Recenzja: Kennerton Odin

Odsłuch cd.

Gdyby tak jeszcze lepsze zawieszenie, skutkujące większą wygodą…

   Kennerton Odin wsparte kablem Tonalium to w dużym stopniu synonim takich analogowych źródeł. Też nasycają przekaz gładkością, melodyjnością i ciepłem, czyniąc to w takim stopniu, że słuchane wprost po nich Sennheiser HD 800 wydają się prawie bez ciepła i trochę nawet obce. Skądinąd w przyjemny sposób, inaczej i też świetnie ukazujący muzykę, ale chodzi mi głównie o to, jak różnie się postrzega to samo w zależności od porównań i kolejności. Słuchane jako pierwsze HD 800 wydawały się wcale ciepłe i pozbawione obcości, a po Kennertonach najwyżej neutralne i z tej obcości wyczuwalną nutą. Podobnie pozostali, bo LCD-3 nie miałem. O ile te ostatnie dawały jednak odczucie ciepłej intymności, to Odin nie są tak bliskie wykonawców i scenę mają większą, o wiele bardziej też przykuwającą uwagę. Są gładkie oraz ciepłe, ale jednocześnie przestrzenne, a nawet wielkoobszarowe. Zarazem jednak tak przyjazne, że atmosfera staje się wręcz domowa, ogarniająca ciepłą, gładką i szczególnie miłą muzyką. Nie ma tej przyjazności z kablem oryginalnym, który zostawia wprawdzie gładkość, ale zabiera ciepło. Zaraz więc pogłos staje się bardziej obcy, co nie znaczy, że nieprzyjemny. Zmienia tylko się atmosfera, a przecież nie każdy słuchacz i nie każda muzyka optują za przyjazną. Ostatecznie słuchanie muzyki to nie randka i przyjazność nie jest obowiązkowa, a do niektórych utworów wręcz nawet nie pasuje, nastroju nie pogłębia. To nie znaczy, że przy Kennertonach z Tonalium i wzmacniaczem lampowym Adaggio Albinioniego albo ścieżka dźwiękowa Zimmera z Incepcji wypadną niewłaściwie, tylko że atmosfera będzie inna niż podczas słuchania za pośrednictwem Stax SR-009 czy HiFiMAN HE-1000 z tranzystorowym wzmacniaczem. Skądinąd jednak żywa muzyka jest właśnie dosyć ciepła, a tylko słuchając okradającej ją z tego ciepła słabej elektroniki, albo muzyki generowanej od zarania elektronicznie na chłodno, przyzwyczailiśmy się do zimniejszej. Trzeba jednakże przyznać, że na tle HD 800, T1 i TH900 okazały się Kennertony mniej przydatne dla przywoływania nostalgii czy posępności. W każdej sytuacji ciepło oraz przyjazność łagodząco przez przekaz ich przezierały, nie pozwalając oddać się goryczy czy smutkowi w całej ich rozciągłości. Natomiast potrafiły być poważne i oddać złe emocje. Uczucia gniewu czy pretensji bynajmniej nie są im obce.

Odnośnie samych głosów (które rzecz jasna brzmiały ciepło i gładko), można powiedzieć, że Kennerton Odin oferują je w formie dość jednorodnej harmonicznie, ale zarazem pozwalającej znakomicie je różnicować. Najmniejszych problemów nie miałem z wychwytywaniem różnic indywidualnych w duetach sopranowych, co jest o wiele trudniejsze niż na przykład u tenorów.

Za to bez wybrzydzania na towarzystwo wzmacniaczy.

Trzeba jednakże zaznaczyć, że brane do porównania Sennheiser HD 800 potrafiły głosy produkować w postaci bardziej złożonej, szczególnie pod względem wychwytu składników sopranowych. (Czego nie należy mylić z sopranowym podbarwianiem, którego nie oferowały.)

Wniknijmy jeszcze głębiej w atmosferę. Kolejną cechą flagowych Kennerton jest stosunkowo długie podtrzymywanie dźwięku. Dłuższe niż u flagowych Sony, a co za tym idzie nie dające wrażenia takiej szybkości, choć i nie skutek spowolnienia. Przesadą byłoby twierdzić, że Odin wręcz delektują się dźwiękiem, chociaż… do pewnego stopnia na pewno. Upojna ich słodycz przez nic nie jest ponaglana, pozwalając cieszyć się sobą i kąpać w muzycznym cieple. W żadnym wypadku nie przesadzonym, ale po prostu przyjemnym. Przyjemnym też dzięki temu, że ilość bitów na sekundę okazuje się imponująca, ergo nuda jest wykluczona. Full wypas, jak zwykli mawiać teraz młodzi o pełni satysfakcji – i ten full wypas niewątpliwie jest, muzyczny ocean bitów nas całkowicie zalewa. Więc staje się to podobne do brzmienia nie Beyerdynamic T1, a tej samej firmy modelu Amiron Home, tyle że poziom jakościowy jest u Kennerton wyższy, z czystego już high-endu.

Ważną składową atmosfery stanowi także piękne światło. Operujące wyłącznie na powierzchniach przedmiotów, jako że medium całkowicie jest transparentne. Żywa przestrzeń i czucie tej przestrzeni w każdym momencie muzycznym – to dostajemy jak najbardziej; natomiast zero przymgleń, czegokolwiek innego poza samymi dźwiękami w powietrzu. I również dzięki temu ta wielka przestrzeń, a dzięki pięknemu światłu wypięknianie wszystkiego. Więc nie tylko przyjazność i ciepła atmosfera, ale także poczucie piękna wspierane światłem i poczuciem bogactwa. Ogromna skutkiem tego całościowa łatwość słuchania – tym większa, że niezmącona najmniejszą choćby dietą. Ogromna kaloryczność muzycznego pokarmu, ale podana na szwedzkim stole, a nie tłoczona wprost do gardła. Także więc brak uczucia przesytu i jakiejkolwiek ociężałości. Rozprowadzenie wszystkiego na przestrzeń, bez natłoku i bez zwolnienia.

I źródeł.

W tej mierze zasadniczy udział basu, który okazał się przestrzenny i jednocześnie mocny. Zero basowych zniekształceń, zero braków na zejściu i znakomicie oddana akustyka. Godna konstrukcji tak kosztownej i jednocześnie planarnej – mieć nie można najmniejszych zastrzeżeń.

Przy tego rodzaju sopranach i takim rewirze basowym nie może być też  zaskoczeniem, że Kennerton Odin także wolne są od zniekształceń, a co za tym idzie pozwalają się słuchać na najwyższych poziomach głośności. Hałasować można do woli, tyle że nie ma oferowanego przez Sony odcięcia. Mniejsza jest też wygoda, tego nie da się ukryć. Jest za to wysoki naturalizm i można rzec zaangażowany, bo właśnie ciepły, przyjazny i spowijający pięknem. Wspaniale dla przykładu rozbrzmiał fortepian; dźwiękiem zarazem bogatym i jednorodnym, a przy tym bardziej skupionym na pracy pudła niż klawiszy. Nic nie zostawiał też do życzenia kontakt z wykonawcami. Każdorazowo niezapośredniczony, choć z reguły na dystansie jakichś dwóch, trzech metrów, ale w niektórych utworach też bardzo bliski, że tuż, wprost do ucha.

A wszystko to, przypomnijmy, przy konstrukcji planarnej o 104-decybelowej skuteczności. Więc można wprost z telefonu, a sprzęt przenośny to pestka, i tylko ten kabel standardowy powinien koniecznie być zmieniony, bo psuje ewidentnie zabawę. Absolutnie nie sugeruję Tonalium, bo zaraz ktoś zwietrzy marketing. Dobrych kabli jest od cholery, zarówno tych tańszych jak i droższych.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Kennerton Odin

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    Skończyłem już recenzję Viali i zapewniam, że nie będziecie od nich wiali 🙂 Powinna ukazać się jutro.

  2. n napisał(a):

    Piotrze, przed opublikowaniem popraw nazwę w całym tekście na Vali! 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Słuszna uwaga. Nie jestem wzrokowcem i dlatego często przekręcam 🙂

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tym bardziej szkoda, że dziś się nie ukazała bo byłyby słuchawki dla Vali na Walentynki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy