Recenzja: Lampy ECC81 – przegląd najlepszych

Odsłuchy

   Jasne, że nie dało się tego wszystkiego ogarnąć jednym odsłuchem. Godzina co najmniej przerwy na rozgrzanie między jednym a drugim i pięć minimum podejść. Tych było jednak o wiele więcej, ponieważ starałem się porównywać każde z każdymi. Te porównania ważyły zasadniczo na poszczególnych opisach, tworząc ciekawą sieć brzmieniowych różnic. Kolejność opisu nie będzie przypadkowa, jednakże obojętna dla brzmienia, ponieważ tak jak w przypadku szczegółów technicznych alfabetyczna.

Brimar 6060

xxx

Brimar 6060 – najstarsza.

Te lampy niewątpliwie mają swój styl i tak jak wygląd jest on niecodzienny. Na plan pierwszy podczas odsłuchów wybijała się niezwykła wyraźność, o której zanotowałem, że jest tuż przed melodyką. Fantastycznie dokładne obrazowanie, niczym z fotografii o najwyższej rozdzielczości i jednocześnie trójwymiarowej. Pełne skupienie na detalu, szczególne podkreślenie – wręcz uwydatnienie – każdej chrypki, faktury, grasejacji. A wszystko to na głębokiej, oderwanej zupełnie od membran głośników scenie, wypełnionej dość ciemnym ale natlenionym i doświetlonym dźwiękiem. Mistrzowska szczegółowość zmieszana z subtelnością, żywością, szybkością, siłą, oraz przemożną obecnością wykonawców, przeistaczającą się w dramatyczny realizm. Realizm aż niemal przeszarżowany, wyrywający się ku agresji i przesadzie, ale powstrzymywany skutecznie przez melodyjność i wielowarstwowe piękno. A na froncie odbioru, w pierwszym, najważniejszym odczuciu, przede wszystkim żywa obecność, kreowana szczególną mieszanką detaliczności, separacji, wypełnienia, złożoności, muzykalności i przejrzystości.

To bycie szczególnie efektowną mieszaniną cech w takim nasileniu nigdy nie współwystępujących, to największa zaleta tych lamp. Są jakby na pełną skalę agresywne i melodyjne zarazem, dając niesamowity efekt. Jednakże, tak jak napisałem już w drugim zdaniu, żywość, wyraźność i detaliczność są nieco bardziej eksponowane, a melodyjność, wypełnienie i subtelność tak bardziej towarzyszą. To zatem prezentacja dla stawiających w brzmieniu na energię, detal i wyrazistość, a dla entuzjastów eleganckiej, bardziej powściągliwej melodyjności znajdziemy lepsze przypadki. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że taki obraz prokurowały Brimary z monitorami Diapasona, podczas gdy z czterodrożnymi Audioform 304 sytuacja była odwrotna i melodyjność wychodziła na pierwsze miejsce.

Jest w odniesieniu do nich jeszcze jedna cecha o kluczowym znaczeniu – wielowarstwowość dźwięku. Naprawdę wyjątkowa, pociągająca to niezwykłe bogactwo. Jak sobie w notatkach podkreśliłem: wszystko napowietrzone, przestrzenne, brzmieniowo najpierw wyizolowane i rozpisane następnie na piękną harmonię głosów. W efekcie niesamowite i zmuszające do słuchania. Sama artykulacja mistrzowska, a towarzyszący jej pogłos umiarkowany, niemniej szczególnie efektowny, doskonale związany z dźwiękiem. Słodycz w kobiecych głosach wręcz przytłoczona realistyczną wielowarstwowością, nie zamykająca się więc w jednorodnym falowaniu; o wiele bardziej złożona, podobnie jak cały dźwięk. Dźwięk nie tylko niespotykanie kompleksowy, ale też rewelacyjnie rozprowadzany na przestrzeń.

Zbierając to syntetycznie: legendarne lampy Brimara charakteryzowała największa dynamika, wyraźność, czystość, złożoność, wielogłosowość i trójwymiarowość brzmienia, co osiągały poprzez szczególną predyspozycję do indywidualizacji dźwięków, na bazie kunsztownego zbioru których a nie ujednolicającego scalania powstawała u nich muzykalność. To niewątpliwe najlepsze małe triody z jakimi miałem do czynienia.

Philips Miniwatt ECC81

xxx

Philips Miniwatt także z lat 50-tych.

Ta lampa to w pewnym sensie przeciwieństwo poprzedniej. Bazuje nie na separacji i biologicznej, dosłownie traktowanej złożoności, ale na spójności i artystycznych chwytach malarskich. Nie należy jednak myśleć o tym w kategoriach absolutnych, a jedynie w relacji do tamtych. Słuchane jako pierwsze wcale nie przywołałyby Philipsy wrażenia braku separacji czy wyraźności; to tylko niezwykłość Brimarów może wywołać takie ich postrzeganie.

Klasyczne małe triody z Holandii są wcale dynamiczne oraz niezgorzej wyraziste i szczegółowe. Przede wszystkim są jednak muzykalne na bazie scalania w jedno dźwiękowego obrazu, a więc swoistej malarskości, w której wszystko kompozycyjnie się jedna. Ta jedność nie jest jednak za daleko posunięta, kończy się dużo wcześniej zanimby komuś przyszłoby do głowy słowo „zamazywanie”. Obraz jest czysty, wyraźny, dynamiczny i też szczegółowy. Nie tak, ale też. Podstawa basowa dobra, choć nie tak nisko jak u Brimarów schodząca, średnica z przewagą aksamitnej gładkości nad łodygową chropawością naskórka, ale znów nie bez eksponowania chrypek czy tekstur, a soprany w przyjemny dla słuchania sposób ściągnięte ku średnicy, nie na tyle jednak, by odczuć ich niedostatek.

Wszystko więc bardzo dobre na bazie zwrotu „nie na tyle”, który nie dotyczy jedynie pięknie eksponowanej, romantycznej średnicy. Bas nie na tyle bez zejścia, żeby się go nie czuło, soprany nie na tyle łagodne, żeby zabrakło dźwięczności i ich charakterystycznego smaku, spajanie w całość nie na tyle posunięte, żeby się dźwięki nie separowały, a detaliczność nie na tyle podporządkowana muzykalności, żeby ktoś myślał o braku szczegółów. I jako danie główne średnica – malarska, poetycka, urzekająca, spokojna. Chciałoby się powiedzieć „kreślona długimi pociągnięciami pędzla” chociaż do dźwięku to niekoniecznie pasuje. Z wolniejszym narastaniem i nieco dłuższym niż u poprzednich wybrzmieniem, a także czymś, co Grażyna Błęcka-Kolska w Pornografii Jana Jakuba Kolskiego nazwała muzyką jednocześnie wesołą i smutną (o piosence Zygmunta Koniecznego – Link).

Taka w każdym razie impresja mi się nasunęła; bo z jednej strony brzmienie ciepławe – a już na pewno nie chłodne – także bez żadnych papuzich kolorów czy pogłębionych czerni; stonowane, spokojne. Niemniej z dobrze wyczuwalną dynamiką i bez śladu wywołującej nudę ospałości. Interesująca mieszanka spokoju i dynamiki, pogody ducha i nostalgii, powierzchniowej gładkości i pod nią splotów tekstur. Melanż pierwszoplanowej łagodności z podskórną drapieżnością, długich wybrzmień okraszanych dźwięczną podnietą, poezji i realizmu. Nie są to lampy wyczynowe, jakieś szczególnie imponujące, ale o wysokiej kulturze i bez czegokolwiek, co można uznać za wadę. Same plusy, a że nie granie wyczynowe na miarę Brimarów, to inna sprawa.

Siemens E81CC

xxx

A selekcjonowany Siemens już z początku 60-tych.

W przypadku ogółu lamp Siemensa mam odczucia ambiwalentne. Z wieloma ich rodzajami pochodzącymi z różnych okresów miałem do czynienia i przeważnie mi się nie podobały. Takie niby dobre, a na koniec niedobre. Gładkie i śpiewne, ale w efekcie przynudzające. Bez bazowej dynamiki i wyraźności, które uratowały przed chwilą Philipsy. Brzmieniowo ładnie scalone i przyjemnie zorganizowane kolorystycznie, ale jakieś takie wykastrowane, bezosobowe, mdłe. No ale z drugiej strony Siemens & Halske E88CC „grey anode” to lampy poza dyskusją magiczne, podobnie jak te opisywane przed chwilą Brimary. Może nie tak aż ekspresyjne, ale na tyle wybitne, że każde inne jako zastępstwo wywoływały grymas.

W sumie więc bardzo przeciętny, bez śladu jakiegokolwiek wyróżnika widok E81CC Siemensa przywołał niedobre skojarzenia, zwłaszcza kiedy odkryłem brak oznakowania ECC801S. To już te Philipsy przynajmniej inspirująco pachniały latami 50-tymi, a Siemensy nudniejszą i bardziej zwyczajną dekadą lat 60-tych. Jednakże dostawca-specjalista zapewniał, że to tak naprawdę Siemens ECC801S, po których można wiele oczekiwać. Prawdę mogła powiedzieć jedynie praktyka, zatem praktyka przemówiła.

Poddane próbom Siemensy okazały się w dużej mierze syntezą przypadków poprzednich. Brzmieniowo żywsze, głębsze i bardziej zróżnicowane od Philipsów, również bardziej trójwymiarowe, jednak nie tak wielowarstwowe, kontrastowe, dobitne i holograficzne jak Brimary. Zarazem bez powściągniętej jak u Philipsów góry, a w efekcie żywsze i dźwięczniejsze, i też z najwyższą kulturą.

Różnice świetnie obrazowały się w muzyce fortepianowej. Brimary po mistrzowsku izolowały każdy klawisz, by dopiero z tego budować muzykę, podczas gdy Philipsy wyraźnie w porównaniu scalały, skupiając się bardziej nie na brzmieniowej architekturze a całościowej impresji. Łagodziły, tonowały, wygładzały i powściągały, a Brimary izolowały, separowały, kontrastowały i harmonizowały, by na koniec dramatyzować. Z kolei Siemensy pośrenio – bez łagodzenia, ale nie z takim dramatyzmem, trójwymiarowością i widocznością każdego dźwięku. Niemniej w stylu niewątpliwie wybitnym – znaczonym różnorodnością, detalicznością, dźwięcznością i śpiewnością. Bez śladu agresji ale i bez łagodzenia. Perliście, malowniczo, a gdy trzeba odpowiednio drapieżnie. Jednocześnie też raczej ciepło, czyli przede wszystkim nie zimno.

Wszystkie trzy pary lamp okazały się mieć w miarę wysoką temperaturę; nie były wprawdzie gorące, ale też i dalekie od chłodu. Brimary najciemniejsze, a mimo to w odbiorze wcale nie chłodniejsze i też prędzej idące w stronę optymizmu niż smutku. To jednak u nich schodziło na plan dalszy, dopiero podczas analizowania się obrazując, a na pierwszy wysuwała ta wspaniała harmonia, składana z poszczególnych dźwięków. Pod tym względem dramatycznie przewyższały nawet Siemensy, a Philips nie mogły się równać. W efekcie jedyna w swoim rodzaju holografia, separacja i obrazowość, trochę jakby z innego świata. Niemniej Siemensy też bardzo mi się podobały i wszelkie uprzedzenia dla ich marki prysły. To bardzo dobre lampy, a trzeba mieć świadomość, że ECC81 są w ogólnej masie brzmieniowo wyjątkowo kiepskie i dobre między nimi naprawdę niełatwo wyszukać. A tutaj jedne po drugich dobre, choć jedne od drugich lepsze. Obiecywałem porównywanie samych wybitnych i same wybitne były.

Telefunken ECC801S

xxx

Podobnie jak selekcjonowany Telefunken.

Następne wkroczyły do akcji czcigodne Telefunkeny, zdobne przesławnym oznakowaniem i diamentowym logo. Teoretycznie najlepsze, ale w praktyce…

Kupowałem je niesiony famą fantastyczności, że panie, lepszych nie ma. Wyszukałem, wykosztowałem się, oczekiwałem cudów. A już na pewno poprawy względem wcześniej posiadanych 5965. Nic z tego jednak nie wyszło, żadna poprawa nie nastąpiła. W efekcie poszły do szuflady, lecz teraz były jak znalazł, bo przecież sławy im nie ubyło. A skoro porównujemy najlepsze z najlepszymi, zabraknąć ich nie może.

Rzekomo najlepszym Telefunkenom nie brak cech wspólnych z ocenionymi jako niesamowite Brimarami: ciemnej barwy, fantastycznego nasycenia, imponującej głębi, wyraźności konturów. Nie brak także doświetlenia, połysku, gęstości i nawet tlenu, choć jego obecność nie jest jakaś imponująca. Niemniej wyczuwa się ją dobrze. Towarzyszy temu mocny pogłos, wyraźnie z wszystkich najmocniejszy. Efektowny, wręcz efekciarski w połączeniu z tą głębią, połyskami i czernią. Jest zatem czym imponować i już by się zdawało, że to muzyka gra sama, lecz echo jedynie grało… Echo nienaturalne, skręcone, zbyt przede wszystkim kanciaste. Bo znakowane tym pogłosem brzmienie okazało się wprawdzie ciemniejsze, niższe i głębsze niż Siemensów, ale zarazem mniej spójne i płynne; i to nie wzorem wspaniale składających brzmienia Brimarów, tylko kanciaste i za twarde. Kontrastowe co prawda, atakujące i na czarnych tłach uwidaczniane, ale najmniej ze wszystkich kreujące w ten czy inny sposób muzykę. Najdalsze od niej, najbardziej odklejone, na własny, jawnie kubistyczny styl coś budujące. Niski ale nienaturalny bas, a soprany ciemne, nasycone i pogłębione – w wyniku czego efektowne – lecz nieprawdziwe, jakby przetworzone i stechnicyzowane. Przesadnie teatralne, a chociaż nie pozbawione słodyczy, to jednak także twardości i przesadnego kontrastu. Niemniej niezależnie od stopnia agresji zawsze znakomicie rozprowadzane na przestrzeń, jak całe zresztą brzmienie. Na duży plus także tajemniczość i piękna głębia sceny, a także wielowarstwowość, usiłująca nawiązać do Brimarów. Sumarycznie o wiele słabsza, ale także po stronie plusów. I byłoby wszystko w  porządku, gdyby nie ta zbytnia twardość, kanciastość i pogłosowo-kontrastowa przesada. Ewidentnie dźwięk rasowany, przesadnie pobudzany. Odpalone zamiennie Brimary natychmiast, bez potrzeby rozgrzania, pokazały lepszość o klasę. Większą różnorodność bazową a mimo to wypadkową spójność, w dodatku pozbawioną twardości. Brzmienie nie tak ciemne, natomiast bardziej o wiele złożone i sumarycznie prawdziwe. Z najmocniejszym też czuciem przestrzeni, o wymienieniu czego w opisie ich zapomniałem. W następstwie wspaniały popis siły technicznej i realizmu, a nie jedynie efekty specjalne.

Mające wygrać w cuglach Telefunkeny wypadły ze wszystkich najsłabiej. Można do nich się przyzwyczaić, mają niejedną zaletę, ale na tle pozostałych nie tylko najmniej chciało się do nich wracać, ale wręcz ich nie lubiłem. W świat ruszą, wolna droga, pewnie się ktoś będzie zachwycał. Daiamentowy herb, S-ka za numerkiem i Telefunken za markę, jedynie muzyki mało. Ale efekty specjalne są, a teraz to bardzo modne.

Telefunken 5965 long anode

xxx

I drugi Telefunken z podwójnie długą anodą.

Sam sobie te lampy wyszukałem, wychodząc z założenia, że długa anoda, tak samo jak u ECC83, powinna dać dobry wynik. Nie pomyliłem się. Lampy są rewelacyjne. Siemensy wprawdzie puszczane wprost po Brimarach także nie chciały zaraz umierać, lecz długoanodowe Telefunkeny nie umierały wcale. Owszem, nie były aż tak rozdzielcze. Nie budują całego brzmienia z pojedynczych, dokładnie wyodrębnionych dźwięków, niemniej stopień odrębności też mają bardzo wysoki. Nie są też tak drapieżnie dynamiczne i ostro rysujące, ale za to melodyjniejsze i przede wszystkim z większą całościowo przestrzenią. Ta przestrzeń w nich wręcz wybucha i niesie dźwięki daleko, daleko, a także rozszerza obraz do góry, dźwigając sufit bardzo wyraźnie. Źródła stają się większe, doskonale separowane i z holograficzną organizacją. Maestria pod każdym względem, a bez żadnej sztuczności. Względem Brimarów soprany trochę spokojniejsze i nie tak zjawiskowe drążenie tekstur. Cały dźwięk mniej złożony, ale dzięki rozrostowi przestrzeni robi się z tego coś za coś a nie jedynie ubytek. Inna jeszcze różnica, to nieco niższa temperatura. Wszystkie pozostałe miały z grubsza jednaką i raczej ciepłą niż zimną, a długie anody są także pozbawione obcości i chłodu, ale bliższe temu co zwiemy neutralnością i przez to przeważnie smutniejsze. Z pewnością łatwiej przywołujące posępniejsze nastroje, co całkiem nie przeszkadza, bo nikt ich nie oskarży o sztuczne budowanie klimatu.

Zjawiskową wręcz cechą jest rozkład tonalny, ze średnicą zupełnie oczyszczoną z sopranów, od czego tylko jeszcze Philipsy były zupełnie wolne. Bas mocny, nisko schodzący, z wyraźnym, niskim gdy trzeba, pomrukiem, a soprany całkowicie otwarte, bez śladu najmniejszego przycięcia. Wraz z tym wszystkim nie tylko realizm ale i także romantyzm, szczególnie piękna nastrojowość. Wielkie plenery, stawianie ścian dźwiękowych, a zero sztuczności czy efekciarstwa. Dotychczas moja referencja, choć muszę przyznać, że realizm Brimarów okazał się wyższej jakości, na bazie większej złożoności, wrażenia obecności i tej zjawiskowej separacji. To nie była duża różnica – po pełnym rozgrzaniu dźwięk 5965 też pięknie się różnicował i wzbogacał – jednakże pewien dystans pozostawał i nie chciał całkiem zniknąć. Ogólnie zatem najlepsza przestrzeń, ale już nie same dźwięki i nie samo czucie przestrzeni. Mniejsza też nieco dynamika, a także różnorodność. Mocniejszy natomiast pogłos, jednak słabiej związany z dźwiękiem. Jak chodzi o całościowy wyraz, to więcej dostojeństwa a mniej zaangażowania. Poprzez mniej w przekazie sopranów, nie takie ostre chrypki i przede wszystkim nie taką wielogłosową indywidualność, a generalnie biorąc większy dystans i większy cały format. To lepiej pasowało do muzyki elektronicznej, ale na pewno nie do jazzu, rozrywkowej ani rockowej. Solidna druga pozycja, taka poza dyskusją.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

13 komentarzy w “Recenzja: Lampy ECC81 – przegląd najlepszych

  1. Sławek napisał(a):

    No to teraz czas na tranzystory – równowaga w przyrodzie musi być, tym bardziej że spotykane są konstrukcje hybrydowe. Bipolalarne, MOS-FET-y, J- FET-y, Toshiby, Sankeny – które lepsze, jak brzmią, które bardziej muzykalne?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      W przeciwieństwie do lamp tranzystorów nie można po prostu wyjmować i wkładać. Różnice brzmieniowe między nimi są duże, a szkół opowiadających się za takimi albo innymi też nie brakuje. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że jedyne wzmacniacze tranzystorowe jakich słuchałem nie ustępujące w niczym lampowym, to Avantgarde XA i Wells Audio Innamorata/Headtrip. Ale na pewno są inne.

      1. Sławek napisał(a):

        Oczywiście tak trochę żartowałem. Ale jednak są opinie że jednemu bardziej się podoba piecyk na bipolarnych, a innemu na MOS-FET-ach.
        Słyszałem też, że nie jest prawdą, że tranzystory się nie „zużywają”, podobno niekiedy bardziej niż porządna lampa. Tyle, że w miarę używania ucho się przyzwyczaja i tego nie słyszymy. Nie ma też regulacji biasu pod tranzystory tak jak w dobrych wzmacniaczach lampowych. Co Pan na to Panie Piotrze?

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          Zużywają się z całą pewnością. Znajomy robił pomiary i MOS-FET mniej więcej tak szybko jak lampy. Kiedyś te MOS-FET były niekwestionowanym liderem, teraz spora moda na bipolarne. Słyszałem świetne wzmacniacze na jednych i drugich.

  2. slawsim napisał(a):

    Panie Piotrze, mam nadzieję, że to nie ostatni test lamp. Chętnie zapoznałbym się z Pana opinią na temat takich lamp jak Siemens CCa i pokrewne. Wzmianka o zużywaniu się tranzystorów mnie zaskoczyła i zasmuciła, jeśli to prawda. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jestem ciekaw czy to słychać i jak się to objawia. Ponadto chciałbym się dowiedzieć jak rozpoznać „na słuch”, że lampy już się kończą?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      !. Testy CCa (ECC88), ECC83 i paru innych popularnych powinny się ukazać w ciągu najbliższego roku. Przynajmniej takie są plany.
      2. Też nie wiedziałem o zużywaniu się tranzystorów, ale znajomy elektronik osobiście wykonywał pomiary.
      3. Zużycie lamp objawia się powolnym i nieznacznym cichnięciem oraz także nieznacznym łagodzeniem dźwięku. Niektóre lampy niskiej jakości, na przykład chińskie 350B, zaczynają grać płasko i nudno (tracą nie tylko moc ale i smak). Wysokiej klasy dawne lampy smaku jednak nie tracą i wytrzymują wiele, wiele lat. Nieraz dziesięć i więcej.

      1. slawsim napisał(a):

        Dziękuję za odpowiedź. Czy objawy zużycia tranzystorów też można usłyszeć?

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          Cichną, blakną.

          1. slawsim napisał(a):

            Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

  3. Piotr napisał(a):

    Świetny test porównawczy. Czekam na więcej porównań lamp, także tych znanych lecz tańszych.

    1. Audio Autonomy napisał(a):

      Może udało by się zorganizować test lamp 6SN7? To też dosyć zróżnicowane i ciekawe lampy, które potrafią zagrać naprawdę „nielampowo” 🙂

  4. Patryk napisał(a):

    Z ciekawosci nabylem wychwalane przez Pana Telefunkeny 5965 long anode do swojego odtwarzacza dzielonego La Diva + La Scala Optologic. Na codzien uzywam Mullardow ecc81 z Blackburn i trzeba przyznac ze 5965 sa bardziej zwiewne ale brakuje im tego dociazenia i namacalnosci Mullardow. Wszystko na pewno zalezy od reszty toru i preferencji uzytkownika.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ten odtwarzacz jest dość pikantny i Mullardy powinny mu służyć. Jako alternatywa oryginalne Genalex Osram-Marconi, ale są nie do zdobycia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy