Recenzja: Lampy ECC81 – przegląd najlepszych

ECC 81 Tubes HiFi Philosophy 007    Pisałem już o tym parokrotnie, ale przypomnieć nie zaszkodzi – lampy elektronowe to dar losu. Cykl graniczny, odkryty przez Balthasara van der Pola, od strony matematyczno-fizycznej umożliwia uporządkowany a nie chaotyczny charakter relacji pomiędzy katodą a anodą, dzięki czemu coś takiego jak wzmacnianie lampowe jest w ogóle możliwe. A cykle takie to zjawiska nieczęste, toteż średnio biorąc lamp elektronowych powinno nie być. Ale są. W 1904 John Ambrose Fleming skonstruował diodę, a w 1907 Lee de Forest triodę. Od lat dwudziestych do końca sześćdziesiątych XX wieku lampy świeciły i święciły tryumfy, a potem zastąpiły je wynalezione na przełomie 40-tych i 50-tych tranzystory, za skonstruowanie których John Bardeen, Walter Houser Brattain i William Bradford Shockley otrzymali w 1956 Nagrodę Nobla. Nie zastąpiły od razu, ale już w 1955 RCA skonstruowało tranzystorowy wzmacniacz o mocy 20W, a w połowie lat 60-tych radia tranzystorowe stały się nawet w zapóźnionym techniczne PRL-u sensacją. (Tranzystorowy Koliber Eltry debiutował w 1961, a pierwszy tranzystorowy odbiornik z zakresem UKF, Izabella – także od Eltry – pojawił się w 1969.) W efekcie na przestrzeni lat 80-tych produkcję lamp zarzucono. Nie na długo jednak, ponieważ równolegle trwał postęp w konstruowaniu głośników, i w ogóle cała ta wielka rewolucja hi-fi, w następstwie czego okazało się, że ze starymi wzmacniaczami lampowymi Western Electrica nowe, doskonalsze kolumny brzmią zdecydowanie lepiej niż z nowymi tranzystorowymi. Jako konsekwencja rzecz jasna nawrót i już w latach 90-tych pod presją rynku wzmacniacze lampowe zaczęły się znów pokazywać; szczególnie takie zasobne w duże triody 300B. Lecz o najlepszych 300B kiedyś już było, choć niestety bez udziału oryginalnych Western Electric z lat 40-tych i 50-tych – złotego wieku ery lamp. Szkoda wielka, gdyż obecne ich kopie, anonsowane wprawdzie jako wierne lub wręcz ulepszone (a jest takich parę) wydają się oryginałom może nie tyle do pięt, co do pasa nie sięgać.

Zostawmy to jednak. Oryginale WE ostały się tyko w muzeach i prywatnych kolekcjach, natomiast tym razem powinno być lepiej, ponieważ do porównania stają same najlepsze z najlepszych lampy ECC81/12AT7. Znów nie wszystkie co prawda, aż tak dobrze nie będzie, ale aż pięć klasycznych spośród elity. Tak naprawdę w przeglądzie zabraknie jednej zaledwie supergwiazdy: muzealnie rzadkiej A2900 „Gold Monarch” od Genalexa, czyli angielskiego Osram-Marconi. Będzie za to jej główna konkurentka: 6060 Brimar z fabryki w Footscray, jak równy z równym rywalizująca o rynek profesjonalnych studiów BBC, na rzecz których lampy te w latach 50-tych głównie powstały. (Genaleksy też słyszałem, jednak jedynie na AVS w przetworniku Aqua Acoustic La Scala, słuchanym wcześniej z innymi lampami i na tej podstawie zdiagnozowany jako z A2900 brzmiący rewelacyjnie; tak więc najwyższa jakość onych gwarantowana, ale porównawczego opisu w tej sytuacji być oczywiście nie może.)

Podwójna mała trioda o niewielkim wzmocnieniu pojawiła się na przełomie lat 40-tych i 50-tych za oceanem pod nazwą 12AT7 (tak nazwał ją Western Electric), a w Europie zaraz potem jako jej udoskonalenie z oznaczeniem kodowym ECC81. Te udoskonalenia zaproponowane zostały przez wszystkich głównych producentów; z tym że, jak pewnie się domyślanie, odmian pojawiło się wiele, bo każdy chciał się wyróżnić i czymś szczególnym zabłysnąć. Mamy zatem oprócz nazw nominalnych 12AT7 i ECC81 także oznakowania ECC801S, A2900, 6060, 5965, 6414, 6201, 6211, 7728… I sporo jeszcze by trzeba wyliczać, aż może nawet podręcznik sporządzić. Tego jednak nie będziemy robić, bo nie aż takie to ważne, jednak porównać paru prymusów nie zaszkodzi. Lampy zyskały bowiem sporą popularność, aczkolwiek nie taką jak ECC83. W studiach radiowych i audiofilskich wzmacniaczach (głównie jako sterujące), a także sławnych gitarowych wzmacniaczach Marshalla się poznajdywały, toteż dzisiaj najlepsze z dawnych czasów bardzo są poszukiwane i cenne. Rzućmy okiem na zawodników.

Konkurenci

Brimar 6060

xxx

Małe lecz cenne i dla muzyki ważne.

   Zdążyłem już zaanonsować jedną z największych gwiazd porównania, 6060 od Brimara (czyli angielskiego oddziału Western Electric), montowaną w Footscray pod Londynem częściowo z podzespołów branych od Mullard-Blackburn i selekcjonowaną następnie przez Hall Electric Ltd of England (Haltron) – dystrybutora najlepszych gatunkowo lamp. W tym miejscu dwie uwagi: i) Mullard miał własną, niemal identyczną super wersję ECC81, znakowaną jako M8162; ii) Haltron tylko w dawnych latach był synonimem jakości, a potem zszedł na psy.

Obie krewniaczki to lampy szczególne, powstałe z nadania jakości a nie masowej produkcji, przeznaczone do studiów radiowych, a więc o wydłużonej bardzo znacznie żywotności i w tym wypadku niezwykłej budowie. Gwarantowany czas pracy przy zachowaniu parametrów to 10 000 godzin, a wygląd budzi najwyższy szacunek. Mała, szklana bańka skrywa pancerną anodę (a ściślej całą tak zwaną klatkę), jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Po tylu latach i dawnym odejściu konstruktorów nie dowiemy się raczej szczegółów, ale tworzywem jest gruby, półlśniący, ołowianej barwy metal, prawdopodobnie napylony karbonem, przy czym anoda jest stosunkowo krótka, o jakieś pół milimetra krótsza niż konkurencji. Na szczycie wielka czapa wyjątkowo obfitego getteru z zachodzącym na nią symbolem E81CC, a poniżej białe logo „made in HALTRON England”, gwarancja najwyższej jakości. Lampy z oznaczeniem kodowym 6060 produkowane były przez wiele lat, ale jedynie te powstałe między 1951 a 53 są charakterystyczne i naprawdę wyjątkowe. Właśnie z parą takich będziemy mieć do czynienia, a wycena w związku z tym bardzo wysoka, aż 3300 PLN

Philips Miniwatt ECC81

To lampa w przypadku opisywanej pary z najlepszych czasów, konkretnie z 1959 roku, o charakterystycznym, dawniejszym, karbowanym zwieńczeniu. Budową anody identyczna z Siemensem, ale z wyraźnie bardziej miedzianej barwy odrutowaniem wewnętrznym i nóżek, a także innej konstrukcji, bardziej rozbudowanym żarnikiem. Chwalona (jak to holenderskie Philipsy i Ampereksy) za wyjątkową jakość średniego zakresu i całościową kulturę, wyceniona przez fachowca na 1500 PLN za parę. Ale przede wszystkim, podobnie jak Brimary, pachnąca muzealnym eksponatem – wyjątkowością, inną zupełnie erą techniki użytkowej. Ręczna robota, super staranność, nie oszczędzano na surowcach. Jakość znaczyła więcej niż ilość i niskie koszty produkcji, a telewizory i radia były jeszcze czymś wyjątkowym, niemal nabożnym, a nie poniewierającym się wszędzie chłamem.

Siemens E81CC

xxx

Wszystkie w srebrnych berecikach z antenką.

Wchodząca do porównań para Siemens E81CC wygląda niepozornie, niczym specjalnym na tle pozostałych się nie wyróżniając. Brak kodu 801S, oznaczającego jak logo Haltrona wyselekcjonowanie, jednakże to – jak można wyczytać z kodu – wersja długowieczna o gwarantowanej emisji 10 000 godzin. Napis „Made in Germany” i data powstania (1962) sugeruje zakłady Siemens & Halske w Monachium, a zatem nie późniejszą, niższą o wiele jakościowo produkcję z wyprowadzonych do Czechosłowacji zakładów „Tesla for Siemens”. Oto oryginały z samego końca złotych czasów lampy. Długość anody identyczna jak u arystokratycznie sygnowanych Telefunken 801S i zabytkowych Philipsów, jednak tworzywo tylko względem tych ostatnich identyczne, natomiast względem Telefunkenów też wprawdzie matowe, ale jaśniejsze. Pozbawione widocznych srebrnych nitek wtopionych w te anody drucików i z większym żarnikiem oraz głębiej sięgającym getterem. Na pierwszy, ani nawet trzeci, rzut oka nic jednak szczególnego, toteż można zapytać: co te lampy w tym towarzystwie robią? Bo przecież nie są nawet z lat 50-tych… Ale to się niedługo okaże, a fachowa wycena mówi już co innego, opiewa bowiem na 2000 PLN. Poza tym „triple mica”, gwarantowany brak szumu, wyjątkowo staranne wykonanie, przeznaczenie militarne lub przemysłowe, a w kategoriach dzisiejszych przede wszystkim wielka rzadkość, rarytas.

Telefunken ECC801S

Tu natomiast sytuacja zgoła odmienna, bo niezależnie od wielkich pochwał dla Brimara i A2900 Gold Monarch to właśnie specjalne Telefunkeny w obiegowej opinii uchodzą za najlepsze. Otoczka informacyjna ich dotycząca jest niezwykle entuzjastyczna, podobnie jak o jeszcze sławniejszych (bo częściej używanych) ECC803S. Zapewne w następstwie estymy dla całego niemieckiego przemysłu, z jego Mercedesami, Porsche, BMW, Siemensem, Boschem, Bossem, Thyssenem i całą plejadą innych marek. „Made in Germany” uchodzi za synonim jakości, a w każdym razie udało się Niemcom takie wrażenie wywołać i utrwalić. Sam mam co do tego poważne wątpliwości, bo na przykład w mojej pralce Boscha urwał się bęben zaraz po ustaniu gwarancji i poszła na złom, ale to pewnie skutkiem chińskiego outsourcingu (offshoringu, mówiąc dokładniej) i obecnej mody na wszędobylską tandetę. Tymczasem lampa stara, sprzed półwiecza, z czasów gdy jeszcze Niemcy byli skuleni po przegranej wojnie, a nie tacy wpływowi i ważni. W efekcie ECC801S wyceniane są w sklepach internetowych gwarantujących jakość na $500 za parę, czyli po aktualnym kursie plus koszty wysyłki też koło 2000 PLN. Pod względem budowy niespecjalnie są te S-ki ciekawe, na pewno mniej niż Brimary, ale piszą o nich w samych superlatywach i że potrójna mika (lepszy dielektryk) oraz idealne sparowanie wewnętrznie, a zatem całkowicie cicha praca, bezszumna.

xxx

Pracujące umoszczone w gniazdeczkach.

Anoda ciemniejsza niż u Siemensa i Philipsa, z widocznymi nitkami elektrycznego obwodu i niespecjalnie dużym żarnikiem. Bez złotych nóżek, które w przypadku ECC81 miały jedynie Philips SQ oraz niektóre partie 10M  Mullarda. Ale za to z wywołującym dreszcz podniety „diamentowym” logo Telefunkena i sygnaturą 801S, tak jakby one decydowały… Lecz w pewnym sensie znaczek S to właśnie oznacza, świadczy bowiem, że lampa przeszła wyjątkowo dobrze drugi, dokładniejszy, selekcjonujący pod kątem jakości a nie samej przydatności do użycia test w zakładzie wytwórczym i w związku z tym otrzymała takie a nie zwykłe oznakowanie. Krótko mówiąc – wyjątkowo udane sztuki od znanego z jakości wytwórcy, ale nic tak nadzwyczajnego i nie tak wczesna produkcja jak w przypadku Brimarów. A wcześniejsza oznacza tu z reguły lepsza, bo później stawiano bardziej na tempo i niskie koszty.

Telefunken 5965 long anode

Na koniec ciekawostka, także z mojej kolekcji i też z tym podniecającym logo. Lampa z tej samej grupy, ale nie tylko z własnym oznakowaniem, lecz także nieco inna prądowo; mająca o jedną trzecią słabsze wzmocnienie (podobnie jak 5751 w odniesieniu do ECC83). To nie oznacza żadnych kłopotów, nie ma potrzeby dostrajania – wpina się i gotowe. Dźwięk jest nieznacznie cichszy, w praktyce o jeden krok krokowego potencjometru, a przy tym na swój sposób inny i w tej inności niezwykły. Inny nie tylko jednak sam dźwięk oraz współczynnik wzmocnienia, ale też budowa wewnętrzna, w postaci prawie dwa razy dłuższych i minimalnie jaśniejszych anod niż te u  pokrewnych 801S. (Podobno Brimar też robił wersję 5965 z długimi anodami, ale widziałem jedynie krótkie.) Ta dłuższa anoda robi wrażenie, bo może oznaczać lepszy dźwięk, podobnie jak niewielki, ukośnie napylony getter na szczycie, dwakroć mniejszy od obfitych u pozostałych. Albowiem  taki getter, nazywany czasami D-getterem (choć tak naprawdę D-getter oznacza inny kształt getter-ringu a nie napylonego na bańkę baru) też sugeruje lepsze brzmienie, aczkolwiek trudno orzec dlaczego – może dlatego, że oznacza przeważnie starą lampę. Sam produkt pochodzi też ze sławnej monachijskiej manufaktury, znakującej swoje wyroby diamentem na szkle, wywołującym takie podniety. Jednakże nie do końca w tym przypadku, jako że lampy o długich anodach pochodzące z początku lat 60-tych są wycenianie w internetowych serwisach jedynie na $200 za parę, a dołączony opis brzmienia powiada, że jest ono wprawdzie bardzo dobre, ale nie aż tak jak u najlepszych. Jasna z tego płynie nauka, że piszący na własne uszy lamp nie słyszeli, nie mając pojęcia o czym piszą, ale do szczegółów przejdziemy w stosownym czasie.  

Odsłuchy

   Jasne, że nie dało się tego wszystkiego ogarnąć jednym odsłuchem. Godzina co najmniej przerwy na rozgrzanie między jednym a drugim i pięć minimum podejść. Tych było jednak o wiele więcej, ponieważ starałem się porównywać każde z każdymi. Te porównania ważyły zasadniczo na poszczególnych opisach, tworząc ciekawą sieć brzmieniowych różnic. Kolejność opisu nie będzie przypadkowa, jednakże obojętna dla brzmienia, ponieważ tak jak w przypadku szczegółów technicznych alfabetyczna.

Brimar 6060

xxx

Brimar 6060 – najstarsza.

Te lampy niewątpliwie mają swój styl i tak jak wygląd jest on niecodzienny. Na plan pierwszy podczas odsłuchów wybijała się niezwykła wyraźność, o której zanotowałem, że jest tuż przed melodyką. Fantastycznie dokładne obrazowanie, niczym z fotografii o najwyższej rozdzielczości i jednocześnie trójwymiarowej. Pełne skupienie na detalu, szczególne podkreślenie – wręcz uwydatnienie – każdej chrypki, faktury, grasejacji. A wszystko to na głębokiej, oderwanej zupełnie od membran głośników scenie, wypełnionej dość ciemnym ale natlenionym i doświetlonym dźwiękiem. Mistrzowska szczegółowość zmieszana z subtelnością, żywością, szybkością, siłą, oraz przemożną obecnością wykonawców, przeistaczającą się w dramatyczny realizm. Realizm aż niemal przeszarżowany, wyrywający się ku agresji i przesadzie, ale powstrzymywany skutecznie przez melodyjność i wielowarstwowe piękno. A na froncie odbioru, w pierwszym, najważniejszym odczuciu, przede wszystkim żywa obecność, kreowana szczególną mieszanką detaliczności, separacji, wypełnienia, złożoności, muzykalności i przejrzystości.

To bycie szczególnie efektowną mieszaniną cech w takim nasileniu nigdy nie współwystępujących, to największa zaleta tych lamp. Są jakby na pełną skalę agresywne i melodyjne zarazem, dając niesamowity efekt. Jednakże, tak jak napisałem już w drugim zdaniu, żywość, wyraźność i detaliczność są nieco bardziej eksponowane, a melodyjność, wypełnienie i subtelność tak bardziej towarzyszą. To zatem prezentacja dla stawiających w brzmieniu na energię, detal i wyrazistość, a dla entuzjastów eleganckiej, bardziej powściągliwej melodyjności znajdziemy lepsze przypadki. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że taki obraz prokurowały Brimary z monitorami Diapasona, podczas gdy z czterodrożnymi Audioform 304 sytuacja była odwrotna i melodyjność wychodziła na pierwsze miejsce.

Jest w odniesieniu do nich jeszcze jedna cecha o kluczowym znaczeniu – wielowarstwowość dźwięku. Naprawdę wyjątkowa, pociągająca to niezwykłe bogactwo. Jak sobie w notatkach podkreśliłem: wszystko napowietrzone, przestrzenne, brzmieniowo najpierw wyizolowane i rozpisane następnie na piękną harmonię głosów. W efekcie niesamowite i zmuszające do słuchania. Sama artykulacja mistrzowska, a towarzyszący jej pogłos umiarkowany, niemniej szczególnie efektowny, doskonale związany z dźwiękiem. Słodycz w kobiecych głosach wręcz przytłoczona realistyczną wielowarstwowością, nie zamykająca się więc w jednorodnym falowaniu; o wiele bardziej złożona, podobnie jak cały dźwięk. Dźwięk nie tylko niespotykanie kompleksowy, ale też rewelacyjnie rozprowadzany na przestrzeń.

Zbierając to syntetycznie: legendarne lampy Brimara charakteryzowała największa dynamika, wyraźność, czystość, złożoność, wielogłosowość i trójwymiarowość brzmienia, co osiągały poprzez szczególną predyspozycję do indywidualizacji dźwięków, na bazie kunsztownego zbioru których a nie ujednolicającego scalania powstawała u nich muzykalność. To niewątpliwe najlepsze małe triody z jakimi miałem do czynienia.

Philips Miniwatt ECC81

xxx

Philips Miniwatt także z lat 50-tych.

Ta lampa to w pewnym sensie przeciwieństwo poprzedniej. Bazuje nie na separacji i biologicznej, dosłownie traktowanej złożoności, ale na spójności i artystycznych chwytach malarskich. Nie należy jednak myśleć o tym w kategoriach absolutnych, a jedynie w relacji do tamtych. Słuchane jako pierwsze wcale nie przywołałyby Philipsy wrażenia braku separacji czy wyraźności; to tylko niezwykłość Brimarów może wywołać takie ich postrzeganie.

Klasyczne małe triody z Holandii są wcale dynamiczne oraz niezgorzej wyraziste i szczegółowe. Przede wszystkim są jednak muzykalne na bazie scalania w jedno dźwiękowego obrazu, a więc swoistej malarskości, w której wszystko kompozycyjnie się jedna. Ta jedność nie jest jednak za daleko posunięta, kończy się dużo wcześniej zanimby komuś przyszłoby do głowy słowo „zamazywanie”. Obraz jest czysty, wyraźny, dynamiczny i też szczegółowy. Nie tak, ale też. Podstawa basowa dobra, choć nie tak nisko jak u Brimarów schodząca, średnica z przewagą aksamitnej gładkości nad łodygową chropawością naskórka, ale znów nie bez eksponowania chrypek czy tekstur, a soprany w przyjemny dla słuchania sposób ściągnięte ku średnicy, nie na tyle jednak, by odczuć ich niedostatek.

Wszystko więc bardzo dobre na bazie zwrotu „nie na tyle”, który nie dotyczy jedynie pięknie eksponowanej, romantycznej średnicy. Bas nie na tyle bez zejścia, żeby się go nie czuło, soprany nie na tyle łagodne, żeby zabrakło dźwięczności i ich charakterystycznego smaku, spajanie w całość nie na tyle posunięte, żeby się dźwięki nie separowały, a detaliczność nie na tyle podporządkowana muzykalności, żeby ktoś myślał o braku szczegółów. I jako danie główne średnica – malarska, poetycka, urzekająca, spokojna. Chciałoby się powiedzieć „kreślona długimi pociągnięciami pędzla” chociaż do dźwięku to niekoniecznie pasuje. Z wolniejszym narastaniem i nieco dłuższym niż u poprzednich wybrzmieniem, a także czymś, co Grażyna Błęcka-Kolska w Pornografii Jana Jakuba Kolskiego nazwała muzyką jednocześnie wesołą i smutną (o piosence Zygmunta Koniecznego – Link).

Taka w każdym razie impresja mi się nasunęła; bo z jednej strony brzmienie ciepławe – a już na pewno nie chłodne – także bez żadnych papuzich kolorów czy pogłębionych czerni; stonowane, spokojne. Niemniej z dobrze wyczuwalną dynamiką i bez śladu wywołującej nudę ospałości. Interesująca mieszanka spokoju i dynamiki, pogody ducha i nostalgii, powierzchniowej gładkości i pod nią splotów tekstur. Melanż pierwszoplanowej łagodności z podskórną drapieżnością, długich wybrzmień okraszanych dźwięczną podnietą, poezji i realizmu. Nie są to lampy wyczynowe, jakieś szczególnie imponujące, ale o wysokiej kulturze i bez czegokolwiek, co można uznać za wadę. Same plusy, a że nie granie wyczynowe na miarę Brimarów, to inna sprawa.

Siemens E81CC

xxx

A selekcjonowany Siemens już z początku 60-tych.

W przypadku ogółu lamp Siemensa mam odczucia ambiwalentne. Z wieloma ich rodzajami pochodzącymi z różnych okresów miałem do czynienia i przeważnie mi się nie podobały. Takie niby dobre, a na koniec niedobre. Gładkie i śpiewne, ale w efekcie przynudzające. Bez bazowej dynamiki i wyraźności, które uratowały przed chwilą Philipsy. Brzmieniowo ładnie scalone i przyjemnie zorganizowane kolorystycznie, ale jakieś takie wykastrowane, bezosobowe, mdłe. No ale z drugiej strony Siemens & Halske E88CC „grey anode” to lampy poza dyskusją magiczne, podobnie jak te opisywane przed chwilą Brimary. Może nie tak aż ekspresyjne, ale na tyle wybitne, że każde inne jako zastępstwo wywoływały grymas.

W sumie więc bardzo przeciętny, bez śladu jakiegokolwiek wyróżnika widok E81CC Siemensa przywołał niedobre skojarzenia, zwłaszcza kiedy odkryłem brak oznakowania ECC801S. To już te Philipsy przynajmniej inspirująco pachniały latami 50-tymi, a Siemensy nudniejszą i bardziej zwyczajną dekadą lat 60-tych. Jednakże dostawca-specjalista zapewniał, że to tak naprawdę Siemens ECC801S, po których można wiele oczekiwać. Prawdę mogła powiedzieć jedynie praktyka, zatem praktyka przemówiła.

Poddane próbom Siemensy okazały się w dużej mierze syntezą przypadków poprzednich. Brzmieniowo żywsze, głębsze i bardziej zróżnicowane od Philipsów, również bardziej trójwymiarowe, jednak nie tak wielowarstwowe, kontrastowe, dobitne i holograficzne jak Brimary. Zarazem bez powściągniętej jak u Philipsów góry, a w efekcie żywsze i dźwięczniejsze, i też z najwyższą kulturą.

Różnice świetnie obrazowały się w muzyce fortepianowej. Brimary po mistrzowsku izolowały każdy klawisz, by dopiero z tego budować muzykę, podczas gdy Philipsy wyraźnie w porównaniu scalały, skupiając się bardziej nie na brzmieniowej architekturze a całościowej impresji. Łagodziły, tonowały, wygładzały i powściągały, a Brimary izolowały, separowały, kontrastowały i harmonizowały, by na koniec dramatyzować. Z kolei Siemensy pośrenio – bez łagodzenia, ale nie z takim dramatyzmem, trójwymiarowością i widocznością każdego dźwięku. Niemniej w stylu niewątpliwie wybitnym – znaczonym różnorodnością, detalicznością, dźwięcznością i śpiewnością. Bez śladu agresji ale i bez łagodzenia. Perliście, malowniczo, a gdy trzeba odpowiednio drapieżnie. Jednocześnie też raczej ciepło, czyli przede wszystkim nie zimno.

Wszystkie trzy pary lamp okazały się mieć w miarę wysoką temperaturę; nie były wprawdzie gorące, ale też i dalekie od chłodu. Brimary najciemniejsze, a mimo to w odbiorze wcale nie chłodniejsze i też prędzej idące w stronę optymizmu niż smutku. To jednak u nich schodziło na plan dalszy, dopiero podczas analizowania się obrazując, a na pierwszy wysuwała ta wspaniała harmonia, składana z poszczególnych dźwięków. Pod tym względem dramatycznie przewyższały nawet Siemensy, a Philips nie mogły się równać. W efekcie jedyna w swoim rodzaju holografia, separacja i obrazowość, trochę jakby z innego świata. Niemniej Siemensy też bardzo mi się podobały i wszelkie uprzedzenia dla ich marki prysły. To bardzo dobre lampy, a trzeba mieć świadomość, że ECC81 są w ogólnej masie brzmieniowo wyjątkowo kiepskie i dobre między nimi naprawdę niełatwo wyszukać. A tutaj jedne po drugich dobre, choć jedne od drugich lepsze. Obiecywałem porównywanie samych wybitnych i same wybitne były.

Telefunken ECC801S

xxx

Podobnie jak selekcjonowany Telefunken.

Następne wkroczyły do akcji czcigodne Telefunkeny, zdobne przesławnym oznakowaniem i diamentowym logo. Teoretycznie najlepsze, ale w praktyce…

Kupowałem je niesiony famą fantastyczności, że panie, lepszych nie ma. Wyszukałem, wykosztowałem się, oczekiwałem cudów. A już na pewno poprawy względem wcześniej posiadanych 5965. Nic z tego jednak nie wyszło, żadna poprawa nie nastąpiła. W efekcie poszły do szuflady, lecz teraz były jak znalazł, bo przecież sławy im nie ubyło. A skoro porównujemy najlepsze z najlepszymi, zabraknąć ich nie może.

Rzekomo najlepszym Telefunkenom nie brak cech wspólnych z ocenionymi jako niesamowite Brimarami: ciemnej barwy, fantastycznego nasycenia, imponującej głębi, wyraźności konturów. Nie brak także doświetlenia, połysku, gęstości i nawet tlenu, choć jego obecność nie jest jakaś imponująca. Niemniej wyczuwa się ją dobrze. Towarzyszy temu mocny pogłos, wyraźnie z wszystkich najmocniejszy. Efektowny, wręcz efekciarski w połączeniu z tą głębią, połyskami i czernią. Jest zatem czym imponować i już by się zdawało, że to muzyka gra sama, lecz echo jedynie grało… Echo nienaturalne, skręcone, zbyt przede wszystkim kanciaste. Bo znakowane tym pogłosem brzmienie okazało się wprawdzie ciemniejsze, niższe i głębsze niż Siemensów, ale zarazem mniej spójne i płynne; i to nie wzorem wspaniale składających brzmienia Brimarów, tylko kanciaste i za twarde. Kontrastowe co prawda, atakujące i na czarnych tłach uwidaczniane, ale najmniej ze wszystkich kreujące w ten czy inny sposób muzykę. Najdalsze od niej, najbardziej odklejone, na własny, jawnie kubistyczny styl coś budujące. Niski ale nienaturalny bas, a soprany ciemne, nasycone i pogłębione – w wyniku czego efektowne – lecz nieprawdziwe, jakby przetworzone i stechnicyzowane. Przesadnie teatralne, a chociaż nie pozbawione słodyczy, to jednak także twardości i przesadnego kontrastu. Niemniej niezależnie od stopnia agresji zawsze znakomicie rozprowadzane na przestrzeń, jak całe zresztą brzmienie. Na duży plus także tajemniczość i piękna głębia sceny, a także wielowarstwowość, usiłująca nawiązać do Brimarów. Sumarycznie o wiele słabsza, ale także po stronie plusów. I byłoby wszystko w  porządku, gdyby nie ta zbytnia twardość, kanciastość i pogłosowo-kontrastowa przesada. Ewidentnie dźwięk rasowany, przesadnie pobudzany. Odpalone zamiennie Brimary natychmiast, bez potrzeby rozgrzania, pokazały lepszość o klasę. Większą różnorodność bazową a mimo to wypadkową spójność, w dodatku pozbawioną twardości. Brzmienie nie tak ciemne, natomiast bardziej o wiele złożone i sumarycznie prawdziwe. Z najmocniejszym też czuciem przestrzeni, o wymienieniu czego w opisie ich zapomniałem. W następstwie wspaniały popis siły technicznej i realizmu, a nie jedynie efekty specjalne.

Mające wygrać w cuglach Telefunkeny wypadły ze wszystkich najsłabiej. Można do nich się przyzwyczaić, mają niejedną zaletę, ale na tle pozostałych nie tylko najmniej chciało się do nich wracać, ale wręcz ich nie lubiłem. W świat ruszą, wolna droga, pewnie się ktoś będzie zachwycał. Daiamentowy herb, S-ka za numerkiem i Telefunken za markę, jedynie muzyki mało. Ale efekty specjalne są, a teraz to bardzo modne.

Telefunken 5965 long anode

xxx

I drugi Telefunken z podwójnie długą anodą.

Sam sobie te lampy wyszukałem, wychodząc z założenia, że długa anoda, tak samo jak u ECC83, powinna dać dobry wynik. Nie pomyliłem się. Lampy są rewelacyjne. Siemensy wprawdzie puszczane wprost po Brimarach także nie chciały zaraz umierać, lecz długoanodowe Telefunkeny nie umierały wcale. Owszem, nie były aż tak rozdzielcze. Nie budują całego brzmienia z pojedynczych, dokładnie wyodrębnionych dźwięków, niemniej stopień odrębności też mają bardzo wysoki. Nie są też tak drapieżnie dynamiczne i ostro rysujące, ale za to melodyjniejsze i przede wszystkim z większą całościowo przestrzenią. Ta przestrzeń w nich wręcz wybucha i niesie dźwięki daleko, daleko, a także rozszerza obraz do góry, dźwigając sufit bardzo wyraźnie. Źródła stają się większe, doskonale separowane i z holograficzną organizacją. Maestria pod każdym względem, a bez żadnej sztuczności. Względem Brimarów soprany trochę spokojniejsze i nie tak zjawiskowe drążenie tekstur. Cały dźwięk mniej złożony, ale dzięki rozrostowi przestrzeni robi się z tego coś za coś a nie jedynie ubytek. Inna jeszcze różnica, to nieco niższa temperatura. Wszystkie pozostałe miały z grubsza jednaką i raczej ciepłą niż zimną, a długie anody są także pozbawione obcości i chłodu, ale bliższe temu co zwiemy neutralnością i przez to przeważnie smutniejsze. Z pewnością łatwiej przywołujące posępniejsze nastroje, co całkiem nie przeszkadza, bo nikt ich nie oskarży o sztuczne budowanie klimatu.

Zjawiskową wręcz cechą jest rozkład tonalny, ze średnicą zupełnie oczyszczoną z sopranów, od czego tylko jeszcze Philipsy były zupełnie wolne. Bas mocny, nisko schodzący, z wyraźnym, niskim gdy trzeba, pomrukiem, a soprany całkowicie otwarte, bez śladu najmniejszego przycięcia. Wraz z tym wszystkim nie tylko realizm ale i także romantyzm, szczególnie piękna nastrojowość. Wielkie plenery, stawianie ścian dźwiękowych, a zero sztuczności czy efekciarstwa. Dotychczas moja referencja, choć muszę przyznać, że realizm Brimarów okazał się wyższej jakości, na bazie większej złożoności, wrażenia obecności i tej zjawiskowej separacji. To nie była duża różnica – po pełnym rozgrzaniu dźwięk 5965 też pięknie się różnicował i wzbogacał – jednakże pewien dystans pozostawał i nie chciał całkiem zniknąć. Ogólnie zatem najlepsza przestrzeń, ale już nie same dźwięki i nie samo czucie przestrzeni. Mniejsza też nieco dynamika, a także różnorodność. Mocniejszy natomiast pogłos, jednak słabiej związany z dźwiękiem. Jak chodzi o całościowy wyraz, to więcej dostojeństwa a mniej zaangażowania. Poprzez mniej w przekazie sopranów, nie takie ostre chrypki i przede wszystkim nie taką wielogłosową indywidualność, a generalnie biorąc większy dystans i większy cały format. To lepiej pasowało do muzyki elektronicznej, ale na pewno nie do jazzu, rozrywkowej ani rockowej. Solidna druga pozycja, taka poza dyskusją.

Podsumowując

ECC 81 Tubes HiFi Philosophy 006   Nie obeszło się bez niespodzianek, ale też i rzeczy do przewidzenia. Anonsowane jako najlepsze Brimary spokojnie się obroniły, a szczerze mówiąc, nie musiały. Jedynie w jednym przypadku długoanodowych Telefunkenów pojawiła się sytuacja coś za coś, ale tylko w kontekście scenicznym, podczas gdy cały dźwięk pozostał przy nich. Z kolei niespodzianką było ostatnie miejsce drogich Telefunkenów, które miały walczyć o prymat. Można ich bronić; nie wątpię nawet, że są systemy w których ich pełen sztucznych podniet styl okaże się dobrze pasujący, ale w kryteriach samej muzyki najmniej były udane. Za kanciaste, za twarde, za bardzo ekscentryczne. Ich przeciwieństwo to Philipsy – spokojne, łagodne, malarskie. Dające jedwabiste głosy, dobrze zebrany w całość koloryt oraz najwyższej próby kulturę nie znającą pojęcia wada. Mające pewien odstęp od realizmu, ale przekonujące urodą. Spokojne ich czwarte miejsce przy takiej konkurencji można uznać za sukces. Zaskoczyły mnie także Siemensy, ale zaskoczyły in plus. Żadnej nudy, jednostajności, przykrywania wszystkiego szarością. Żywe, perliste i dynamiczne od basu po soprany. Muzykalność najwyższego poziomu, nietuzinkowy realizm, gwarancja bezpośredniości i ekscytująca dynamika. W sumie podobne do Philipsów, ale żywsze, różnorodniejsze i bardziej dynamiczne. Zbiły 801S Telefunkena, nawet nie było walki. Wolałem je pod każdym względem, a najbardziej samego słuchania. Drugie Telefunkeny, te tańsze o długich anodach, dla kogoś opierającego się na sklepowych relacjach mogą być niespodzianką, ale sam widziałem je prędzej na pierwszym miejscu i szczerze mówiąc wygrana Brimarów trochę mnie zaskoczyła. Ale to dobrze że są lepsi, zawsze warto takich posłuchać. Szkoda zaś, że nie było A2900, ale z dużym prawdopodobieństwem na podstawie dawniejszego słuchania mogę o nich powiedzieć, że byłyby na drugim miejscu, albo najdalej na trzecim.

Lampy Brimara, Philipsa i Siemensa dostarczała firma Tubes-Store.eu  (http://tubes-store.eu/pl/content/8-opinie-i-rekomendacje)

 

System:

  • Źródła: Cairn Soft Fog V2, Restek Epos.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Audioform 304, Diapason Adamantes III 25th Anniversary.
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream, Sulek 9×9.
  • Kabel głośnikowy: Crystal Cable Absolute Dream, Sulek Edia 9×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Audio Illuminati Power Reference One.
  • Listwy zasilające: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Ustroje akustyczne: Audioform.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

10 komentarzy w “Recenzja: Lampy ECC81 – przegląd najlepszych

  1. Sławek pisze:

    No to teraz czas na tranzystory – równowaga w przyrodzie musi być, tym bardziej że spotykane są konstrukcje hybrydowe. Bipolalarne, MOS-FET-y, J- FET-y, Toshiby, Sankeny – które lepsze, jak brzmią, które bardziej muzykalne?

    1. PIotr Ryka pisze:

      W przeciwieństwie do lamp tranzystorów nie można po prostu wyjmować i wkładać. Różnice brzmieniowe między nimi są duże, a szkół opowiadających się za takimi albo innymi też nie brakuje. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że jedyne wzmacniacze tranzystorowe jakich słuchałem nie ustępujące w niczym lampowym, to Avantgarde XA i Wells Audio Innamorata/Headtrip. Ale na pewno są inne.

      1. Sławek pisze:

        Oczywiście tak trochę żartowałem. Ale jednak są opinie że jednemu bardziej się podoba piecyk na bipolarnych, a innemu na MOS-FET-ach.
        Słyszałem też, że nie jest prawdą, że tranzystory się nie „zużywają”, podobno niekiedy bardziej niż porządna lampa. Tyle, że w miarę używania ucho się przyzwyczaja i tego nie słyszymy. Nie ma też regulacji biasu pod tranzystory tak jak w dobrych wzmacniaczach lampowych. Co Pan na to Panie Piotrze?

        1. PIotr Ryka pisze:

          Zużywają się z całą pewnością. Znajomy robił pomiary i MOS-FET mniej więcej tak szybko jak lampy. Kiedyś te MOS-FET były niekwestionowanym liderem, teraz spora moda na bipolarne. Słyszałem świetne wzmacniacze na jednych i drugich.

  2. slawsim pisze:

    Panie Piotrze, mam nadzieję, że to nie ostatni test lamp. Chętnie zapoznałbym się z Pana opinią na temat takich lamp jak Siemens CCa i pokrewne. Wzmianka o zużywaniu się tranzystorów mnie zaskoczyła i zasmuciła, jeśli to prawda. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jestem ciekaw czy to słychać i jak się to objawia. Ponadto chciałbym się dowiedzieć jak rozpoznać „na słuch”, że lampy już się kończą?

    1. PIotr Ryka pisze:

      !. Testy CCa (ECC88), ECC83 i paru innych popularnych powinny się ukazać w ciągu najbliższego roku. Przynajmniej takie są plany.
      2. Też nie wiedziałem o zużywaniu się tranzystorów, ale znajomy elektronik osobiście wykonywał pomiary.
      3. Zużycie lamp objawia się powolnym i nieznacznym cichnięciem oraz także nieznacznym łagodzeniem dźwięku. Niektóre lampy niskiej jakości, na przykład chińskie 350B, zaczynają grać płasko i nudno (tracą nie tylko moc ale i smak). Wysokiej klasy dawne lampy smaku jednak nie tracą i wytrzymują wiele, wiele lat. Nieraz dziesięć i więcej.

      1. slawsim pisze:

        Dziękuję za odpowiedź. Czy objawy zużycia tranzystorów też można usłyszeć?

        1. PIotr Ryka pisze:

          Cichną, blakną.

          1. slawsim pisze:

            Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

  3. Piotr pisze:

    Świetny test porównawczy. Czekam na więcej porównań lamp, także tych znanych lecz tańszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy