Recenzja: Leben CS-600

Brzminie cd.

Leben_CS-600_07

Przyjemna powierzchowność skrywa całą drużynę ognistych lamp

   Pierwsze, co się rzuca w uszy, to bliskość dźwięku, jego dynamika i jego bardzo głęboka oraz bardzo wyrazista prezentacja. Wyraźność osiąga absolutnie topowy poziom i na żadnym innym zestawie końcowe zakłócenia z „The Dark Side” nie okazały się tak czytelne jak tutaj w kompanii z Ultrasonami E9. Ich obecność była czymś oczywistym, a gdyby ktoś znał pojawiający się pasożytniczy utwór, rozpoznałby go bez najmniejszego trudu.

Także głębia brzmieniowa bardzo zwraca uwagę; w tle nie pojawia się żadna szarość, a barwy są czyste i się nie zlewają. Poprawność tonacyjna, na co zwracałem uwagę w poprzedniej recenzji, również budzi najwyższe uznanie, tym większe, że została osiągnięta za pośrednictwem lamp o przeciętnej jakości.

Pierwszy plan Lebena okazuje się przy tym bardzo bliski, znacznie bliższy niż w Twin-Head, a zarazem rozpościera się bardzo szeroko. Niestety, znacznie gorzej jest z głębokością. I nie chodzi nawet o to, że scena jest płytka – bo nie jest, aczkolwiek głęboka też nie. Chodzi o perspektywę. Ta okazuje się bardzo miernie wyrażona. Napisałem wprawdzie poprzednio, że separacja planów jest bardzo dobra, ale w bezpośrednim porównaniu z Twin-Head ten optymistyczny obraz okazał się znacznie mniej korzystny. Leben gra bowiem do pewnego stopnia dźwiękową „ścianą”, co czyni przekaz pozbawionym odejścia w horyzont. Bez porównania może bym to nawet przeoczył, ale w konfrontacji było to bardzo wyraźne. Trudno powiedzieć na ile odpowiedzialność za to ponosi moje źródło i całkiem możliwe, że wykorzystywany u Nautilusa Accuphase DP-500 znacznie lepiej budował scenę, ale tego bez bezpośredniego porównania ustalić niepodobna. W każdym razie na domowym placu zabaw dalsze plany nie były odległe, tylko całkiem blisko podchodzące i nie odsyłały w dal, tylko napierały. Ten brak horyzontu okazuje się dokuczliwy, czyniąc muzykę uboższą.

Leben_CS-600_09+

Grunt to mieć własny styl

U Lebena dokucza też pewien niedostatek melodyjności. Kontury są bardzo ostre, a „oczywistość” brzmienia nieomal okrutna. Zaznacza się przy tym lekki brak synchronizacji między instrumentami oraz nieobecność owego aksamitnego meszku, oprawiającego muzykę w powab. Dźwięk uderza ścianą, napiera zewsząd i jest bardzo dosłowny. Trochę po pewnym czasie staje się to męczące. Brakuje też impresjonistycznej mgiełki, eteryczności, zmysłowego ciepła ludzkich głosów i całościowego rozmarzenia. Słuchaczowi musi wystarczyć sam jedynie brutalny realizm, poparty wspaniałą szczegółowością, wyrazistością, głębią i kolorytem. Ostatecznego szlifu jednak brak.

Nie myślcie wszakże, że przekłada się to jakkolwiek na trudności z percepcją słabo nagranych płyt. Tego zupełnie nie ma, choć należałoby przecież tego oczekiwać. A jednak nie – nawet bardzo jadowitych krążków słucha się z przyjemnością. Obraz zawsze pozostaje czysty i wyważony, a górne rejestry znakomicie wyartykułowane i nigdy nie uciekające w bolesne regiony. Ogromna szerokość pasma powoduje, iż nie ma mowy o jakichkolwiek niedostatkach na jego skrajach, a spinająca je neutralność jest nieomal wzorcowa, bo w przeciwieństwie do przestrzeni sam dźwięk poukładany jest znakomicie. Nie zmienia to faktu, że płyty najwyższej jakości, w rodzaju XRCD, wypadają o niebo lepiej, a gradacja jakościowa nagrań jest znacznie większa niż u Twin-Head.

Leben_CS-600_14

Najlepiej poparty mocnymi argumentami

Muszę jeszcze dodać, że odnotowana przez mnie w poprzedniej recenzji słabsza szczegółowość Lebena i skromniejszy jego bas w mym domowym laboratorium się nie potwierdziły. Albo odpowiada za to jego ówczesne uszkodzenie, albo mój zmodyfikowany Cairn ma lepszy bas i szczegółowość niż Accuphase DP-500.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy