Recenzja: Metronome CD8 T Signature

Metronome CD 8 T Signature HiFi Philosophy 011    Odtwarzacze CD to ciągle pozycja mająca wiele odnośników w zakładkach sprzętowych sprzedawców audio, tak więc nad ich losem nie ma co biadolić, ani się ich przyszłością przejmować. Towarzystwo dobrze się trzyma i rządzi audiofilskimi kolekcjami płyt; rządzi tym bardziej, że te nie pustoszeją a pęcznieją, nie ma więc o czym mówić.

Do tego rządzenia wielu się garnie, w tym paru najznakomitszych. Niedawno panoszył się w recenzji nowy flagowy Accuphase, spozierając na innych z góry, a teraz przypatrzymy się czemuś nie wdrapanemu aż tak wysoko, ale także wysoko ulokowanemu i pochodzącemu od firmy mającej w zanadrzu odtwarzacz nawet od tego Accuphase droższy – sławną na cały świat Kalistę. (300 tys. PLN.)

Firmę Metronome Technologie założył w 1987 roku monsieur Dominique Giner, pracujący wcześniej dla Jadis Audio. Zlokalizowana została w maleńkiej osadzie Montans na południu Francji i mimo światowej sławy wciąż pozostaje niewielka, zatrudniająca niewiele osób. Założyciel parę lat temu przeszedł na emeryturę i teraz wszystkim zarządzają Jean-Marie Clauzel i Christian Bat, którzy odkupili przedsiębiorstwo w 2014. Odkupili i z miejsca wzięli się za rozwój, rozgłos i przede wszystkim dokooptowanie technologii plikowej, której założyciel nie miał ochoty wdrażać, stawiając starym zwyczajem na nośniki fizyczne. (Pan Dominik miał we wcześniejszym dorobku także gramofony.) Pomogła nowym właścicielom w tym plikowym przewrocie, rozwojowym wzmożeniu i promocyjnym natarciu modna teraz metoda szukania środków za pośrednictwem Internetu, działająca szybciej i prościej, a co za tym idzie skuteczniej, od pogrążonych w papierkowej robocie banków. W efekcie postawiono już nową halę i ma Metronome w ofercie odtwarzacze plikowe, ale my pozostaniemy wierni idei założyciela i skupimy uwagę na odtwarzaczu nośników fizycznych.  

Budowa

xxx

Klasyk.

   Odtwarzacz CD8 S jest wyższym z dwóch jednoczęściowych, a przy tym jednym z sześciu w ofercie – jako że wyżej lokują się jeszcze trzy dzielone, a na samym szczycie samotna Kalista. To jednak nie przeszkadza mu w pięknym wyglądzie, który od marki Metronome nigdy nie odstępował. Bo powiedzmy sobie otwartym tekstem: wzornictwo francuskie w całej branży audio jest najwytworniejsze. Mogą się Włosi zżymać, jako że faktem jest, iż wdrażają często śmielsze i bardziej fantazyjne projekty, ale szlachetna elegancja i popisowa szata materiałowa u Francuzów średnio biorąc są lepsze. Z kolei Japończycy są bardziej konserwatywni, a Amerykanie miewają dziwaczne pomysły, chociaż nieraz udane, wzbogacające rynek. Brytyjczycy zaś, jak to oni, mają swój własny światek ekscentrycznych panów w sportowych marynarkach o specyficznych manierach, a Niemcy są solidni ale przyciężcy.

Wiem co mówię. Mój Cairn ma obudowę calutką aluminiową i całą z takiego aluminium, że nieraz dziesięć razy droższe maszyny wyglądały przy nim siermiężnie. Ale to nie obchodzi Metronome, który wygląda jeszcze lepiej. Może być czarny lub srebrny, a mnie dostał się czarny, co bardzo sobie chwaliłem. Tę czerń ma kocio aksamitną, półmatową, głęboką, wciągającą spojrzenia. Już od samego patrzenia możemy poczuć się lepiej i zaraz się nabiera szacunku do czegoś takiego twórców oraz nadziei na piękne brzmienie. Zwłaszcza fronton jest pierwszorzędny: masywny, zdobny bocznymi pilastrami i z dużym oknem wyświetlacza. W tym oknie bokami umieszczono chromowane przełączniki On-OFF oraz wyboru wejścia Cyfra-Analog, a sam wyświetlacz częstuje elegancko skrojonymi, niebieskimi na tle czarnym niewielkimi znakami. Korpus za frontonem nie jest już tak głęboko czarny a bardziej wpadający w popiel i zdecydowanie bardziej matowy, z wielką na samym środku szufladą, skrywającą napęd Philipsa. Napęd najlepszy w historii, tu jeszcze w zmodyfikowanej przez samo Metronome wersji Philips CDM12 Pro2 (v.6.8) i z ulepszonym krążkiem dociskowym z derlinu. Odizolowany wstrząsowo trzypunktowym resorowaniem ze spienionej gumy i osadzony na płycie głównej. Bliżej frontonu, tuż za nim a przed samym napędem, znajduje się listwa z dotykowymi przełącznikami w postaci chromowanych guziczków, podpisanych symbolami charakterystycznymi dla firmy, znakującymi klasyczne funkcje »Stop«, »Play«, »Pause«, »Back« i »Forward«. Te same funkcje i sporo innych można uzyskać z dobrze leżącego w dłoni, lekkiego i czytelnego pilota, a całość stoi na trzech rozłożystych podstawkach, które można za pośrednictwem magnesów uzupełnić należącymi do kompletu stożkami, dodatkowo minimalizującymi wibracje. Podkładki pod nie trzeba już mieć własne, a w każdym razie żadnych w opakowaniu nie znalazłem, toteż użyłem swoich markowych, elegancko toczonych w mosiądzu przez Acoustic Revive.

xxx

I jeszcze raz klasyk.

Z tyłu jest wedle dawnej mody po parze analogowych wyjść RCA i XLR, jak również wedle nowszej wejścia cyfrowe S/PDIF i USB, dla tych nie lubianych przez założyciela firmy nośników niefizycznch. (Też oczywiście fizycznych, ale niemożliwych do zobaczenia.) Dla USB jest jeszcze dołączona wraz z papierami płyta ze sterownikami, bo Windows obiecuje, obiecuje, a z systemowymi problemy jak były, tak są. Dodajmy przy okazji, że odtwarzacz możemy dostać w jednym z czterech wariantów: z wejściami cyfrowymi lub bez i w stopniu wyjściowym z lampami albo bez lamp. Pierwsze rozszerzenie znakowane jest jako Signature, drugie literką T w nazwie.

W środku nad tą niewidzialną konwersją cyfrowo-analogową czuwa całkiem dobrze widoczna, niedawno wprowadzona na rynek kość Asahi Kasei Microdevices AK4490EQ, uzupełniana przez dodatkową filtrację projektu samego Metronome oraz cyfrowy moduł Combo384 włoskiego Amanero Technologies, mający usprawniać obsługę plików wysokoczęstotliwościowych. Sygnał stąd wychodzący wzmacniany jest przez dwa w każdym kanale wzmacniacze operacyjne Texas Instruments OPA604 FET, a nad zasilaniem całości czuwają trzy niebieskie, fabrycznie obudowane transformatory, obsługujące łącznie aż siedem niezależnych linii zasilających.

Schemat obwodu jest bardzo podobny do opisywanego kiedyś dzielonego Metronome T3A /C3A Signature, tyle że zawarty w jednej części i podtrzymywany trzema a nie sześcioma toroidami. Nowa funkcja to obsługa częstotliwości wyższych niż 192 kHz – sięgająca wg specyfikacji kości przetwornika aż 768 kHz dla PCM i 11.2 MHz dla DSD – a kompromisem mniejsza mimo wszystko ilość linii zasilających i mniej rozbudowany przetwornik. Producent zapewnia jednak, że jakość względem wcześniejszych konstrukcji dzielonych nie tylko nie spadła, ale się podniosła na tyle, że tamte przestały mieć sens. W związku z tym od 2012 roku obowiązuje nowa oferta, w ramach której najwyższy model zintegrowany jest lepszy niż dawny najniższy dzielony. Stosownie do tego nowy integralny też został oznakowany w wersji rozszerzonej jako Signature, o czym informuje litera S w skrócie nazwy i pełny napis Signature na wyświetlaczu. Prezentuje się ten nowy naprawdę pierwszorzędnie, a wyceniono go na 41 900 PLN.

xxx

Na jego eleganckim frontonie elegancki wyświetlacz.

Odnośnie kwestii czysto technicznych pozostaje jeszcze dorzucić, że całość ma wymiary 45 x 435 x 115 mm, waży 12 kilogramów i ciągnie z gniazdka 40 VA, czyli tyle co 40-watowa żarówka.

 

 

 

 

 

Odsłuch

xxx

Z tyłu wszystko czego potrzeba.

   Jeszcze niedawno wszystko było o wiele prostsze – odtwarzacz to był odtwarzacz, spinało się go ze wzmacniaczem i grało przez kolumny. Potem zaczęła wypełzać moda na słuchawki i dobrze było jeszcze słuchawkowy wzmacniaczu uwzględnić, a teraz doszła do tego cyfrowość plikowa i każdy co lepszy odtwarzacz ma oddzielną lub zintegrowaną sekcję przetwornika z wejściami cyfrowymi. Pan przetwornik to zaś hegemon – wszystko wokół niego się kręci – cyfrowe źródło każdy mieć musi, żąda więc przetwornika. Lecz pozostańmy wierni tradycji założyciela i skupmy się na też cyfrowym ale płytowym odczycie.

Stanął Metronome CD 8 T Signature przy moim systemie i obok nie mojego Accuphase DP-950, który składał akurat wizytę. To oczywiście kusiło porównaniami, ale zacznijmy bez nich. Nie wypada wszak odnosić do siebie na zasadzie fundamentu oceny maszyn za czterdzieści i dwieście tysięcy; to by nie było uczciwe.

Pisaną osiem lat temu recenzję dzielonego Metronome zaczynałem od entuzjastycznych pochwał jego dynamiki. W pisanej rok później recenzji modelu jednoczęściowego wytykałem tej dynamiki ubytek, zastępowany przede wszystkim znakomitą szczegółowością. Tam razem zaś napiszę, że nowy – ulepszony i droższy – jednoczęściowy nie jest aż tak dynamiczny jak dawny dwuczęściowy, ale dynamiki mu nie brak. Jest pod jej względem bardzo dobry i chociaż nie rzuca na kolana, to przez myśl by nikomu nie przeszło robić jakiekolwiek wymówki. Dynamika jest pierwszorzędna, współtworzy udaną całość. Nie jest jednak największym szlagierem, nie wysuwa się na czoło listy przebojów. Mimo to CD 8 Signature jest przebojowy, ale o jego przebojowości nie decyduje także główny atut dawnego jednoczęściowego – szczegółowość. Nie żeby była cośkolwiek słabsza – o tym mowy nie ma. Szczegółowość francuskich odtwarzaczy z Montans zawsze była rewelacyjna i nic się pod tym względem nie zmieniło. Zmienił się jednak akcent. Szczegółowość CD8 T Signature jest wkomponowana w brzmieniową całość a nie wyciągnięta przed szereg, co jest oczywiście lepsze. Mimo to zwraca uwagę bardziej niż dynamika, która okazuje się być na poziomie charakterystycznym dla współczesnych wysokiej klasy odtwarzaczy CD. Dla Accuphase, Ayona, Aqua Acoustic, Audio Research, Gryphona, EMM Labs i tak dalej… Wszystkie wymienione maszyny, a ściślej wysokie modele wymienionych marek, mieszczą się w dość wąskim marginesie dynamiki bardzo dobrej, ale nie takiej jaką może zaoferować wybitny gramofon. Pod tym względem dawny dzielony Metronome, mający kilkanaście niezależnych linii zasilania biegnących od sześciu toroidów, był wyjątkowy, a nowy jednoczęściowy nie jest. Trzeba jednakże o nim powiedzieć, że wyciągając średnią z przytoczonych nazw będzie się lokował wysoko – na szczycie albo tuż pod nim.

xxx

Charakterystyczne dla firmy oznakowanie górnymi połówkami symboli.

Mamy zatem już dwa mocne punkty – szczegółowość i dynamikę. A jednak co innego jest największym atutem – jest nim bezpośredniość. Konstruktorzy osiągnęli ją za pośrednictwem dwóch czynników jednakowo istotnych. Pierwszym jest bliskość wykonawców, powodowana małym dystansem do pierwszego planu. Wokaliści są zwykle na wyciągnięcie ręki, tylko w muzyce operowej czasami dużo dalsi. To oczywiście nas do nich zbliża, prowokuje intymny kontakt. A jednocześnie – powiedzmy o tym od razu – ta bliskość nie przeszkadza ujmowaniu wszystkiego w daleką, robiącą imponujące wrażenie perspektywę. Muzyka nie wali się nam na głowę, nie ogranicza do bliskich zdarzeń, tylko niesie hen, hen daleko, aż po odległy horyzont. To połączenie bliskości i dali implikuje widowiskowość i bardzo mi się ten aspekt podobał. Zupełnie jakby wędrować w ciekawym towarzystwie poprzez rozległy, inspirujący krajobraz. To nie jest częste zjawisko, większość odtwarzaczy tak nie ma. Albo plan pierwszy przysłania dalsze i perspektywa się gubi, albo ta perspektywa tłamsi intymność, nie pozwalając nawiązać z wykonawcami odpowiednio bliskiego kontaktu. A tutaj jest jedno i drugie; dobrze to konstruktorom wyszło. Rozmyślnie czy przypadkiem – tak czy tak się udało.

Drugi czynnik bezpośredniości nie jest już tak w obiektywnym sensie udany; jest nim minimalne sopranowe wzmożenie. Głosy ludzkie doprawione sopranowym posmakiem i inspirującą chropawością stają się odrobinę wyższe, a przez to młodsze i świeższe. Ale nie tylko to tutaj działa, ponieważ taka sopranowa addycja generuje też automatycznie wrażenie większego realizmu. Nie całkiem autentyczne, prowokowane większą wyraźnością (głos sopranowo aktywny zawsze jest wyraźniejszy), ale tak czy inaczej odbierane podświadomie jako coś bardziej realnego. To podbicie jest na szczęście śladowe, ale dające właśnie ów podciągnięty realizm, mieszając się przy tym z kolejnym czynnikiem, także wymagającym uwagi ze strony stroiciela toru.

Ten czynnik jest też charakterystyczny dla francuskiego brzmienia – to neutralna, czasami nawet chłodna temperatura przekazu. To styl reprezentowany również przez szkołę dCS, po części w jakiejś mierze także przez szkołę Ayona, na przeciwnym biegunie mający na przykład dawnego Lectora CDP-7. (Ten nowy jest do kitu.) Bo grać można przejrzyście, świeżo i bez docieplania – a nawet z chłodnawym wiaterkiem. A można też gorąco, słodko i lepko. Przesada w żadnym kierunku moim zdaniem nie służy, o ile ktoś chce mieć prawdę, a nie się weselić lub smucić.

I żeby tę prawdę dostać, trzeba dla Metronome CD8 S coś zrobić – zadbać o kable, wzmacniacz i też o akcesoria. Dwa

xxx

Pokrywa pływa z gracją.

pierwsze czynniki to rzecz znana, wałkowana na każdym kroku, natomiast akcesoriami mniej się recenzenci zajmują. Też się nie będę o nich rozpisywał, bo uczyniłem to w innej recenzji – takiej już napisanej ale nie opublikowanej, bo dystrybutor wstrzymuje. Są jakieś zawirowania z producentem, który zdobywa amerykański rynek i chce najpierw amerykańską, to nich mu będzie, co mi tam. W niej o tych akcesoriach napisałem obszernie, bo namieszały mi w głowie, a tutaj tylko napomknę, że wytoczone z kryształów kwarcu krążki od japońskiego Acoustic Revive podłożone pod nóżki Twin-Heada i Crofta (na tyle ich starczyło), zmieniły sytuację na korzyść, wyraźnie ocieplając i humanizując przekaz. Pod nóżki samego odtwarzacza już ich zamiennie nie wkładałem, bo szkoda mi było psuć uzyskany efekt, ale na koniec też spróbowałem i efekt był dużo mniejszy. Lepiej je zatem stosować pod wzmacniacze, zwłaszcza takie lampowe; i kłóćcie się o ich cenę, bo Nautilus obiecał zniżyć. Naprawdę dużo są w stanie zdziałać i w sumie niech je szlag trafi – to jakieś cholerne voodoo. Ale na lampy działa z pewnością; sprawdzałem wiele razy i pomimo stawiania na antywibracyjnym stoliku i tak jakości dokładają. A przy tym na różne sposoby, w wielu jednocześnie obszarach. Soprany zyskują klasę, kultura ogólna wzrasta, ciepło też idzie w górę, złożoność dźwięku podobnie. I niech je wszyscy diabli, wolałbym tego nie pisać. Ale cóż – w imię jakiejś pseudopoprawnej racjonalności będziemy kneblować fakty? Zostawmy to politykom.

Po podłożeniu krążków pod wzmacniacz (multi-lampowy, dodajmy) temperatura się podniosła, a brzmienie wprawdzie wciąż miało nieznaczny sopranowy smaczek, ale już dużo mniejszy, absolutnie śladowy. Akurat by wciąż jeszcze podtrzymywać ten podwyższony realizm, a w obiektywnych kryteriach podejść na styk do autentyzmu. Do brzmienia dobrze modelowanego sferycznie, odpowiednio ciepłego i mającego melodyjność. Nie gramofonową co prawda, to już zadanie dla maszyn jak ten stojący obok Accuphase, ale w kryteriach wysokiej klasy cyfrowych źródeł jak najbardziej rzetelną. Zwłaszcza że po podłożeniu krążków pogłosy okazały się też bardziej udane, w połączeniu z tą sopranową aktywnością nie dające wcale obcości tylko poprawiające urodę.

Atmosfera całości jak najbardziej do brania; zasobna w ujmującą bezpośredniość, wspaniałą perspektywę, trójwymiarowy model brzmienia i dobry rozkład składników pasma. Bas jak soprany nieznacznie akcentowany, tak żeby nikomu się nie zgubił, a środek przekonujący angażującym realizmem, podwajanym jeszcze wyjątkowo przejrzystym medium. Bo same dźwięki dociążone, wyprane z ochoty bycia rodzajem duchów, a jednocześnie duża dawka tlenu i bardzo transparentne medium. Rozniesione w dodatku na wielką przestrzeń i holograficznie ujmowane, więc w sumie efektowny kontrast masywnego, ciepłego konkretu z chłodniejszą transparentnością. Nie na tyle eksponowaną, by dać efekt kliniczności, a jedynie w stopniu pozwalającym przyjemne kontrować ciepło klubowo niemal brzmiących głosów. W dodatku śladowy szmer sopranowy zdiagnozowany w tych głosach gdzie indziej daje to, co szczególnie cenią niektórzy młodsi słuchacze: niesamowity szelest szczegółów, jakbyś świat cały oglądał przez panoramiczny mikroskop.

xxx

Specjalny krążek dociskowy i super napęd z resorowaniem.

Pisząc o brzmieniu Metronome trzeba raz jeszcze podkreślić, że oprócz przejrzystości oferuje wspomnianą dawkę tlenu, a zatem orzeźwienia, a także zaakcentować bardzo dobre czucie milczącej i bardzo ożywioną przestrzeń aktywną. Wszystkie ogólnie aspekty – zarówno te klasyczne, jak szczegółowość, temperatura, tempo, dynamika, barwność, żywość i holografia; jak i te zwykle mniej brane pod uwagę – jak rola pogłosu, sopranowa domieszka, obecność milczącej przestrzeni, doznawanie lub nie obcości; pod każdym z tych względów francuska maszyna dawała pełną satysfakcję. Czuć to było wyraźnie w całościowym odbiorze, który dla kogoś audiofilsko nastawionego miał odświętny charakter. Poczucie „tak, to gra świetnie” towarzyszyło słuchaniu. Szczególnie to rozpisanie brzmienia na przestrzeń przy jednoczesnej bezpośredniości robiło niemałe wrażenie. Tu bliskość, a tam dal – i wszystko w odświętnej szacie szczegółowości, czystości, transparencji. Ciepło ciał, orzeźwiający wiaterek, miriady szczególików, holografia, perspektywiczny ogrom. Lubimy to, no nie?

I jeszcze jedna uwaga – odtwarzacz jest bardzo czuły na zasilający kabel. Zacząłem go odsłuchiwać z takim za dwa tysiące, ponieważ wydawał mi się rozsądnym kompromisem. Dnia kolejnego sięgnąłem po kosztujący jeszcze w miarę rozsądne pięć tysięcy – polskiego Illuminati Reference One – który jest nie tylko dużo lepszy od tańszej konkurencji, ale także uniwersalny, do źródeł równie dobrze pasujący. Przyrost jakości, zwłaszcza cech naturalnych analogu i całościowej kultury, okazał się ewidentny. Bardziej niż przez dwa pomnażający zalety wspomnianych kryształów kwarcu. Tak więc należy o kabel zadbać, szkoda takiego odtwarzacza dla psucia jakimś nie dość dobrym. O interkonektach nie będę przypominał, bo o nich wszyscy wiedzą.

Z obowiązku nawiążę jeszcze na koniec do stojącego obok Accuphase. Niesprawiedliwie, lecz takie życie – świat nie jest sprawiedliwy. W imię sponiewieranej sprawiedliwości nawiążę jednak lakonicznie, by nie kłuć niesprawiedliwością w oczy.

Jak napisałem w jego recenzji, ten Accuphase to już właściwie gramofon. Konwersję analogowo cyfrową ma najlepszą jaką słyszałem, obok tych z najlepszych napędów wspieranych przetwornikami Jadis lub Audio Note. To daje mu przewagę realizmu branego wprost, pozbawionego efekciarstwa.

xxx

Tu lampy i tu lampy, ale jednych nie widać.

Także przewagę sferyczności modelunku i całościowego autentyzmu, który nie musi się uciekać do żadnych specjalnych chwytów. Ma to wszakże też pewne koszty, bo taki pierwszoplanowy realizm przytłacza, więc i pogarsza czucie dali. Wszystko koncentruje się na pierwszym planie, kręci się wokół niego, a nie podrasowana pogłosami przestrzeń nie daje też tak mocno czutej holografii. W efekcie wszystko co przyciąga uwagę dzieje się w bezpośredniej bliskości, na wydarzenia dalsze zaczyna brakować czasu. Wyraźnie było słychać, jak Metronome CD8T Signature czaruje wielką przestrzenią, wielki, holograficzny obszar czyniąc stale obecnym, a Accuphase bliskim realizmem całkowicie absorbuje słuchacza i tylko w przypadku utworów samych z siebie przestrzeń eksponujących daje jej wolne pole popisu. Ten jego bliski realizm był naturalnie lepszy, ale tym większe brawa dla Metronome, że umiał to kompensować.

Podsumowanie

xxx

Wszystkie płyty w objęciach napędu uważanego za najlepszy.

   Maszyna Metronome swoim brzmieniowym stylem trochę mnie zaskoczyła, ale ogólnie nie. Nie zaskoczyła, bo to brzmienie dla tej firmy klasyczne, na pewno mieszczące się w obrębie kanonu francuskiego producenta. Trochę też jednak zaskoczyła, gdyż po wersji T oczekiwałem mocniejszego akcentu lampowego. Nic raczej z takich rzeczy, przynajmniej nie w makroskopowym wydaniu. Żadnego rozkoszowania się przeciągniętą frazą, wolniejszego zbierania do ataku, naddatku słodyczy, lepkości, ciepła. Werwa, drajw, dynamika, szczegółowość, sopranami podkręcana realność i stałe czucie holografii na dużej lub wielkiej scenie. W połączeniu z mocnym akcentem obecności zarówno aktywnej muzyką jak i milczącej przestrzeni, swobodą nabierania dobrze natlenionego powietrza, całościową misternością detali, wyczuwalnym ciepłem i wdziękiem samych brzmień, dostajemy to coś, czego najbardziej się oczekuje od odtwarzaczy za te pieniądze – poczucia niezwykłości. Nie aż spełnienie marzeń o jakimś cyfrowym gramofonie, bo to kosztuje dużo więcej, ale też nie brzmienie tylko dobre, choćby i nawet bardzo. Stajemy się posiadaczami wyraźnej wartości dodanej – zachwytu, niezwykłości. To się tutaj naprawdę ciekawie zrealizowało – poprzez bliskość i bezpośredniość pierwszoplanową zmieszaną z wyjątkowo eksponowaną szczegółowością i wzbogacenie wielką przestrzenią, dającą wrażenie przebywania w miejscu szczególnym. Nie powiesz słuchając Metronome CD8 T Signature, że to taki dobry pod każdym względem, nawet bardzo dobry odtwarzacz. Że się nie ma co czepiać, wszystko ma na swoim miejscu. Bo nie tylko wygląd ma odświętny, także muzyka to święto. Zarówno wizualnych jak i audialnych wrażeń dostarcza w wymiarze luksusowym, jakby się w sensie audiofilskim zameldować w luksusowym hotelu. Że wszystko nas rozpieszcza – sam metraż, wyposażenie, obsługa. Faktem jest, że dla uzyskania wymiaru muzykalności, która nie musi się wstydzić słuchania przed i po takich maszyn jak szczyt Accuphase, właściciel się musi przyłożyć, walizki też mieć eleganckie. Te walizki to reszta toru i wspomniane przeze mnie akcesoria, których radzę spróbować, choćby tak na przystawkę. A potem już miły pobyt i same w pobycie atrakcje. Maszyna nie jest tania, ale w ramach ustanowionych przez rynek reguł spełnia pokładane nadzieje, nie może rozczarować. Wygląd, wykonanie i predyspozycje muzyczne są szyte ze znawstwem na miarę.

 

W punktach:

Zalety

  • Realistyczny plan pierwszy.
  • I pokazowa przestrzeń za nim.
  • Bezpośredni kontakt z wykonawcami.
  • Wybitna, tworząca klimat szczegółowość.
  • Drajw.
  • Rytm.
  • Szybki atak.
  • Prawidłowy czas podtrzymania.
  • Ponadprzeciętna dynamika.
  • Przyjemne ciepło w głosach.
  • Świeże, natlenione powietrze.
  • Misterna cyzelacja.
  • Trójwymiarowy modelunek.
  • Zaznaczająca się holografia.
  • Żywa przestrzeń.
  • Wyraźne też czucie milczącej.
  • Dość dobra muzykalność, wymagająca jednak dopieszczenia.
  • Niekrzykliwe a jakże obecne soprany.
  • Minimalnie podbarwiona nimi, a przez to bardziej rześka średnica.
  • Mocny, naprawdę mocny bas.
  • Należyta ekspozycja indywidualnych walorów brzmienia.
  • Przy dobrym kablu zasilającym dobra akustyka pomieszczeń i organizacja pogłosu.
  • Wysokiego poziomu złożoność harmoniczna dźwięków.
  • Wszystko ujęte w perspektywę.
  • Dobre wypełnienie i dobra spójność szerokiej i głębokiej sceny.
  • Odpowiednia masywność dźwięku.
  • Luksusowy wygląd i elegancki design.
  • Komfortowa obsługa, także z pilota.
  • Najlepszy napęd top-load, tu jeszcze ulepszony.
  • Jedna z dwóch najlepszych na rynku kości przetwornika.
  • Wspierana dodatkową filtracją i modułem obsługi USB.
  • Trzy toroidy i siedem niezależnych linii zasilania.
  • Komputerowy montaż na płycie głównej.
  • Dbałość o zwalczanie wibracji i nie przenikanie pól magnetycznych.
  • Lampowy stopień wyjścia (opcja).
  • Cyfrowe wejścia (opcja) i oba rodzaje analogowych wyjść.
  • Made in France.
  • Sławny producent.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Wysokiej klasy analogowość wymaga dopieszczenia.
  • Wspólna dla obu kanałów kość przetwornika. (Po jednej na kanał – to brzmiałoby jednak lepiej.)

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Koris 

Dane techniczne CD 8 T Signature:

  • Odtwarzacz CD ze zmodyfikowanym mechanizmem Philips CDM12 PRO 2 v 6.8 wyposażonym w docisk z derlinu.
  • Rozdzielczość: 32 bit/384 kHz – dual mono.
  • Wyjścia analogowe: RCA 2.5 V RMS @0dB – 47 kOhms; XLR 2.5 V RMS @0dB – 600 Ohms.
  • Zasilanie: 3 transformatory toroidalne z filtrami Schaffnera, 7 niezależnych linii zasilania.
  • Akcesoria: kabel zasilający, pilot, 3 x stożki antywibracyjne, krążek dociskowy, płyta ze sterownikami, instrukcja obsługi.
  • Zużycie energii: 40 VA
  • Wymiary: 450 x 115 x 435 mm
  • Waga: 12 kg.
  • Cena. 41 900 PLN

 

System:

  • Źródła: Accuphase SACD DP-950/DC-950, Metronome CD 8 T Signature.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar 1.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis).
  • Kolumny głośnikowe: Audioform Adventure 304.
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek 9×9 RCA, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable głośnikowe: Siltech Royal Crown, Sulek 9×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Audio Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

12 komentarzy w “Recenzja: Metronome CD8 T Signature

  1. Miltoniusz napisał(a):

    Ciekawa rzecz. Czy sprawdzał Pan, czy z wejść cyfrowych brzmienie jest dużo gorsze? A może nie gorsze?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie, nie sprawdzałem. Może jeszcze sprawdzę, ale czekam na iGalvanic. Ma być w przyszłym tygodniu. Bez niego to trochę bezprzedmiotowe, bo jak ktoś gotów jest wydać czterdzieści tysięcy na CD, to tysiąc siedemset więcej lub mniej za poprawiacz cyfrowego sygnału go nie zbawi.

      1. adamm napisał(a):

        azaliż dotarł? (galvanic)
        🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Jeszcze nie.

  2. jafi napisał(a):

    Ciekawa uwaga o aktualnym Lectorze, z którą się zgadzam.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dwa lata temu bodaj na AVS grał strasznie.

  3. Patryk napisał(a):

    Fajny test, no i oczywiscie bardzo dobry sprzet. Wyglad cudowny (pruzypomina Audionet), ale nie wierze, ze jest w stanie pobic Naim`a CDX2 razem z zasilaczem XPS.
    To bylaby dobra walka, chociaz tak naprawde jeszcze zaden CDP nie zagral w moim zyciu tak pieknie jak CDX2+XPS.

    Dziekuje za super recenzje/test.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dystrybutor Naima się zmienił, trudno będzie wyciągnąć coś do recenzji. Ale może, jak już okrzepnie.

      Pozdrowienia

    2. Marek napisał(a):

      w praktyce wiara ma nie wiele wspólnego z audio, ale być może pomaga w leczeniu kompleksów, te Pana wpisy o NAIMie pod każdą recenzją CD stają się irytujące

  4. Przemek napisał(a):

    Słuchałem wielokrotnie w domowych warunkach dwóch odtwarzaczy Naima w tym tak non stop przez kolege chwalonego.Żadne z nich cuda.

  5. Patryk napisał(a):

    To szukasz czegos innego w muzyce niz wiele innych osob.
    Posluchaj sobie calego zestawu NAIMa jak masz mozliwosc. Kto wie? Moze spodoba ci sie , a moze tez i nie? Tylko ty bedziesz wiedzial dla siebie samego, czego szukasz i jaki przekaz muzyki jest -tym- prawidlowym „dla ciebie”.

  6. Piotr Ryka napisał(a):

    Naimy bardzo zależą od zewnętrznego zasilacza i lubią tylko niektóre kable. Trzeba to zawsze uwzględniać. Styl mają żywy, naturalny i bezpośredni, ale relacje między nimi a innymi odtwarzaczami są zawsze kwestią konkretnych porównań.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy