany. W jakim celu, tego nie wiem, ale być może nieznaczne tłumienie jest dla niego korzystne.

Osobny akapit trzeba przeznaczyć na kabel, ponieważ jest nie byle jaki. Podpinany do obu muszli zatrzaskowymi, 4-pinowymi złączkami profesjonalnej, japońskiej proweniencji, spotykanymi częściej w urządzeniach video niż audio. (Działają rewelacyjnie.) Ma 24 żyły dochodzące do każdej muszli z długokrystalicznej, beztlenowej miedzi i zwie się DUM.

A oto i one - MrSpeakers Ether Flow.

A oto i one – MrSpeakers Ether Flow.

Wykonuje go firma zewnętrzna, na której czele stoi ponoć najwyższej klasy specjalista. Ma 1, 8 m długości i kosztuje, gdyby ktoś chciał dokupić drugi, $200. Jakość należy określić jako rzeczywiście wybitną. W porównaniu z Tonalium okazał się kłaść większy nacisk na detaliczność i separację, miał natomiast krótsze wybrzmienia, słabszą zwartość brzmieniową i słabszą muzykalność. Niezależnie jednak od tego, że wolałem Tonalium, nie stał, jak to dotąd bywało, na straconej pozycji, tylko równorzędnie współzawodniczył – a zatem ewenement. Kabel DUM jest sztywnawy i trochę sprężynujący, ale dość cienki i przede wszystkim lekki, tak więc w użyciu wygodny, choć mógłby być trochę dłuższy. Szkoda też, że oplot ma szorstki, hałasujący w kontakcie z ubraniem. W zależności od potrzeb użytkownika może być zakończony symetrycznym 4-pinem lub dużym jackiem od Neutrika, a na specjalne zamówienie słuchawki mogą być dostarczane z kablami od Audio DNA, Amplifier Surgery, BTG Audio, Double Helix Cables, Effect, Foranza, Kimber Cables, MIT Cables, Moon Audio, Nordosta, Norse albo WyWires. Wybór jest zatem wyjątkowo szeroki, zupełnie niespotykany.

W odróżnieniu od znakomitego kabla gorzej wygląda sprawa opakowania. Nie tyle zewnętrznego pudełka, które jest z solidnej, bardzo grubej tektury, tylko umieszczonego w nim etui przenośnego. To jest wprawdzie praktycznie twarde, lekkie i dosyć poręczne, ale w paskudnym odcieniu brązu i z paskudnym wyścieleniem, toteż go nie pochwalę.

Od strony parametrów poza wspomnianą już wagą słuchawki odznaczają się efektywnością 96 dB, impedancją 23 Ω oraz dopasowaniem przetworników +/- 1.5 dB. Pasma przenoszenia nie podano, a niska oporność oznacza łatwość napędzania, toteż pasował będzie każdy co mocniejszym sprzęt przenośny.

Design słuchawek choć nie da się nazwać ekskluzywnym, to wzbudza zaufanie.

Design słuchawek, choć nie da się go nazwać szczególnie ekskluzywnym, nie wzbudza zastrzeżeń.

Na finał jeszcze dodam, że słuchawki Ether Flow zyskały światową renomę, nadzwyczaj przychylne recenzje, dużą popularność, a wraz z nią szeroki rynek zbytu. Najlepszą dla nich rekomendacją pozostaje zaś fakt, że w razie braku zadowolenia nabywca w ciągu dwóch tygodni może je zwrócić bez ponoszenia kosztów. Sprawdźmy to odsłuchowo.

 

 

 

 

 

 

Odsłuch

W pełni otwarte nausznice skrywają przetworniki planarne o dość tajemniczej specyfikacji.

W pełni otwarte nausznice skrywają przetworniki planarne o dość tajemniczej specyfikacji.

   Odsłuchy wykonałem dokładnie w tych samych warunkach, w których testowane były kilka dni wcześniej Crosszone, dokładając jeszcze Twin-Heada. Z dwóch powodów. Ponieważ nie są opisowo tak trudne, a więc można było skorzystać z większej liczby wzmacniaczowych punktów widzenia nie popadając w rozwlekłość, a jednocześnie chciałem wyrobić sobie bardziej definitywne zdanie i mieć pogląd ostateczny.

Przy komputerze

A w takim razie znów komputer, przetwornik Ayon Sigma i wzmacniacz Ayon HA-3. Ponownie też do porównania Beyerdynamic T1 V2 i HiFiMAN HE-6, a także obecne jeszcze na miejscu Crosszone CZ-1, aby spoglądać także z góry.

Zacznijmy od porównania kabli, przy okazji wyjaśniając nareszcie, dlaczego z recenzją nie było mi spieszno. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że chciałem jak zawsze je wygrzać, ale ważniejsze było tym razem pozyskanie kabla Tonalim. To zaś wlokło się niemiłosiernie, gdyż te profesjonalne przyłącza są dość trudne do szybkiego zdobycia, a jeszcze za pierwszym razem omyłkowo przysłali inne. Ale nie dlatego chciałem Tonalium, że mi na jego promocji zależy, tylko dźwięk z oryginalnym kablem wydawał mi się za lekki. To z czasem ustąpiło i jeszcze się tym zajmiemy, ale w międzyczasie Tonalium i tak powstał i pokazał następujące różnice: brzmienie ciemniejsze i nieco, ale naprawdę nieznacznie, cięższe. Trochę z bardziej gęstą fakturą i nieco bardziej ocienione, ale to różnice nieznaczne, choć nie do pominięcia. Przede wszystkim zaś dłuższe wybrzmienia i bardziej się na siebie nakładające, co daje poczucie bardziej zgęszczonej atmosfery muzycznej, głębszego wtopienia w muzykę. Daje też nieznacznie więcej pogłosu, co jeszcze to wtopienie pogłębia.  Na jego tle kabel DUM okazuje się trochę jaśniejszy, mniej pogłosowy i bardziej separujący dźwięki. Działa bardziej porządkująco a mniej muzycznego ma aromatu, niemniej jest podobnie wybitny. Odsłuchy wykonywałem z oboma, o czym będę wspominał. A teraz do porównań.

Beyerdynamic T1 V2 vs Ether Flow (Jedne i drugie z kablem Tonalium)

Wyliczenie różnic między oboma słuchawkami nie nastręczyło problemu. Beyerdynamic grają pikantniej, bardziej chropawo, grasejująco i nieco połyskliwiej. Bardziej akcentują wszelkie szelesty, a figury brzmieniowe mają nieznacznie bardziej kanciaste; w każdym razie nie dają wrażenia szczególnej gładkości, podczas gdy Ether dają. Minimalnie są też niemieckie słuchawki bardziej pogłosowe i dudniące, a czerń ich tła czarniejsza, zwłaszcza w odniesieniu do kabla DUM. Ze swej strony Ether operują bardziej zmatowionym, pastelowym dźwiękiem, brzmią pełniej, płynnej, nieco cieplej, oferując mocniejszą muzyczną esencję i bliżej słuchacza lokując dźwięki.

Konstrukcja pałąka jest bardzo lekka i wytrzymała.

Konstrukcja pałąka jest bardzo lekka i wytrzymała.

Ich bardziej miękkie, układające się brzmienia wyraźnie bardziej falując płyną, a nie pojawiają się jako obrazy o widomych konturach. Brzmią dojrzalej, mniej dzwonią, nie dodając ani trochę sopranów do środka pasma, a przede wszystkim upajają niczym muzyczny likwor. Należałoby je więc przymierzyć do Audeze, ale raz, że tych już nie mam, a dwa, że każde Audeze grają trochę inaczej. Te ostatnio goszczone były podobnie płynne, ale z wyraźnie mocniejszym pogłosem, podczas gdy te z recenzji pogłosu prawie nie miały. Podobnie jak u nich, u Ether pogłos jest wyjątkowo naturalny i perfekcyjnie dozowany; szczególnie z kablem DUM, ale Tonalium też. Odpowiedni materiał pokazał także, że w fanfarach Beyerdynamic ciągną soprany wyżej i są te ich soprany jaśniejsze, natomiast bas nie schodzi u nich tak nisko i jest mniej wypełniony. Jedno i drugie było wyraźne, znaczące, jednoznacznie określające różnice. Podobnie jak dźwięk tamburynu – u Ether lepiej propagujący na przestrzeń i o bogatszej, bliższej rzeczywistości strukturze.

Podsumowując można by użyć metafory, że Ether grają bardziej z gracją, po kobiecemu, a przy tym bardziej poprawnie – pełniejszym znacznie i bogatszym dźwiękiem, podczas gdy T1 bardziej sztywno, echowo, połyskliwie, efekciarsko i kanciasto, czyli bardziej po męsku. Wyraźny w sumie punkt dla Ether – są niewątpliwie bardziej muzyczne. To bardziej naturalnie grające i wzbudzające pożądanie słuchawki. Tylko trzeba pamiętać, że po długim, długim wygrzaniu.

HiFiMAN HE-6 vs Ether Flow

I znów różnice łatwe do wyłapania. HE-6 to twardszym dźwiękiem grające słuchawki, a już szczególnie w rewirze basowym. Też nieźle wypełniające, ale słabiej i gorzej. Bo twardo i dudniąco oraz z krótszym basowym wybrzmieniem. Także z wyraźnie cieńszym całym dźwiękiem i nieco mniej naturalnym. (Przynajmniej z oryginalnym kablem, który mimo zapewnień producenta o jakości jest tradycyjnie kiepski.) Realistyczne mimo to w intuicyjnym odbiorze i pomimo zalewu szczegółów grające bardziej ascetycznie, gdyż mniej płynnie, z mniej elastycznym dźwiękiem i bardziej samą powierzchnią brzmienia aniżeli brzmieniowym miąższem. Bardziej tekturowym basem, cieńszymi głosami i bardziej wrzecionowatymi, jaśniejszymi sopranami. (Interkonekt Tary to nie Sulek, który na pewno by pomógł.) Ogólnie jaśniej przez te soprany, chociaż z tonowaniem basową czernią. Dużo bardziej też kontrastowo na osi bas-sopran, bo nie pojawia się tam pośrodku tak złożona, gęsta średnica. Przenikliwie, szczegółowo, drobnymi detalami i trochę zbyt jednowymiarowo gdy chodzi o złożoność brzmienia. Czasami też zbyt szeleszcząco, aż nawet ostrawo. Podobnie jak T1 pikantniej, połyskliwiej, migotliwiej i z mocnym kontrastem. Względem tego o Ether Flow można powtórzyć, że dają lepsze wypełnienie, poprawniejsze wybrzmienia w oparciu o płynniejsze linie melodyczne i większą całościową złożoność popieraną gęstością. Mniej o wiele kontrastu za sprawą pyszniącej się pośrodku średnicy, a brzmienie nie połyskliwie twarde tylko aksamitnie miękkie, cięższe, bardziej kaloryczne, naturalniejsze w pełnym tego znaczeniu i wraz z tym naturalizmem bardziej wyrafinowane. Poza tym to co na HE-6 grało wyraźnie w głowie, u Ether pojawiało się przed oczami, i to jest bardzo duży plus.

Całościowo komfort użytkowania należy uznać za wzorowy.

Całościowo komfort użytkowania należy uznać za wzorowy.

Crosszone CZ-1 vs Ether Flow

Nie ma co udawać, to porównanie najbardziej mnie intrygowało. W końcu jakieś droższe słuchawki, a na dokładkę te tańsze dostały wcześniej łupnia, więc może ktoś by je pomścił?

Dwie rzeczy nie ulegały wątpliwości od pierwszych taktów – Crosszone, jak to one, grają inaczej i na pewno nie słabiej. Jak jednak ich inność przekłada się na przyjemność i na prawdę brzmieniową?

Przekłada się w ten sposób, że są wielogłosowe. To oczywista oczywistość z uwagi na ich konstrukcję, no ale kiedy się słucha, to przestaje być tylko oczywiste i robi się zachwycające. W praktyce bowiem oznacza, że na przykład fanfar i bębnów w tym samy utworze będzie więcej, co bardzo wyraźnie słychać. Polifonia natychmiast dochodzi do głosu i jest to polifonia wybitna. Następuje zdecydowanie mocniejsze rozbicie na mnogość instrumentów i pojawia się dużo silniejszy ambience. To powoduje jednak, iż co u Ether (oraz każdych innych tradycyjnych słuchawek) było w odbiorze jednoznaczne, teraz się multiplikuje i ulega skomplikowaniu. Ta różnica nie jest jednak aż szokująca, co jasno dowodzi, że w przypadku normalnych słuchawek mózg dokonuje własnej multiplikującej interpretacji, łatając część dziur wynaturzonej stereofonii; niemniej – paradoksalnie – im dłużej się słucha i więcej porównuje, tym ta niezwykłość powodowana przywróceniem normalności u Crosszone bardziej do siebie przekonuje.

To nie są słuchawki w tradycyjny sposób udowadniające przewagę. Nie poprzez szczegółowość, analityczne umiejętności, przenikliwość, rozdzielczość. Tak dowodzą swojej wyższości Stax SR-009. Crosszone zamiast tego grają większą ilością dźwięków i ich intensywniejszą, bardziej naturalną współpracą. Także obszerniejszą sferą brzmieniową, trójwymiarowością obrazowania i niesamowitym nasyceniem. Oferują jeszcze gęstszy i masywniejszy dźwięk niż Ether, które dopiero co zdeklasowały pod tym względem T1 i HE-6. Grają także od Ether ciemniej i bardziej brzmienia rozpraszają. W efekcie soprany Ether okazują się węższe i wyższe, podczas gdy jeszcze przed chwilą, w poprzednich porównaniach, pisałem, że jest na odwrót. Nie są wystrzeliwane z aż tak gęstej, masywnej średnicy, a moment temu twierdziłem, że to średnica Ether jest szczególnie masywna i gęsta. Ale cóż, relatywizm, zależy do czego odnosić. Grubsze wyraźnie na średnicy dźwięki Crosszone jakby siedziały rozparte w fotelach i było ich na dodatek więcej, podczas gdy te u Ether prężyły się i były rzadziej rozstawione.

MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 013MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 009MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 014MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 020

 

 

 

 

Skromniejsza zatem całościowo u Ether prezentacja, mimo iż na tle poprzednio porównywanych imponująco gęsta, muzykalna i niwelująca ostrości. Nie mogąca jednak całkowicie wyrównać przewag sześciu a nie dwóch przetworników, wspieranych dodatkowo sztuczką z mieszaniem kanałów. Spostrzegłem też, że bas u Crosszone schodzi niżej i niesie (zaskoczenie) poza miękkimi także twardszą składową brzmienia, podczas gdy u Ether cały jest miękki i też potężny. A przy tym, wyjaśnijmy to sobie: – Że jest miękki, nie znaczy, że nie czuć w nim naprężenia membran, czy tego wszystkiego co w basie winno być twarde. Jest miękki tylko w tym sensie, że nie utwardza deformująco, od czego HE-6 i T1 nie były wyzwolone. Natomiast bas Crosszone jest jeszcze bardziej różnorodny i potrafi zejść niżej.

Podsumowując można powiedzieć, że droższe aż o pięć tysięcy Crosszone okazały się mieć nad Ether do pewnego stopnia analogiczne przewagi, jakimi one pobiły HE-6 i T1. Tylko te ceny, ceny… To jednak wcale nie znaczy, że trzeba koniecznie doskładać tę różnicę i wejść w posiadanie Crosszone. Bo jak napisałem w ich recenzji, brzmią od normalnych słuchawek mniej jednoznacznie i nieraz mniej bezpośrednio, a to się nie musi podobać. Poza tym kiedy nie porównywać, wypełnienie u Ether pojawia się jako zjawiskowo mocne, co jeszcze można podkreślić interkonektem lepiej wypełniającym od Air1 Tary.

I na koniec jedna uwaga: popełniłem błąd recenzując Crosszone przy komputerze, gdyż zadowoliłem się plikami Masters z Tidala, zamiast sięgnąć po jeszcze lepsze z dysku. Dopiero takie ukazują pełnię możliwości nowej referencji z Japonii. Ale Ether się także popisywały i wsłuchiwałem się w nie z ogromną satysfakcją.

Odsłuch: Przy odtwarzaczu

Jak zaś prezentują się brzmieniowo słuchawki za 9 tysięcy złotych?

Jak prezentują się brzmieniowo słuchawki za 9 tysięcy złotych?

   Zwyczajowo przy odtwarzaczu mniej będzie o porównaniach a więcej o recenzowanych słuchawkach.

Tak nawiasem, kiedy przy odtwarzaczu nie pokazuje się nic nowego, mam rozbieżne uczucia. Z jednej strony to źle, gdyż pisać za bardzo o czym nie ma, ale z drugiej to dobrze, bo ocena bardziej jest jednoznaczna i protokół rozbieżności się nie pojawia. Tym razem poszło w stronę ujednolicenia. Słuchawki MrSpeakers Ether Flow styl mają określony i nie są kapryśne. Dać im tylko trzeba dużo czasu na wygrzanie, ładnych parę tygodni, a potem już grają w zdefiniowany, nie narażający na niespodzianki sposób i do roboty przy nich właściwie nic nie ma. A przy innych różnie to bywa. Trzeba zazwyczaj myśleć o lepszym kablu, który oznacza spory lub nawet duży wydatek; trzeba nieraz kombinować z pdami, co jest ulubioną sztuczką co bardziej zaawansowanych słuchawkowców; trzeba niejednokrotnie precyzyjnie dobrać wzmacniacz i nierzadko zmieniać posiadane wcześniej interkonekty. A MrSpeakers tego nie wymagają. Kabel wraz z nimi przychodzi pierwszorzędny, pady mają wyjątkowo praktyczne i wygodę gwarantujące, a także dla torów są przyjazne, dużo potrafiące wybaczyć. Tu czy tam grać będą po swojemu i w sposób całkiem niezgorzej uzasadniający bardzo wysoką cenę. Bo względem słuchawek za 4-6 tysięcy, nawet takich najbardziej uznanych i z ulepszonymi kablami, oferują lepsze wypełnienie i lepszą muzykalność. Są pod tym względem na poziomie Audeze LCD-4, aczkolwiek nieco inne. Nieznacznie mniej pogłosowe, mniej przede wszystkim uspokojone i mniej zaokrąglające brzmienia. Generalnie idące w stronę realizmu przy też wielkiej dbałości o kulturę.

Ale słowo kultura może się źle skojarzyć. Może bowiem także oznaczać przesadne ugrzecznieni i powściągliwość zachowań, a tego u MrSpeakers Ether Flow wcale a wcale nie ma. Jak przystało na konstrukcję AMT uderzają z energią, są szybkie i dynamiczne. Prócz tego obdarowują imponującą gęstością i wypełnieniem, przy których takie HiFiMAN HE-6 nie wytrzymują porównań. Są znacznie chudsze i jakby puste w środku. To samo Beyerdynamic T1 – też grają lżejszym, bardziej napompowanym powietrzem dźwiękiem, a przede wszystkim bardziej chropawym i pogłosowym. Znakomicie to wprawdzie potrafią zbierać w całość i czynić niezwykle interesującym, dodatkowo też wzbogacanym wyjątkowo przestrzenną aurą, no ale to jest jednak trochę jak krzyczenie do studni, a dzięki Ether Flow dmiemy bardziej w helikon.

MrSpeakers Ether Flow potrafią dosłownie "płynąć" obfitym, muzycznym przekazem najwyższych lotów!

MrSpeakers Ether Flow potrafią rzeczywiście „płynąć” obfitym muzycznym strumieniem!

Dźwięk jest płynny, ekspandujący i dociążony, a także ma kluczowy znacznik muzycznej cudowności. Zjawiskowe falowanie, wdzięk, grację, hiperbole, zdolność do zachwycania. Coś więcej niż samą gromadę dźwięków zebranych w jednym miejscu i echo. To można określić jako artyzm, albo jako podnietę. Tak czy siak chodzi o wartość estetyczno emocjonalną dającą wykończenie. I tego w Ether Flow jest dużo. To obok wypełnienia i muzycznej gładkości składa się na ich wartość. Grają dźwiękiem pełnym, dojrzałym, szczególnie gładkim i zdobnym w brzmieniowe atomaty. Przy czym względem LCD-4 z większym pazurem, większą ekspresyjnością. Nie było bezpośrednich porównań, tamtych słuchałem pół roku wcześniej, ale tak z perspektywy, to Ether Flow bym wolał. Bas mają bardziej popisowy i soprany bardziej intrygujące, a przede wszystkim więcej realizmu a mniej łagodzenia. Przy odpowiedniej klasy sygnale można się zapamiętać – wciągają całkowicie. A do tego nie męczą; można słuchać bardzo głośno i długo. Bezpośredniość, pełny kontakt z muzycznym światem i silne efekty pobudzające. Moc, wielowarstwowość basu, ci jakże obecni wykonawcy. A jednocześnie tak cenione przez audiofili dominujące poczucie bogactwa – że super szczegółowość, wyrazistość, przejrzystość, połyskliwość i kontur. (Przy odtwarzaczu zagrały bardziej połyskliwie.) Pasmo bardzo dobrze zrośnięte, a w pełni po obu stronach porozciągane, tak że bas u T1, a nawet u HE-6, tak nisko zejść nie umie i nie ma (nawet daleko do tego) takiej miąższości. Soprany z pełną kulturą, sferyczne i bez poczucia braku. Piękno wokali, przekonujący autentyzm i zdrowy, mocny fundament, na którym postawiono solidne mury nośne. To nie jest jakaś podchwytliwa kreacja, żadne tam hops na linie. Tu się nie macha parasolką, żeby odciągnąć uwagę widza od skromnej inscenizacji. Domy nie są malowane na płótnie, jak w teatralnych sceneriach, tylko stoją w dźwiękowych ogrodach i są porządnie murowane. Można wprawdzie woleć dźwięki bardziej utkane z powietrza i zjawiskową ulotność tworzącą zjawiskową przestrzeń; a już szczególnie można do takiej prezentacji przywyknąć. Ale solidność jest solidnością i to wychodzi w porównaniach. Tam czary, a tu konkret. Ether Flow są zaawansowane artystycznie ale tkwią w materialnym konkrecie a nie teatralnej złudzie. O ich dźwięk można się oprzeć, ręka przez pustkę nie przeleci. Zarazem nie są tylko masywne i przede wszystkim nie dają uspokojenia, którego to uspokajania strasznie nie lubię i z natury przed nim się wzdragam. To murowany wstęp do nudy, gwarantowana katastrofa. A tu nie – jest realizm, jest nerw i jest intryga. No, można się zakochać, a już szczególnie przy gęstych plikach albo wybitnych płytach kręconych przez wybitny odtwarzacz. Czar, magia et cetera. Na stromym stoku jazda.

I choć konkurencja jest aktualnie ogromna i bardzo groźna...

I choć konkurencja jest aktualnie ogromna i bardzo groźna…

Ale miało być przy dwóch wzmacniaczach, więc teraz krótko o nich. Słuchawki zachowały swój styl przy obu, ale różnice były. A w ślad za innością wzmacniaczy pokazał się różny odbiór poszczególnych słuchawek; szczególnie o dwóch mówię, o Ether Flow i Crosszone. Muszę do tego nawiązać, ponieważ to jest ważne. Ważne, ponieważ obrazujące; pokazujące jak różnie z tym odbiorem być może.

Wzmacniacz Fostexa grał grubszym i bardziej ujednoliconym brzmieniem. Nie tak migotliwym, nie aż tak finezyjnym, a za to mocnym, treściwym. Bardziej oczywiście finezyjnym niż nawet dobry przeciętny wzmacniacz, ale kto chciałby od tego Fostexa całkiem szczególnej finezji, powinien kupić 300B Takatsuki albo te Sophia Princess, natomiast 300B Classic to przede wszystkim treść a nie przede wszystkim finezja. To bardziej inżynieria dźwięku a nie dźwiękowa poezja. I to ma dobre strony, zwłaszcza dobre właśnie dla Ether. Z tego dokładnie samego powodu, dla którego chwaliłem je za brak nudy. One także są krzepkie i także konkretne, ale mają też freak, mają odjazd. Poza tym ich styl tradycyjnych słuchawek, o którym pisałem analizując odmienność Crosszone, skupiający się bardziej na rzeczach z przodu niż obrazowaniu całości, do Fostexa lepiej pasował. Być może sprawa jest prostsza i po prostu Ether Flow względem Crosszone mają mniej objętościowe, bardziej jak sztych soprany, ale tak czy inaczej ich brzmienie ze wzmacniaczem Fostexa mogło być odebrane jako bardziej intrygujące. Wysokiej klasy realizm, przemożne poczucie obecności żywej muzyki i kreujących ją wykonawców, pełna przejrzystość, jednoznaczność, brak odciągających uwagę zjawisk pobocznych. I nic to, że Crosszone były jeszcze bardziej treściwe, bo jednocześnie bardziej skupiały się na obrazowaniu całości i przez to redukowały bezpośredniość pierwszego planu, a w efekcie prezentacje wypadły remisowo, w moim przynajmniej odbiorze. Zwyczajnie nie wiem, które z tym Fostexem bym wolał. Może wiedziałbym to po miesiącu. Ale tak w pierwszym odruchu, to chyba jednak Ether, aczkolwiek nie piszę tego z pełnym przekonaniem. Z kolei Twin-Head był przede wszystkim finezyjnie upojny, bardziej skupiony na niuansach, delikatniejszy, choć jednocześnie bardziej dynamiczny – lepiej akcentujący atak oraz różnice ciche-głośne. Taki też bardziej rozszumiany, romantyczny, wibrujący. To szło w sukurs Crosszone, które dźwięku nieodmiennie od zwykłych słuchawek mają więcej i jest ten ich dźwięk zawsze bardziej zgęszczony, objętościowy.

...to Ether Flow bez trudu odnajdują sobie miejsce na high-endowym firmamencie. Polecamy!

…to Ether Flow bez trudu odnajdują sobie miejsce na high-endowym firmamencie. Polecamy!

W to im graj – taka finezja, drobne nutki, rozwydrzone wibracje, delikatność, migotki, a także większa dynamika – to bardzo dobrze pasowało do ich większej gęstości i pojemności Tak więc z tym wzmacniaczem Crosszone bym wolał. Wyjątkowy dały pokaz brzmienia, ale to nie odbiera Ether tytułu do bycia rewelacją. Beyerdynamic i HiFiMAN grały od nich o wiele szczuplej, mniej płynnie i mniej gładko. Miało to swoje uroki: dawało świeżość i przykuwało uwagę, ale bardziej treściwe brzmienia MrSpeakers były prawdziwsze, konkretniejsze, wyjątkowo przy tym muzyczne. Jeżeli ktoś lubi dźwięk masywny, a jednocześnie finezyjny i gładki, to trudno będzie o lepsze. Zwłaszcza że jednocześnie są szczegółowe, epatujące brzmieniowym przepychem.

 

 

 

 

Podsumowanie

MrSpeakers Ether Flow HiFi Philosophy 003   Przygoda z MrSpeakers Ether Flow zaczęła się irytacją, ale dobrze skończyła. Na tle pochwał Karola z Londynu przez długi czas nie mogłem się do nich przekonać i tylko pamięć słuchanej w Warszawie wersji zamkniętej podtrzymywała na duchu. Ale i to z czasem osłabło i byłem sfrustrowany. Jednak po ponad miesiącu grać zaczęły wybitnie i już na tydzień przed recenzją przestałem się o nie lękać. Odeszły zwłaszcza od pewnej lekkości, która kazała czekać na kabel Tonalium. Oczywiście sam nie jestem dystrybutorem i jak dla mnie mogłyby grać dowolnie, ale te pochwały z Londynu do czegoś zobowiązywały. Słuchawki są niewątpliwie pokrewne Audeze LCD-3 i LCD-4, ale mniej pogłosowe, mniej stonowane i mniej ocieplające, a w to miejsce z lepszym unerwieniem. Nigdy nie trącą nudą, pomimo że grają gładko, pełnym dźwiękiem i bez sopranowych wtrętów. Ich średni zakres jest tylko średni, sopranami nie podbarwiony. I podobnie jak u Audeze te soprany spajają się z całym pasmem, ale procentowo jest ich tu więcej, więc w efekcie bardziej ożywczy przekaz. Kiedy nawiązać do alternatyw, to elektrostatyczny Stax SR-009 jest bardziej przenikliwy, finezyjny i szczegółowy, ale mniej gładki i słabiej wypełniony. Ma także to elektrostatyczne tknięcie ezoterią, które dopiero bardzo drogie wzmacniacze pozwalają podrasować, zamieniając nadrealizm w realizm. Z kolei sześcioprzetwornikowe, dynamiczne Crosszone grają (aż nie chce mi się tego powtarzać) bardziej objętościowym, gęstszym, bardziej na sferyczność nakierowanym dźwiękiem. Wymagają jednak szczególnie detalicznego źródła i bardzo finezyjnego wzmacniacza, by dobrze to wszystko pokazać, żeby się nie zlewało. Natomiast Ether Flow to takie normalniejsze ale rewelacyjne słuchawki. Treściwe a poetyckie, masywne ale też delikatne i pięknymi głosami obdarzać potrafiące. Gładkie ale nie nudne, a także zawsze grające poza obrysem głowy (prawdziwa rewelacja) i doposażone potężnym, imponującym basem. Znakomicie też dozujące pogłosy i ekstatycznie ale w dobrej kompozycji z resztą pasma podające soprany. A zatem kompleksowe i na najwyższym poziomie. Groźny konkurent od dołu cenowego dla Focal Utopia, Audeze LCD-4, HiFiMAN HE-1000 i Ultrasone Jubilee, a od góry przede wszystkim dla Sennheiser HD 800S.

 

W punktach:

Zalety

  • Popisowa obfitość brzmienia.
  • Na bazie gładkości i pełni przy prawidłowej temperaturze, a nie pośród chłodnej, echowej detaliczności.
  • Nie wiem jak to robią, ale nie grają w głowie.
  • Szybkie i potężne.
  • Żadnego fałszowania – zarówno w odniesieniu do samych dźwięków jak i całościowego stylu.
  • Brak teatralności – uczciwy, konkretny realizm.
  • Piękna płynność i melodyjność.
  • Żadnego podbarwiania średnicy sopranami.
  • A jednocześnie angażujący, przestrzenny sopran, zawsze na swoim miejscu.
  • Piękne, upajające głosy.
  • Poparte całkowitą bezpośredniością.
  • Mocny, nisko schodzący, wieloskładnikowy bas.
  • Pięknie oddają prężność i dynamizm perkusyjnych membran.
  • Żadnych kłopotów z przejrzystością.
  • Wspaniale się czują w najlepszym towarzystwie sprzętu i nagrań.
  • Co oznacza, że całościowo są wyważone i też najwyższej jakości.
  • Pomimo gładkiego brzmienia nigdy nie nudzą.
  • Doskonale radzą sobie ze słabymi nagraniami.
  • O wiele bardziej treściwe brzmienie niż u słuchawek z okolic 5-6 tysięcy.
  • Duża, uporządkowana scena.
  • Znakomicie realizują pogłosy.
  • Nie ocieplają i nie schładzają.
  • Nieznacznie przyciemnione, nastrojowe a jednocześnie realistyczne oświetlenie.
  • Detaliczne i rozdzielcze bez przesadnego tego akcentowania. (Muzyka na pierwszym miejscu.)
  • Stosunkowo lekkie i bardzo wygodne.
  • Wielka rzadkość – wysokiej klasy, odpinany (wyjątkowo sprawnie) kabel.
  • Innowacyjny pałąk z nitrolu.
  • Nie narzucająca się, elegancka prezencja.
  • Nadają się do sprzętu przenośnego (tego mocniejszego).
  • Podróżny neseser.
  • Mimo ceny rozchwytywane.
  • Entuzjastyczne recenzje.
  • Można kupować etapami.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Kłopoty z określeniem typu konstrukcji i patentami.
  • Skąpe dane techniczne.
  • Paskudny kolor nesesera.
  • Stojak w komplecie by nie zaszkodził.
  • Długo się wygrzewają.
  • Drogie.

 Sprzęt do testu dostarczyła firma: MIP

Dane techniczne MrSpeakers Ether Flow :

  • Słuchawki otwarte o konstrukcji planarnej (ortodynamicznej).
  • Przetwornik: produkcji własnej MrSpeakers’ 2.75” x 1.75” z technologią TrueFlow.
  • Dopasowanie przetworników: +/- 1.5 dB pomiędzy 30 a 5000 Hz.
  • Planar™ surface processing.
  • Pasmo przenoszenia: Tak *
  • Efektywność: 96 dB/mW.
  • Impedancja: 23 Ω.
  • Waga: 370 g.
  • Precyzyjnie toczone aluminiowe obudowy, kardany i obrotnice.
  • Pałąk typu Nitinol Memory Metal o obszyciu z włoskiej skóry.
  • Pady ze skóry jagnięcej.
  • Kabel: DUM Dual-Entry (6,3 mm lub 4-pin) 1,8 m.
  • Cena: 8990 PLN

 

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-35.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Ayon HA-3, Fostex HP-V8.
  • Słuchawki: Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, HiFiMAN HE-6, MrSpeakers Ether Flow.
  • Interkonekty: Sulek Audio RCA, Tara Labs Air1.
  • Kabel USB: ifi Gemini + iUSB3.0.
  • Kable zasilające: Acoustic Revive Triple C, Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

50 komentarzy w “Recenzja: MrSpeakers Ether Flow

  1. crysis94 napisał(a):

    Spodziewałem się, że będą sporo gładsze od T1.2 (jak prawie wszystko), ale myślałem, że będą dość zbliżone do HE-6…
    Czekam na recenzję Ether C FLow, bo to one mnie interesują, mam nadzieję, że zdecydowanie twardsze na dole…

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      A po co Ci twardy dół? Nie lepszy jak w prawdziwej perkusji?

      1. crysis94 napisał(a):

        Gusta i guściki, ja jednak wolę analizę, analizę z możliwie sporą dawką muzykalności, ale jednak analizę 😉
        Po przeczytaniu już wiem, że otwarte zagrożeniem dla HE-6 (z padami Audeze i na grubej miedzi) u mnie nie są…
        Czekam na Pana (oraz jeszcze jednej osoby) opis zamkniętego wariantu… wtedy będę się zastanawiał czy jest sens zawracania MIPowi głowy o możliwość odsłuchu czy raczej wciąż zostanę z
        http://i.imgur.com/0TCW9EG.png
        jako zamkniętymi…

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          Analityczne z mocnym basem to Ultrasone Edition 5 i Jubilee. Tyle że drożyzna. Także Fostex TH-900. Zdecydowanie. Z tańszych Fostex TH-610. Też zdecydowanie, nawet bardziej. A te w odsyłaczu to jakie?

          1. crysis94 napisał(a):

            No Edition 5 jednak nie do końca podeszły… może kiedyś powtórzę odsłuch.
            TH-900 zdecydowanie bardziej… ale jednak nie wygrały… ale gdybym oddał moim trochę wypełnienia basu od Fostexów to byłby ideał :>
            TH-600 i TH-X00 (tym drugim to imo dali zbyt małą komorę akustyczną… bez modyfikowania niewypał) słuchane także.
            TH-610, TH-900mk2 ani AH-D7200 jeszcze nie słuchałem, ale raczej nie spodziewam się rewolucji w stosunku do pierwszych TH-900, które jak mówiłem w mojej preferencyjnej TOPce są, ale nie wygrały.
            Zamkniętych już na prawdę bardzo dużo przewaliłem szukając ideału…

            W odsyłaczu słuchawki, które były zrobione na zamówienie (driver od T70 250ohm, komora z Limby przypominająca tą w R10). Poleciłbym twórcę, ale nie zajmuje się już indywidualnymi zamówieniami, przygotowuje się do seryjnej… może kiedyś będzie Polski MrSpeakers, ale z drewnianymi pięknościami 😉

          2. crysis94 napisał(a):

            Tak czy siak czekam na opis Etherów C Flow 😉

          3. PIotr Ryka napisał(a):

            Jubilee są lepsze niż Edition 5. R10 to miniony wzorzec, tylko z basem raczej oszczędnym, nie podkreślanym.

  2. oblivion napisał(a):

    Dobrze się czytało, w sumie jak zawsze 🙂 Widzę, że bardzo ciekawe słuchawki. Co do parametrów, to przy modelu AEON napisano „Frequency response: Yes (sorry, this specification is abused to the point of silliness, so we don’t publish one)”. I jest to prawda, mogli by sobie napisać przenoszenie 1hz-300khz. Nikt nie podaje sposobów pomiarów pasma przenoszenia(o ile w ogóle je robią), więc porównywanie ich między słuchawkami nie ma sensu. IMO jedynie wykres z pomierzeniem częstotliwości słuchawek ma sens i to wyłącznie używając tego samego sprzętu pomiarowego, by móc dokładnie porównać z innymi modelami słuchawek.

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Trochę tak, a trochę nie. Z jednej strony na pewno nie ma przełożenia bezpośredniego: szersze pasmo równa się lepszy dźwięk, z drugiej taki Focal bardzo się jednak przechwala pasmem swoich Utopii, rzucając innym rękawicę.

  3. Michal napisał(a):

    Czekałem na tą recenzję! 🙂

    Narzuca mi się jedno zasadnicze pytanie: czy Twoim zdaniem te słuchawki to lepszy zakup niż HD800S? Bo raczej pomiędzy tymi dwoma się waham, a z K812 i Pandor póki co zrezygnowałem. Jeszcze kwestia tego, czy dla takich drogich słuchawek wąskim gardłem nie okaże się mój Aune S6 🙁

    Wzmaka jeszcze nie kupiłem – waham się cały czas pomiędzy Phastem, Feliksem, WBA i Dubielem …

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Jeżeli woli się dźwięk bardziej pełny, gładki i melodyjny, to raczej Ether. Jeżeli bardziej stawia się na dużą, zwizualizowaną scenę, to raczej HD 800S. Poza tym HD 800 są bardziej wybredne dla wzmacniaczy, no i kabel im trzeba wymienić na Tonalium, bo to je dźwignie o klasę. Ale wówczas ceny się wyrównają.

  4. Soundman napisał(a):

    Piotrze, a jak sobie radzą Ethery Flow w szybkiej,dynamicznej muzyce, gdzie potrzeba szybkiego,mocnego dobitnego basu.W elektronice zwłaszcza…tam LCD3 mi nie nadążały ,za wolne były,bas zbyt rozpasły, mało twardy i sprężysty.Za to T1 rev2 tutaj brylowały,mój ideał. Czy E.Flow dają radę jak T1 rev2 w takiej szybkiej muzyce?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Ethery dają radę w szybkiej muzyce i co gorsza (albo dla posiadaczy lepsza) bas mają od T1 o wiele prawdziwszy, mocniejszy, pełniejszy. Na super plikach z super basem aż się nie mogłem nasłuchać.

  5. Soundman napisał(a):

    No,no…to ciekawe jak tak.

  6. AAAFNRAA napisał(a):

    crysis94 – wolisz TH-600 i TH-X00 od TH-900? Jak myślisz o zamkniętych w cenie Ether, to poczekaj na nowe Sony MDR Z1R, podobno grają rewelacyjnie! Chociaż one podobno ze względu na „papierową” obudowę przetwornika są raczej jak półotwarte. Opłaca się kupić w Wielkiej Brytanii ze względu na kurs funta, wyjdą za niecałe 8 tys. PLN

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Ale te Sony grają miękko a nie twardo.

      1. crysis94 napisał(a):

        Dokładnie – wstępne opisy mnie na nie nie nastrajają… no i jeszcze „zamknięta” konstrukcja.

        TH-900 oczywiście >>> TH-600… no a TH-X00 to dla mnie trochę niewypał – średnica bliższa niż ww, przez moment wydają się ciekawe, ale nie ma to ani sceny, ani twardości, ani rozdzielczości starszych braci…
        Według wstępnych prób z zamontowaniem większych muszli oraz głębszych padów po prostu zbytnio zmniejszyli komorę i spłaszczyli pady – to do naprawienia.
        Ale jest też sporo górek (średni/wysoki bas) i dołków (wyższa średnica, część góry) większych niż w starszych braciach, więc porzuciłem zabawę z nimi dość szybko i odsprzedałem…
        Myślę, że ciekawe mogą być nowe TH-610 (nie słuchałem), ale TH-X00 osobiście nie polecam jako tańszego substytutu TH-900.
        Oczywiście to moja, subiektywna opinia, ale znam kilka osób, które podobnie podchodzą do TH-X00. Tyle ode mnie.

        Wszedłem po informacji, że Ethery wróciły do Łodzi, sprawdzałem czy jest może recenzja zamkniętej wersji :>

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          Właśnie zacząłem pisać recenzję TH-610.

        2. PIotr Ryka napisał(a):

          Zamkniętą wersję mam u siebie, ale nie chcę tak Ether zaraz po Ether. Chwila przerwy.

  7. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, a gdyby porównać recenzowane tu MrSpeakers Ether Flow do Oppo PM-1, to które z nich grają obficiej, gęściej w średnicy i ogólnie z lepszym dociążeniem?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      MrSpeakers.

  8. Marek napisał(a):

    A jak te Ethery wypadają na tle Stax L700?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Inny typ grania, oparty na wypełnieniu, mocy i konkretności, a nie przede wszystkim szybkości, szczegółowości i czymś co nazywam ezoterycznością, a co jednym się bardzo podoba, a innym zdecydowanie mniej. Elektrostaty mają taką zwiewność, która tylko przy najlepszej amplifikacji łączy się z wypełnieniem i masywnością. Bez tego to jest trochę taki muzyczny wiaterek a nie mocne stąpanie, choć muszę przyznać, że akurat L700 jak na elektrostaty grają konkretnie i tej ezoterii jest w nich niewiele. Niemniej Ethery (wbrew nazwie) są na pewno bardziej masywne brzmieniowo.

  9. adamm napisał(a):

    Recenzja świetna aczkolwiek zabrakło mi trochę porównania do Nighthawków 🙂 Czy w jakimkolwiek aspekcie nawiazaly one walkę z Etherami?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      MightHawk to słuchawki na tyle wybitne, że nie ma obawy o ich zdeklasowanie. Największa różnica pomiędzy nimi a Ether to większa przejrzystość tych ostatnich (co jest oczywiście na plus) i większy brzmieniowy optymizm (co jest cechą neutralną).

      1. Michał napisał(a):

        To też kwestia Twojego toru i tego, że masz lepszy kabel do NH niż stockowy, wydaje mi się 😉 Na mniej wybitnym sprzęcie i z fabrycznym kablem różnica jest duża na korzyść Etherów moim zdaniem. Z jednej strony słaby tor nie jest w stanie w pełni wykorzystać potencjału ani NH, ani Etherów – z drugiej strony nim bardziej wybitnym torem dysponujesz, tym bardziej grancie się zamazują.

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          Tak, niewątpliwie – im lepszy tor, tym różnice między słuchawkami przeważnie mniejsze.

        2. adamm napisał(a):

          Tor raczej dobry, choć do ideału na pewno daleko (m. innymi mocno zmodyfikowany Cayin HA-1A, duża róznica w brzmieniu w stosunku do oryginału, dopasowany do Hawków lampami – sprawdzają mi się telefunkeny – powietrze, bardziej zwarty bas), kabelek firmowy póki co, lepszy to jednak wydatek ok 1000zł, tańsze któe testowałem nie były lepsze.

      2. adamm napisał(a):

        dziekuje , to własnie chciałem usłyszeć 🙂

  10. AAAFNRAA napisał(a):

    Jest szansa na recenzje nowych Nighthawk Carbon i Nightowl? Różnica w cenie dosyć spora, ciekawe, czy poza lepszym (podobno) kablem, coś się zmieniło brzmieniowo.

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Szansa oczywiście jest, ale najpierw zamknięte MrSpeakers i Fostex TH-610 oraz może Denon D7200. Także bezprzewodowe Sony i może te nowe flagowe. Dużo pracy.

  11. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, najbardziej mnie zdziwiło stwierdzenie użyte w innej polskiej recenzji MrSpeakers, gdzie w minusach określono brzmienie tych słuchawek jako „chude”!

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie dziwię się. Tak grają przez jakiś miesiąc. Trzeba cierpliwie poczekać. Dlatego zawsze powiadam, że pisanie recenzji nieogranych urządzeń to bezsens.

      Na tej kanwie mała anegdotka. Pewien polski dystrybutor opowiadał mi, jak zawiózł do znanego recenzenta bardzo drogie urządzenie, na którego rzetelnej recenzji bardzo mu zależało. (Z góry było wiadomo, że urządzenie jest świetne, chodziło tylko o fachowe tego uszczegółowienie.) Ponieważ egzemplarz był nowy, poprosił o wstępne wygrzanie przez minimum kilka tygodni, na co recenzent z góry przystał. Jakież więc było zdumienie, gdy następnego dnia wieczorem recenzja zawisła w Sieci. Nie będę przytaczał epitetów jakimi zostało to określone, a współpraca na tym się zakończyła. Wydajność najwyraźniej tym razem nie została doceniona.

    2. crysis94 napisał(a):

      Według większości opisów jakie czytam „Flow” są dużo bardziej dociążone niż poprzednia rewizja… bo przytacza Pan opis poprzedniej odsłony Etherów?

      1. PIotr Ryka napisał(a):

        Czy są bardziej dociążone gołe Ether czy Ether Flow, tego nie wiem, bo Ether bez Flow nie słyszałem.

  12. Adam K. napisał(a):

    Tak, dotknął Pan bardzo ważnego zagadnienia, jakim jest wygrzanie sprzętu. Kilka miesięcy temu jeden polski periodyk opisał odtwarzacz CD, którego brzmienie określił jako chłodne i nie dość wypełnione. Ponieważ akurat ten odtwarzacz posiadam i wiem, że dopiero gdy ma kilkaset godzin na liczniku zaczyna grać zupełnie inaczej, napisałem do nich i co się okazało? Ano recenzowany egzemplarz miał niecałą dobę „przebiegu”. I tym sposobem doczekał się krzywdzącej opinii. Inna sprawa, że często recenzentów gonią terminy i nie mają czasu na wygrzewanie. Pytanie, czy sam dystrybutor nie powinien o to zadbać i dawać do testu egzemplarze wygrzane.

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Dystrybutor pewnie by zadbał, gdyby wiedział, że tak to się skończy. Trzeba przy tym pamiętać, że niektórzy dystrybutorzy mają pod opieką mnóstwo sprzętu i fizycznie nie ma gdzie tego wygrzać. Recenzenci są pod tym względem w nieco lepszej sytuacji, chociaż nie komfortowej. Natomiast pisanie fałszywych ocennie recenzji z uwagi na goniące terminy uważam za całkowicie chybione i zwyczajnie nieetyczne.

    2. Andrzej napisał(a):

      A ja mam odmienne zdanie na temat wygrzewania.
      Jesli wygrzewanie w niektorych przypadkach jest az tak istotne, powinien to robic sam producent.
      Duzo ludzi woli najpierws posluchac sprzet zanim go kupi. I jesli na starcie gra chudo, a w recenzjach (sila rzeczy zawsze w jakims stopniu subiektywnych) napisali, ze gra cieplo, tzn ze mam brac za pewnik, ze po ilustam godzianch dla mnie tez zacznie grac cieplo? Dla mnie to bzdura.

      Tyle sie naczytlaem o nighthawkach, ze dla wielu fajne, a dla innych nie fajne.
      Tym co sie podobaly, wszystkie minusy przypisuja wygrzewaniu.
      Ja odsluchiwalem w sklepie, ale w bardzo komfortowych warunkach.
      Wogole mi sie nie spodobaly, mimo ze lubie bardziej cieplo niz zimno i bardziej muzyke niz analize.
      W porownaniu bezposrednim z lcd-2 czy lcd-x to wrecz przepasc.

      I tylko na podstawie recenzji mam i tak je kupic bo podobno inaczej graja dopiero po 500h?
      I jesli tak, to czy te inaczej mi sie spodoba?

      Dla mnie to absurd.

      Gdzies czytalem, ze chyba Audiio-GD wygrzewa przez 300h swoje produkty.

      Dla mnie, szczegolnie przy wyzszych kwotach, dostepny powinien byc produkt, ktory od razu gra na tyle ile moze. Jak inaczej wybrac odpowiedni?

      1. PIotr Ryka napisał(a):

        Zauważmy na wstępie, że NH nie są ciepło ani optymistycznie grającymi słuchawkami, a już szczególnie z oryginalnym kablem. Próżno na to czekać. Natomiast proces wygrzewania potrafi niejednokrotnie całkowicie przeistoczyć dane urządzenie. Różnice mogą być szokujące, ale wcale nie muszą. Nie muszą być też koniecznie pozytywne. Czasami sprzęt najlepiej gra na początku a z czasem gorzej. Ale tym słuszniej przecież należy go wygrzać.

        Odnośnie NH vs LCD-2, to zapewne w grę wchodzi jakość wzmacniacza. Z reguły im jest lepszy, tym różnice między słuchawkami mniejsze. Pod tym względem wybitne były dawne Grado RS-1, rewelacyjnie grające z przysłowiowym pudełkiem zapałek. A niezależnie od tego LCD-2 to słuchawki ciepłe i optymistyczne, a NH neutralne i raczej posępne. To jednak nie stanowi wyróżnika jakości a tylko stylu, tak samo jak kremowe sukienki nie są ex definitione ładniejsze od szarych.

        1. Andrzej napisał(a):

          Oczywiscie moja ocena jest na zasadzie subiektywnych odczuc, nie wyzszosci jakosciowej.
          Chodzilo o pokazanie, ze Nighthawki nie spodobaly mi sie na poczatku. Byc moze po wygrzaniu bym je polubil.

          1. PIotr Ryka napisał(a):

            Nie ma żadnego obowiązku je lubić 🙂

      2. PIotr Ryka napisał(a):

        Nadzieja, że sam producent będzie wygrzewał, jest płonna. Czasami ktoś nowy na rynku tym się chwali, albo odnosi się to do jakichś szczególnie drogich urządzeń. Takie wygrzewanie radykalnie podniosłoby przecież koszt produktu i niewielu byłoby z tego zadowolonych.

  13. Adam K. napisał(a):

    Andrzeju, trudno Twojemu rozumowaniu odmówić racji…

  14. Piotrek Kosowski napisał(a):

    Pamiętam jak odebrałem Yulong D200, nówka sztuka prosto z Chin. Oczywiście żadnego odsłuchu przed zakupem. Pierwsze chwile z nowym sprzętem – załamanie. Po co ja to kupiłem. Grało gorzej od Xonar STX z dobrymi opkami. Pierwsze dwadzieścia godzin pod prądem i dopiero zaczęło grać. Barwa, scena, kontrola, rozdzielczość – wszystko wyszło dopiero po czasie.
    NuForce DAC-80 – tak samo na początku przy pierwszym włączeniu grało jakbym miał uszy przytkane. Znowu pierwsze dwie dziesiątki godzin sprawiły że zaczęło grać.

    T1v2 od początku wywołały spore emocje i nie potrafiłem sobie wyobrazić zmian wygrzewania – ale jak najbardziej i tutaj zaistniały. Najbardziej spektakularna jest taka, że na początku nie grały w ogóle z wzmacniaczem Yulong A28, po niedługim czasie postanowiłem sprawdzić jeszcze raz – i proszę, gra i to jeszcze jak.

    Przykładów można by przytoczyć wiele więcej..

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Najbardziej chyba niesamowite gdy chodzi o wygrzewanie w mojej karierze to pierwsze, najstarsze Grado GS1000. z pudełka grały koszmarnie a potem bajecznie.

  15. miroslaw frackowiak napisał(a):

    Swietna recenzja i nowa nirwana a jak sie ma do naszych K-1000 czy dalej sa na pierwszym miejscu?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Tak, dalej. Ale trzeba przyznać, że Crosszone ciekawie grają i mają rzeczy niespotykane u normalnych słuchawek. Ale K1000 też są dwuuszne dla każdego kanału i między innymi dlatego są takie dobre.

  16. Calik Jakub napisał(a):

    Słuchałem i się zakochałem, lepszych na głowie nie miałem.
    W pierwszym momencie „o jakie to drooogie” ale po założeniu i puszczeniu utworu jest „I to kosztuje 9.000zł? Przypadkiem nie 19.000?”. Nie są to najbardziej uniwersalne słuchawki na świecie, ale jak dobrze wpasują się w muzykę to grają po prostu najlepiej. Wokal jest zjawiskowy, fenomenalny i cudowny. Jest wrażenie że wokalista stoi obok nas i nam śpiewa, cudownie śpiewa. Bas jest na najwyższym poziomie, nawet nie będzie mnie boleć serce gdy napisze że lepszy niż w LCD3, chociaż brakuje mu trochę powietrza i rozdzielczości. Góra była gładka, góra to dużo powiedziane.. Łagodny i bezpieczny pagórek na którym spokojnie dzieci wraz z rodzicami zderzają na sankach. Brak ostrości ale z dużą jak na ten typ słuchawek detalicznością. U śmiało mogę powiedzieć że leżą na głowie lepiej niż niegdyś niedościgniony w tej materii Sennheiser HD800. Trzyma się głowy i nie drgnie, a jednocześnie nie uwiera i nie czuć żadnego dyskomfortu.
    Świetnie sprawdzają się w mocniejszych brzmieniach, queen gra tak jak w wspomnieniach z dawnych lat a Mike Paton jakby znowu miał 25 lat i akurat przyszedł zagrać specjalnie dla mnie koncert (w studiu, nie przepadam za nagraniami z koncertów).Niestety Cohen zagrał miernie, muzykalność słuchawek porwała go i nie chciała mi go oddać. Może to wina średnio dobranego toru? Może po prostu takie są. Ale to dywagacje na moment kiedy uzbieram już tą 8kę z 3 zerami.
    Bardzo zastanawia mnie zgranie z Questyle 400i, myślę (i nie tylko ja) że zgrało by się to idealnie (i w miarę tanio, jak za taki dźwięk)

    1. Calik Jakub napisał(a):

      zjeżdżają* autokorekta to jest jakiś żart

      1. Calik Jakub napisał(a):

        i 9 z 3 zerami, trochę już późno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy