Recenzja: Kennerton Odin

   Kennerton to ekskluzywna marka większego Fischer Audio, a Fischer Audio w oryginale pisze się Фишер Аудио. W materiałach o ich jubileuszowych słuchawkach na dziesięciolecie powstania (2006), modelu FA-011 10th Anniversary Edition, możemy przeczytać, że cewki w całości nawinięto z powstałych 40 lat wcześniej kabli miedzianych litz, wyprodukowanych w ZSRR; firma pamięta zatem o Związku Radzieckim, a ja pamiętam o Fischerze – nie tym od audio, tylko od szachów.

Był rok 1972, rok wojny szachowej i propagandowej pomiędzy USA a ZSRR. Genialny Żyd z Brooklynu, Robert Fischer, podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej równie genialny jego rodak z Łodzi, Akiba Rubinstein, świata poza szachami nie widział. W młodości porzucił szkołę, poświęcając się im bez reszty, co nie okazało się fałszywym krokiem, bowiem sukcesy wielkie odnosił i po licznych tryumfach w wieku 29 lat mógł rzucić ostateczne wyzwanie hegemonii szachowej Rosjan, trwającej od końca II wojny światowej. Sam jeden, bez żadnych doradców, opiekunów, lekarzy czy fizjoterapeutów, stanął naprzeciw nie tylko broniącego tytułu Borysa Spasskiego, ale też potężnego sztabu jego wsparcia, w skład którego weszli wybitni szachiści, gotowi nocami analizować partie, przygotowując ewentualne dogrywki i na bieżąco korygując strategię, trenerzy i sparingpartnerzy, zespół dbający o kondycję, dział marketingu politycznego i medialnego, ochroniarze, a nawet jasnowidze i telepaci. (Serio.)

Daleko było do czasów Internetu i dostępu do obiektywnych mediów (o ile kiedykolwiek takie istniały), ale i tak świat za żelazną kurtyną wstrzymał oddech, czytając i analizując (także w telewizji), ukazujące się na drugi dzień po partiach zapisy ich przebiegu. Początek meczu był dramatyczny, ale Fischer ostatecznie odniósł druzgocące zwycięstwo. Przy szachownicy wygrał siedem z dwudziestu jeden partii, a Spasski tylko dwie, w tym jedną bardzo dziwną, dziecinny błąd w remisowej końcówce której Fischer przypisał właśnie telepatom, choć nie mam pojęcia, czy słusznie. (Kasparow twierdził potem, że tak.) Tym samym jego imię odcisnęło się w pamięci Rosjan ognistą pieczęcią klęski, budząc strach, podziw i nienawiść. Po meczu genialny Bobby pogrążył się całkowicie w swym czarno-białym świecie szachowych figur; z nikim przez kilkadziesiąt lat nie zagrał, uznając że nie warto, czym wywołał ogromny zawód. Berło szachowego mistrza świata odzyskał w tej sytuacji dla ZSRR trzy lata później walkowerem genialny też skądinąd Anatolij Karpow – i szkoda straszna, że przy szachownicy się nie spotkali.

Tak mi się to przypomniało pod wpływem Fischer Audio, które zaskakująco jest rosyjskie i może nie całkiem przypadkowo (aczkolwiek pewnie roję) upamiętnia imię wielkiego Rosjan przeciwnika, którego wielu tam na pewno doskonale jeszcze pamięta. Z pewnością słowo „Fischer” działa u nich potężnym bodźcem, ale czy nazwa to nie przypadek, czy czysty zbieg okoliczności, o tym nikt nie wspomina, albo ja nie znalazłem.

My jednak nie o Fischerze a o Kennertonie. Ten szachistów całkowicie pomija i powiada o sobie, że ze szwajcarską precyzją wykonuje ręcznie słuchawki w baśniowo pięknym Sankt Petersburgu. Dwa wysokiej klasy modele wyrabia i – co ciekawe – każdy o innej konstrukcji. Flagowe, planarne Kennerton Odin za $2450 i o połowę przeszło tańsze dynamiczne Kennerton Viali. O tych ostatnich w tekście odrębnym, a teraz skupiamy się na flagowych, które na polski rynek zawitały niedawno z ceną 9990 zł.

Cena to niewątpliwie zacna, od razu produkt lokująca – a jakże, w doborowym towarzystwie wyłącznie tych najlepszych. W końcu to ręczna robota ze szwajcarską precyzją, drewniane oprawy w najwyższym gatunku, a także konstrukcja ortodynamiczna, że ho-ho! – co to nie będzie! Podśmiewam się troszeczkę, lecz na ostatnim AVS już tego petersburskiego Odyna liznąłem i śmiać się nie ma z czego. Słuchawki są z ekstra ligi i sam jestem ciekaw jak wypadną w dokładnych oględzinach i jaki to petersburski diabeł w komorach ich się rozsiadł. Ale to jeszcze przed nami, a na razie o samych tych komorach i o tej ręcznej robocie w ujęciu czysto technicznym.

Budowa

Rzeźbiona kaseta.

   Kennerton o swoich Odin głosi, że jego ludzie skonstruowali je od zera, starając się nadgonić trzydziestoletnie zapóźnienia rozwojowe konstrukcji ortodynamicznych. Postarano się więc o wielowarstwową, ultracienką diafragmę φ 10µm na bazie polimeru, mającą średnicę aż 80 mm, czyli o wiele większą niż u najlepszych nawet pod tym względem słuchawek dynamicznych. Także o idealną koherencję fazową obsługujących ją prądów i płaski przebieg impedancji, a wszystko to dzięki dziesięciu w każdym przetworniku magnesom neodymowym, pracującym w trybie push-pull. Sprawa szczególnie ważna – magnesów o kształcie półkolistym, zapewniającym bardziej jednorodne pole magnetyczne, a co za tym idzie też bardziej naturalny, wolny od rezonansów dźwięk. Jak również precyzję oraz wysoką czułość, dzięki której słuchawki mogą być napędzane także przez urządzenia przenośne. Dochodzą do tego drewniane muszle o doskonałej obróbce, wykonane z drzewa sapele (Entandrophragma cylindricum), afrykańskiej odmiany mahoniu. Surowca o dużej twardości ale niespecjalnie dużym ciężarze właściwym, używanego do wyrobu mebli, stolarki okiennej i instrumentów muzycznych, zwłaszcza gitar. Wybrać też można w tej samej cenie muszle z drzewa zebrano, którego amerykańskie Audeze używa w swych sławnych LCD-3, a za dopłatą $500 z czarno-białego hebanu (Diospyros malabarica) – szczególnie cennego drewna pochodzącego z Laosu o charakterystycznych słojach, których graficzną specyfikę mogliśmy podziwiać na fornirach ekskluzywnych kolumn Lumen White White Light Anniversary. Trzy wyróżnione pary wykonano także z hebanu białego (Diospyros embryopteris), w identyczny sposób prążkowanego, ale o bardziej białym podłożu.

Kennerton szczyci się jakością obróbki, podkreślając, że muszle są najpierw wytaczane przez numeryczną obrabiarkę 3D, następnie doszlifowywane ręcznie do ideału, a potem jeszcze pieczołowicie impregnowane specjalnymi olejami i mikrofalowo oraz piecowo suszone. Fakt, że drewniany oprawy są duże, sprawia też, że każda para ma indywidualną duszę muzyczną, grając odrobinę inaczej, podobnie jak ma to miejsce u prawdziwych instrumentów, szczególnie tych drewnianych. Finalnie muszle są jeszcze polerowane, laserowo grawerowane i patynowane, zyskując ostateczną formę. Ich uzupełnienie stanowią mięsiste, mięciutkie pady obszyte jagnięcą skórką, bezproblemowo okalające uszy.

A w niej otulone satyną słuchawki i osłonięty puszką kabel.

Konstrukcja jest otwarta, z charakterystycznym od zewnątrz czarnym grillem, a muszle łączone z pałąkiem płaskimi chwytakami ze stali, o kształcie bardzo zbliżonym do stosowanych przez Beyerdynamic aluminiowych. Część nagłowna pałąka jest obszyta skórą bez łagodzącego nacisk wypełnienia, zastępowanego przez osobną opaskę pod spodem z milutkiej, cieniuteńkiej skóreczki. Regulacja pionowa jest płynna w oparciu o duże zaciski śrubowe, natomiast w osi poziomej muszle zaopatrzono w zawiasową skrętność, dzięki niewielkiej obrotnicy, schowanej sprytnie tuż przy mocowaniu śrubowym pionu.

Kabel jest obustronny, odpinany i na wtykach tych samych co u Audeze. Ma dwa metry długości, jest lekki, elastyczny, pokryty czarnym, lśniącym i chropawym, lecz mimo to śliskim w kontakcie oplotem. Trzysta czterdzieści dolarów trzeba dopłacić za lepszy, który ma postać plecionki z lepszej miedzi, a pięćdziesiąt cztery za wytworniejszą i większą kasetę. Ale i bez dopłaty słuchawki pakowane są w eleganckie drewniane pudło wyścielone atłasem, a kabel ląduje w dodatkowo zabezpieczającej go metalowej puszce z kolorowymi nadrukami. Za prawie sto dolarów możemy dostać do kompletu jeszcze firmowy stojak i jest także dostępny za ponad trzysta nieduży słuchawkowy wzmacniacz samego Kennertona.

Od strony czysto technicznej słuchawki przenoszą częstotliwości 5 Hz – 50 kHz, mają niesamowitą jak na planary czułość 104 dB i niską impedancję 35 Ω, co je faktycznie predestynuje do współpracy ze sprzętem przenośnym. Sam je musiałem zważyć, gdyż się producent nie chwali, że ważą bez kabla aż 695 gramów. O cenie i parametrach przetwornika już było, więc tylko jeszcze wygoda. Waga, rzecz nieunikniona, robi swoje więc czuć je mocno na głowie. Tym bardziej, że nacisk boczny fundują także spory, a skórzana opaska nagłowna nie ma elastycznego mocowania, słabo wypełniając łagodzące zadanie. Dobrze się trzeba napracować, by je możliwie wygodnie osadzić, co tak do końca mnie przynajmniej się nie udało. Mam wobec tego zalecenie, by opaskę mocować w przyszłości na gumkach, a prowadnice i pałąk wykonać z aluminium, tytanu bądź magnezowego stopu. Bez tego do Beyerdynamic T1, a nawet też bardzo ciężkich Audeze LCD-3, dystans komfortu pozostanie wyraźny.

Także coś do polerowania oraz odnośna papierologia.

Na finalną osłodę miła informacja od producenta: Kennerton Odin są fabrycznie wygrzewane na dystansie stu godzin, tak więc nie kupujemy surówek i natychmiastowa awaria też nam raczej nie grozi.

 

 

 

 

Odsłuch

Wygląd jest niewątpliwie kuszący.

   W mierze odsłuchu ponownie wstępne perypetie. Tym razem nie odniesione do wygrzewania, choć jego też nie zaniedbałem. Zawirowania tyczyły kabla. Nie miałem okazji zapoznać się z firmowym wyższej jakości, za który płaci się ekstra, natomiast stanowczo twierdzę, że kabel standardowy to lipa. W ostateczności jeden taki, ale krótszy, mógłby stanowić rezerwę dla sprzętu przenośnego, choć też powinien być lepszy. Natomiast ten za dopłatą winien się znaleźć w standardzie, zakładając rzecz jasna, że jest od tego „darmowego” lepszy.

Skąd to wiesz – zapytacie? Ano wiem, bo samych Audeze wprawdzie już nie mam, odkąd zmieniły dystrybutora, ale ostał mi się dla nich kabel Tonalium. A jak mówiłem, Kennertony bazują na tych samych wtykach, tak więc grzechem byłoby nie spróbować. Spróbowałem – i stały się inne słuchawki. A w takim razie teraz o nich, bo wybaczcie, ale nie miałem samozaparcia, by wrócić do stanu sprzedażowego. Chłodniejszy jest i uboższy, a przede wszystkim mniej muzyczny. Także z gorzej zrobioną i mniejszą sceną oraz gorszą obróbką pogłosu. Najbardziej być może zaś słabszy pod tym względem, że Tonalium czyni dźwięk każdy dobitnie trójwymiarowym, a bez niego sprawa wyglądała zdecydowanie słabiej. I w ogóle nie ma nad  czym deliberować – z lepszym kablem to inne słuchawki. Z oryginalnym też wprawdzie przyjemne, ale w moim odczuciu nieadekwatne do ceny. Z Tonalium zaś co innego i teraz powiedzmy dlaczego.

Porównywałem je oczywiście do plejady, to znaczy zgrai obecnych na dłużej oraz przybyłych na krótko flagowych Sony. Mając przy tym nieczęstą okazję porównywania obiektu recenzji z referencyjnymi dla rynku wysokiej klasy słuchawek Beyerdynamic T1 V2 i Sennheiser HD 800 też z okablowaniem Tonalium. A zatem porównywanie samych przetworników i ich opraw, pomijające różnice kabli. To wydaje mi się szczególnie cenne, bo kabel u słuchawek sprawa kluczowa, jednakże u wyposażonych w pozwalające zmieniać przyłącza jedynie kwestia ekonomiczna a nie techniczna.

Wiem – Tonalium jedynie u mnie, choć nie ja wymyśliłem, nie ja produkuję i nie wiem nawet jak jest zbudowany. Ale wysokiej jakości okablowania do słuchawek nie brak; sam Kimber oferuje praktycznie dla każdych i podobno jest fantastyczne. Jest także Atlas, Cardas, FAW i Moon. Również Oyaide, Acostic Revive i Purist. A i Entreqa też ponoć można namówić, wystarczy ładnie poprosić. Tak więc okablować się można, że czubka nosa nie będzie widać. Kto, co, jak, do czego, za ile i kiedy – to już osobna sprawa – a ja tylko powiadam, że dobry kabel czyni inne, częstokroć dramatycznie lepsze słuchawki. Oczywiście wedle wykładni księżniczki na ziarnku grochu, bo są i tacy, co z każdymi się wyśpią.

Niewątpliwie.

Tknijmy nareszcie rzeczy sedna: jak te Kennerton Odin z kablem symetrycznym Tonalium zagrały? Otóż zagrały elegancko i z klasą, a przy tym ciepło i przyjaźnie. Pewna sprawa od razu przy tym mnie uderzyła, skutkiem wyraźnej pomiędzy nimi a pozostałymi różnicy. Grały mianowicie z najniższym sufitem, to znaczy ogniskowały dźwięk bliżej horyzontu, mało, a nawet wcale, dbając o zenit. Muzyczna akcja toczyła się na szerokiej lecz stosunkowo wąskiej wertykalnie panoramie, przy jednocześnie dobrej stereofonii, ale nie biegającej z jednej strony na drugą wysokimi łukami pod sklepieniem, tylko tak bardziej prawo-lewo po jezdniach. Ten sposób ujmowania zmienia odczucia słuchającego, choć często podświadomie. Nie wyrokuję przy tym, czy wyższy sufit jest lepszy, choć sam optowałbym raczej za nim. To jednak można pomijać, bo mózg i tak zrobi swoje, a kiedy nie porównywać, to w ogóle można nie zauważyć.

Inna jeszcze rzecz zaraz mi się narzuciła i była bardzo miła. Otóż słuchawki są właśnie miłe. Przyjazne oraz ciepłe – wyjątkowo melodyjne i śpiewne. Doskonale też wykańczające krawędzie i toczące złociste kuleczki dźwięków, szczególnie sopranowych. Co tyczy się tych ostatnich, to soprany nie są limitowane, a jednocześnie szczególnie czarujące i nośne. Dźwięk jakby jechał po nich niczym po szynach – bardzo gładko i bardzo daleko. Trzeba przyznać, że jest to specyficzne i nie da się dobrze w słowach oddać, ale szczególnie płynna propagacja na sopranowym smarze jest dla tych słuchawek charakterystyczna. Albo się wyrażając inaczej: góra jest wyjątkowo potoczysta, gładka i nośna, w odbiorze szczególnie miła. To zaś daje też przestrzenną swobodę i dodatkowo powiększa scenę, która i bez tego jest duża.

Gdy pierwszy raz słuchałem obu Kennertonów na AVS, największa różnica między modelami zaznaczała się właśnie pod względem sceny. Flagowe Odin pokazywały o wiele większy obszar, kładąc wyraźny akcent na duży muzyczny przestwór. Ładniej też budowała się u nich holografia, stwarzając efektowny spektakl za pierwszym planem, który jest dosyć bliski, ale nie tak bliski i z nie tak dużymi źródłami jak u dopiero co opisanych Sony.

Drewno i metal, czyli klasyka.

I to pomimo tego, że diafragma u Odin jest większa o 10 mm. Najwyraźniej więc nie sam jej rozmiar decyduje, ale także konstrukcja przetwornika i sposób filtracji przedniej oraz lustra akustycznego z tyłu. W efekcie Kennertony na swojej dużej scenie większy od Sony nacisk okazały się kłaść na perspektywę, choć holografii też nie zaniedbywały, a ich efektowne soprany – przestrzenne, ruchliwe, z krąglutkich nutek i nośne – wrażenie wielkości i swobodnego przemieszczania się dźwięku wzmagają.

Skoro skupiamy się na rozmiarze sceny, to trzeba też o pogłosach, które są ważne dla tej sprawy. Bardzo chwaliłem sposób operowania nimi u Sony i u Kennertonów znów pochwalę, bo okazały się niespotykanie przyjazne i jednocześnie nieprzesadne. Albowiem pogłos, albo inaczej echo, to w głównej mierze czynnik obcości. Wyraźnie wyczuwany w dźwięku przywołuje stan niepokoju, sugerując, że znaleźliśmy się w miejscu niecodziennym, nie będącym naszą kryjówką ani utartym szlakiem. W katedrze, sali koncertowej, lochu jakimś czy grocie, z dala od własnego pokoju czy saloniku znajomych. Z dala nawet od ulubionej knajpki czy sklepiku za rogiem. W miejscu wystawiającym na ostrzał i presję niezwykłości. I tym to jest wyraźniejsze, im te pogłosy są dłuższe, dalsze i bardziej darzące chłodem, ponieważ chłód i wielki obszar to czynniki onieśmielenia.

Akurat w dniu, w którym to piszę, umarł Mieczysław Święcicki, nazywany królem nastroju, którego Pszeniczny łan, stary przebój Piwnicy pod Baranami, służy mi jako jeden z probierzy badania pogłosu. W szczególny sposób tym razem rozbrzmiał, ponieważ ciepło i bez śladu obcości. Doposażone kablem Tonalium flagowe Kennertony oferowały dźwięk oczyszczony z obcości aż do końca. Lecz zarazem nie taki, który pogłosy ruguje. Pod tym względem okazały się dość pogłosowe, a jednocześnie zaskakująco pozbawione obcości. Bardziej przyjazne od Sennheiser HD 800 z Tonalium, podobne w tej mierze do Audeze LCD-3.

Planarny przetwornik oprawiony drewnem i skórą.

Ta ich przyjacielska i ciepła strona, wspierana piękną gładkością oraz  potoczystością brzmienia, skutkuje czymś innym bardzo ważnym – pasowaniem do wszystkich wzmacniaczy. Nie było tym razem selekcji jak u flagowych Sony, które zdecydowanie wolały duże triody z ich szczególną muzykalnością. Kennerton Odin posażne są w melodykę własną, własne ciepło i własną gładkość, dzięki którym kapitalnie zagrały też z hybrydowym ifi PRO. Najlepiej, co prawda, też w jego pełnym ustawieniu lampowym; cóż jednak znaczy pojedyncza mała trioda wobec dziesięciu lamp Twin-Head czy sześciu u Woo Audio? A jednak grało to na niemal tym samym poziomie, w stylu cokolwiek innym – mniej gładkim, bardziej wydobywającym na wierzch techniczną stronę nagrań. Chropawością bardzo przy tym uwodzicielską, przynoszącą pewne wytchnienie po popisach gładkości, niczym pikantny ser na wety po śmietankowych lodach. Że nic a nic z odrzucenia, przeciwnie, chęć przemożna konsumpcji. Podobne miałem kiedyś odczucia słuchając SPL Phonitora, wzmacniacza potrzebującego analogowych źródeł, a w zamian dającego tę szorstkawą przyjemność.

Odsłuch cd.

Gdyby tak jeszcze lepsze zawieszenie, skutkujące większą wygodą…

   Kennerton Odin wsparte kablem Tonalium to w dużym stopniu synonim takich analogowych źródeł. Też nasycają przekaz gładkością, melodyjnością i ciepłem, czyniąc to w takim stopniu, że słuchane wprost po nich Sennheiser HD 800 wydają się prawie bez ciepła i trochę nawet obce. Skądinąd w przyjemny sposób, inaczej i też świetnie ukazujący muzykę, ale chodzi mi głównie o to, jak różnie się postrzega to samo w zależności od porównań i kolejności. Słuchane jako pierwsze HD 800 wydawały się wcale ciepłe i pozbawione obcości, a po Kennertonach najwyżej neutralne i z tej obcości wyczuwalną nutą. Podobnie pozostali, bo LCD-3 nie miałem. O ile te ostatnie dawały jednak odczucie ciepłej intymności, to Odin nie są tak bliskie wykonawców i scenę mają większą, o wiele bardziej też przykuwającą uwagę. Są gładkie oraz ciepłe, ale jednocześnie przestrzenne, a nawet wielkoobszarowe. Zarazem jednak tak przyjazne, że atmosfera staje się wręcz domowa, ogarniająca ciepłą, gładką i szczególnie miłą muzyką. Nie ma tej przyjazności z kablem oryginalnym, który zostawia wprawdzie gładkość, ale zabiera ciepło. Zaraz więc pogłos staje się bardziej obcy, co nie znaczy, że nieprzyjemny. Zmienia tylko się atmosfera, a przecież nie każdy słuchacz i nie każda muzyka optują za przyjazną. Ostatecznie słuchanie muzyki to nie randka i przyjazność nie jest obowiązkowa, a do niektórych utworów wręcz nawet nie pasuje, nastroju nie pogłębia. To nie znaczy, że przy Kennertonach z Tonalium i wzmacniaczem lampowym Adaggio Albinioniego albo ścieżka dźwiękowa Zimmera z Incepcji wypadną niewłaściwie, tylko że atmosfera będzie inna niż podczas słuchania za pośrednictwem Stax SR-009 czy HiFiMAN HE-1000 z tranzystorowym wzmacniaczem. Skądinąd jednak żywa muzyka jest właśnie dosyć ciepła, a tylko słuchając okradającej ją z tego ciepła słabej elektroniki, albo muzyki generowanej od zarania elektronicznie na chłodno, przyzwyczailiśmy się do zimniejszej. Trzeba jednakże przyznać, że na tle HD 800, T1 i TH900 okazały się Kennertony mniej przydatne dla przywoływania nostalgii czy posępności. W każdej sytuacji ciepło oraz przyjazność łagodząco przez przekaz ich przezierały, nie pozwalając oddać się goryczy czy smutkowi w całej ich rozciągłości. Natomiast potrafiły być poważne i oddać złe emocje. Uczucia gniewu czy pretensji bynajmniej nie są im obce.

Odnośnie samych głosów (które rzecz jasna brzmiały ciepło i gładko), można powiedzieć, że Kennerton Odin oferują je w formie dość jednorodnej harmonicznie, ale zarazem pozwalającej znakomicie je różnicować. Najmniejszych problemów nie miałem z wychwytywaniem różnic indywidualnych w duetach sopranowych, co jest o wiele trudniejsze niż na przykład u tenorów.

Za to bez wybrzydzania na towarzystwo wzmacniaczy.

Trzeba jednakże zaznaczyć, że brane do porównania Sennheiser HD 800 potrafiły głosy produkować w postaci bardziej złożonej, szczególnie pod względem wychwytu składników sopranowych. (Czego nie należy mylić z sopranowym podbarwianiem, którego nie oferowały.)

Wniknijmy jeszcze głębiej w atmosferę. Kolejną cechą flagowych Kennerton jest stosunkowo długie podtrzymywanie dźwięku. Dłuższe niż u flagowych Sony, a co za tym idzie nie dające wrażenia takiej szybkości, choć i nie skutek spowolnienia. Przesadą byłoby twierdzić, że Odin wręcz delektują się dźwiękiem, chociaż… do pewnego stopnia na pewno. Upojna ich słodycz przez nic nie jest ponaglana, pozwalając cieszyć się sobą i kąpać w muzycznym cieple. W żadnym wypadku nie przesadzonym, ale po prostu przyjemnym. Przyjemnym też dzięki temu, że ilość bitów na sekundę okazuje się imponująca, ergo nuda jest wykluczona. Full wypas, jak zwykli mawiać teraz młodzi o pełni satysfakcji – i ten full wypas niewątpliwie jest, muzyczny ocean bitów nas całkowicie zalewa. Więc staje się to podobne do brzmienia nie Beyerdynamic T1, a tej samej firmy modelu Amiron Home, tyle że poziom jakościowy jest u Kennerton wyższy, z czystego już high-endu.

Ważną składową atmosfery stanowi także piękne światło. Operujące wyłącznie na powierzchniach przedmiotów, jako że medium całkowicie jest transparentne. Żywa przestrzeń i czucie tej przestrzeni w każdym momencie muzycznym – to dostajemy jak najbardziej; natomiast zero przymgleń, czegokolwiek innego poza samymi dźwiękami w powietrzu. I również dzięki temu ta wielka przestrzeń, a dzięki pięknemu światłu wypięknianie wszystkiego. Więc nie tylko przyjazność i ciepła atmosfera, ale także poczucie piękna wspierane światłem i poczuciem bogactwa. Ogromna skutkiem tego całościowa łatwość słuchania – tym większa, że niezmącona najmniejszą choćby dietą. Ogromna kaloryczność muzycznego pokarmu, ale podana na szwedzkim stole, a nie tłoczona wprost do gardła. Także więc brak uczucia przesytu i jakiejkolwiek ociężałości. Rozprowadzenie wszystkiego na przestrzeń, bez natłoku i bez zwolnienia.

I źródeł.

W tej mierze zasadniczy udział basu, który okazał się przestrzenny i jednocześnie mocny. Zero basowych zniekształceń, zero braków na zejściu i znakomicie oddana akustyka. Godna konstrukcji tak kosztownej i jednocześnie planarnej – mieć nie można najmniejszych zastrzeżeń.

Przy tego rodzaju sopranach i takim rewirze basowym nie może być też  zaskoczeniem, że Kennerton Odin także wolne są od zniekształceń, a co za tym idzie pozwalają się słuchać na najwyższych poziomach głośności. Hałasować można do woli, tyle że nie ma oferowanego przez Sony odcięcia. Mniejsza jest też wygoda, tego nie da się ukryć. Jest za to wysoki naturalizm i można rzec zaangażowany, bo właśnie ciepły, przyjazny i spowijający pięknem. Wspaniale dla przykładu rozbrzmiał fortepian; dźwiękiem zarazem bogatym i jednorodnym, a przy tym bardziej skupionym na pracy pudła niż klawiszy. Nic nie zostawiał też do życzenia kontakt z wykonawcami. Każdorazowo niezapośredniczony, choć z reguły na dystansie jakichś dwóch, trzech metrów, ale w niektórych utworach też bardzo bliski, że tuż, wprost do ucha.

A wszystko to, przypomnijmy, przy konstrukcji planarnej o 104-decybelowej skuteczności. Więc można wprost z telefonu, a sprzęt przenośny to pestka, i tylko ten kabel standardowy powinien koniecznie być zmieniony, bo psuje ewidentnie zabawę. Absolutnie nie sugeruję Tonalium, bo zaraz ktoś zwietrzy marketing. Dobrych kabli jest od cholery, zarówno tych tańszych jak i droższych.

Podsumowanie

   Rozpisałem się, bo choć słuchanie tych Odin jest łatwe samo w sobie, to do opisu paradoksalnie trudne. Mam w odniesieniu do tego opisu silne poczucie niespełnienia, wiem, że nie do końca się udał. Zarówno z uwagi na ograniczenia samych form językowych, jak i materię przedmiotu oraz nieudolność autora. Szczególnie iż podejrzewam, że odbiór owych Odin może być bardzo różny, a poza tym opisałem je z niestandardowym kablem, na dodatek nie powszechnie dostępnym.

Pytanie pada zasadnicze, czy pośród takiego natłoku konstrukcji wysokiej klasy a tańszych, albo zbliżonych ceną, jest dla tych Kennerton Odin dosyć miejsca na rynku? Powiem tak: byłoby niewątpliwie więcej, gdyby były wygodne. Wygoda nie jest ich mocną stroną, tego nie da się ukryć. Trzeba więc będzie nad nią popracować, to jest nakazem chwili. Potrzebą także lepszy kabel, bo przy cenie dziesięciu tysięcy ten sprzedażowy nie przystoi. Ja wiem – producenci czniają kable, zwyczajnie im się nie chce. Ale Kennerton to nie Sennheiser ani Stax, on się dopiero przebija. A skoro pnie się pod górę, to musi o wszystko zadbać, by noga mu się nie powinęła. Szkoda zaiste byłoby stracić szansę mocnego zaistnienia przez jakiś głupi kabel i niedostatek wygody. Bo właśnie z lepszym kablem dźwięk ukazuje moc piękna, bogactwa i kultury, a przede wszystkim własnego stylu, który się może podobać. Wielką karierę nie tak dawno zrobiły też planarne Audeze na bazie podobnego, który w przypadku najbardziej od nich przebojowych LCD-2 i 3 jest niemało zbliżony, tyle że mniej przestrzenny a bliższy. Mniej chyba także gładki oraz nieco ciemniejszy, wpychający w ciaśniejszą atmosferę klubową a nie plenerowego słońca.

Podłością byłoby nie napisać, że dźwięk Kennerton Odin z kablem Tonalium szczególnie był czarujący. Ujmujący powabem, przestrzenią, blaskiem, barwnością, bogactwem szczegółów i harmonik, a przede wszystkim kulturą, którą nazywałem też przyjaznością. Każde słuchane po nich słuchawki częstowały mniejszą czy większą obcością; pogłosem mniej czy bardziej wpychającym w odrealnienie, w jakiś długi, nieoczywisty korytarz. Nie przyszło mi to wcześniej do głowy, a przecież gładź i odcień drewnianych muszli z laotańskiego hebanu dość dobrze obrazują atmosferę muzyczną ich dźwięku. Z kolei nazwa nie pasuje, lepsza byłaby choćby Afrodyta. To jednak brzmiałoby zbyt kobieco, faceci by się czuli nieswojo. Na pewno wolą być Odynami zdobywającymi Afrodyty, niż kupującymi je w Internecie i zakładającymi na uszy. Lecz można przecież słuchawki nazwać chociażby Ermitaż, bo też jest z Petersburga i też kojarzy się z pięknem. A Odyn to włochaty facet z dzidą i tutaj nie pasuje.

W punktach:

Zalety

  • Wyjątkowo muzykalne, przyjazne brzmienie.
  • Ciepłe.
  • Gładkie.
  • Z pięknym światłem.
  • Optymistyczne.
  • Bogate.
  • Głębokie.
  • O mocnym, dość jednolitym w odniesieniu do wokalizy wyrazie.
  • Doskonałe panowanie nad pogłosami.
  • Niespotykany u innych słuchawek całkowity brak poczucia obcości.
  • Duża i holograficzna przestrzeń.
  • Ale bardziej w horyzontalno-perspektywicznym niż holograficznym ujęciu.
  • Detaliczność.
  • Dość długie podtrzymanie, pozwalające rozkoszować się dźwiękiem.
  • Całkowita przejrzystość medium.
  • Perfekcyjnie niski poziom zniekształceń.
  • W efekcie można słuchać na najwyższych poziomach głośności.
  • Eleganckie, wyjątkowo nośne i „krąglutkie” soprany.
  • Potężny i akustyczny bas.
  • Najwyższej klasy umiejętność różnicowania głosów.
  • Pomimo ogólnie optymistycznego nastawienia umiejętność oddania gniewu, pretensji, rozżalenia.
  • Dobra stereofonia – brak dziury dźwiękowej przed słuchaczem.
  • Mimo długiego podtrzymania dobre tempo, najmniejszej ospałości.
  • Śladu też przynudzania – żywa, energiczna, przebogata muzyka.
  • Także bezpośredni kontakt z wykonawcami, szczególnie pięknie kreowanymi.
  • A także ogólne poczucie piękna.
  • Pasują nawet do mniej muzykalnych wzmacniaczy i źródeł.
  • Wysoka technologia.
  • W tym po raz pierwszy półkoliste magnesy neodymowe.
  • Starannie wykonane.
  • Budzące chęć posiadania drewniane muszle.
  • Efektowny całościowo design.
  • Gatunkowe surowce.
  • Bardzo łatwe do napędzenia.
  • Odpinany kabel.
  • Wstępne wygrzanie.
  • Opakowanie w postaci rzeźbionej drewnianej kasety.
  • Producent nie jest nowicjuszem, a same słuchawki są już nieźle wypromowane.
  • Dystrybucja u Audiomagic – czołowego sprzedawcy.

Wady i zastrzeżenia

  • Ciężkie.
  • Niedostatek wygody.
  • Śrubowe blokowanie w pionie nie trzyma wystarczająco pewnie.
  • Lżejsze surowce na chwytaki i prowadnice niezwykle pożądane.
  • Opaska nagłowna prosi się o elastyczne mocowanie.
  • Standardowy kabel stanowczo za niskiej jakości.
  • W efekcie bez lepszego okablowania stosunek jakości do ceny przeszarżowany.
  • Stojak osobno za dopłatą to przy tej cenie też zbyt małostkowe podejście.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Audiomagic.pl

Dane techniczne Kennerton Odin:

  • Typ: otwarte, wokółuszne.
  • Przetwornik: Planarno-magnetyczny (Ortodynamiczny).
  • Diafragma: polimerowa, wielowarstwowa, o średnicy 80 mm i grubości 10 µm.
  • Magnesy: półkoliste, neodymowe, układ push-pull.
  • Muszle: drewniane – z drzewa sapele, zebrano lub hebanu.
  • Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 50 kHz.
  • Czułość: 104 dB.
  • Impedancja: 35 Ohm.
  • Kabel: 2,0 m, do obu muszli, odpinany, jack 6,3 mm.
  • Waga: 695 g. (Bez kabla.)
  • Opakowanie: rzeźbiona drewniana kaseta.
  • Stugodzinny proces wygrzewania u producenta.
  • Firmowy stojak i lepszy kabel oferowane osobno.
  • Cena 9990 PLN.

System:

  • Źródła: PC, Hegel Mohican/Ayon Sigma.
  • Przetwornik dla PC: Norma DAC HS-01.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, iFi PRO, Woo Audio WA5-LE.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, Kennerton Odin (kabel Tonalium Audio), MrSpeakers Ether Flow, Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium Audio), Sony MDR-Z1R.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek Audio RCA & Sulek 6 x 9 RCA.
  • ifi iOne z kablem iUSB3.0 oraz koaksjalnym Acoustic Zen Silver Bytes
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Avatar Audio Nr1.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

4 komentarzy w “Recenzja: Kennerton Odin

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    Skończyłem już recenzję Viali i zapewniam, że nie będziecie od nich wiali 🙂 Powinna ukazać się jutro.

  2. n napisał(a):

    Piotrze, przed opublikowaniem popraw nazwę w całym tekście na Vali! 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Słuszna uwaga. Nie jestem wzrokowcem i dlatego często przekręcam 🙂

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tym bardziej szkoda, że dziś się nie ukazała bo byłyby słuchawki dla Vali na Walentynki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy