Recenzja: KBL Sound Himalaya PRO Signature Series Cu

Odsłuch cd.

Po drugiej stronie już tylko symetryzujące wygląd zgrzewki.

   Że tak się działo, to pokazał wzięty na drugi strzał Crystal. Nie będę rzeczy skrywał, podobał mi się najbardziej. Piszę o tym poniekąd z żalem, bo żadna to przyjemność móc skonstatować przewagę wyraźnie najdroższego kabla. O ileż milej byłoby mieć sytuację odwrotną, móc chwalić tańsze jego kosztem, ale tak się nie stało. Na pocieszenie uwaga, że nie wszystko miał najlepsze, lecz na sromotę taka, że jednak w sensie przyjemności zwyciężył wyraźnie. Dlaczego tak się stało, to miało dwie przyczyny. Po pierwsze największą dawkę mocy, po drugie śpiew najpiękniejszy. Słuchając „muzyki mocy” – całych orkiestr, rockowych koncertów, elektronicznych popisów, zwłaszcza basowych – zostałem wręcz porażony. I szczerze powiem, do tej pory nie było mi wiadome, że sama zmiana interkonektu może moc całościową do tego stopnia zmieniać. Nie było, bo sam zwykle nie korzystam i inni recenzenci też nie przy porównaniach ze źródeł gramofonowych. Nie są one wygodne, nie wszyscy nawet je mają. Poza tym wciąż pokutuje konotacja, że gramofony to nisza. Ale jeżeli słuchasz dużych kolumn, to nieposiadanie gramofonu jest grzechem z tych poważnych i sam nie wiesz ile tracisz. „Wulkan energii” – w tych dwóch słowach zamknąłem kwestię energetyczną, konstatując przewagę Crystala bez potrzeby dodawania czegokolwiek. Sulek nieznacznie ustępował, KBL nieco wyraźniej. Z pewnością było to następstwem dawkowania przez poszczególne kable basu; wzdłuż jego osi ilościowej rozlokowała się potęga. Im więcej basu, tym potężniej; im więcej sopranów, tym wątlej. To niby żadna tajemnica, ale kiedy się słucha, rzecz okazuje się niebanalna. Bo mocy zastąpić się nie da – ani wdziękiem, ani szczegółowością, ani też ruchliwością. Moc wbija słuchacza w fotel i nie ma z nią dyskusji. Oczywiście jak ktoś lubi słuchać cichutko lub na średnim poziomie, to nie będzie to mieć znaczenia, ale na realistycznych poziomach głośności ma i ma bardzo. Dotyczy to każdej muzyki: poważnej, jazzu, filmowej, elektronicznej, rozrywkowej, rocka. Bo muzyka to energia i ma kluczowe znaczenie, jak duża. Ale kabel Crystala na najpotężniejszej dawce energii nie poprzestał. Nią sprawiał moc muzyki i siłę czucia przestrzeni, a jeszcze prócz tego najpiękniej śpiewał. Najpiękniej i na czarnym tle, z nasyceniem (ale nie tłustym a naturalnym) i ze świetnym różnicowaniem skal dynamicznych solisty i orkiestry.

Gramofonowe źródło dużo zmienia.

Także z pełną szybkością i dokładnością wypowiedzi. Przy naturalnym cieple, z akcentami i na pudło i strunę, przy pełnej złożoności głosowej i jednolitej formie wyrazu. Jasnym po chwili się stało, że to przetworniki słuchawek, scalając zbytnio przekaz, nie mogły oddać złożoności, jaką w istocie oferował. Kolumna nie miała z tym problemów i zachowując jednolitość ukazała wewnętrzne bogactwo. I w taki do tego sposób, że śpiew rodził się najpiękniejszy. Leciutko złagodzony sopranowo, faworyzujący niższe rejestry, ale szczególnie ujmując, wpadający prosto do serca. Jednocześnie spójny i bogaty, przejrzysty i potężny. Zdolny przekazywać szczególną atmosferę każdego jednego nagrania, należycie różnicować je jakościowo i zarazem zachowywać przyjemność. Zasługa też w tym była niewątpliwie lampowego toru i kolumn Audioforma, a przede wszystkim gramofonu. Ale jak dużo znaczy sam interkonekt, było aż nazbyt widoczne; nieznośne wręcz oczywistością, drażniące odmiennościami. Topowy przewód od Crystal Cable nie zawsze wypada tak udanie. Potrafi zagrać zbyt pogłosowo, potrafi trochę obco. Ale w torze lampowo-analogowym z realistycznymi w przyjazny sposób kolumnami od Audioforma dał autentyczny popis i muszę to mu oddać.

W nowej kombinacji sprzętowej KBL Himalaya PRO podkreślił swoje cechy – wybitną przenikliwość oraz szczególną rzewność. Nie był tak romantyczny, nasycony i całościowo śpiewny jak topowy przewód Crystala, ale dobitnie przenikliwy i głęboko penetrujący, a także świetnie ukazujący wszelkie nostalgie i żale. To w oczywistym następstwie faktu, że podawał najwięcej sopranów i w sposób wyczuwalny je wyodrębniał z przekazu. Znowu więc dźwięk najjaśniejszy i najmocniej podkreślający szczegóły, zasobny wszakże jasnym, ekspresyjnym, urzekającym światłem. W tym wszystkim także ciepły i nie ciepły zarazem, to znaczy z ciepłem nie zwracającym uwagi, ale kiedy się wsłuchać oczywistym. Ogólnie tonacja więc lekko ku górze, odwrotnie niż u srebrnego konkurenta, i poprawiająca nastrój świetlistość, zwiększająca nieznacznie szczegółami i komplikacją obrazu potrzebę koncentracji słuchacza. Nie bowiem ciemna gęstość z tłem czarnym i muzyką skondensowaną, ani bliska neutralności równowaga u Sulka, tylko transparentność, wyraźność i szczegółowość, z posturą lżejszą, bardziej misterną, kruchą. Największa spośród porównywanych skłonność do analizy, ale takiej w tle, nie zasłaniającej muzyki. Bo zarazem nie tylko piękne światło i ciepła atmosfera, ale także gładź przed chropawością i wydarzenia muzyczne przed wszystkim. Tyle że sama muzyka delikatniejsza, jaśniejsza, z tendencją do analizy, lecz osobiście, we własnej postaci, a nie jako puder, dodatek.

Certyfikat.

W tym miejscu mała uwaga, a ściślej przypomnienie. Każdy kabel potrzebuje chwili ogrania, jakichś bodaj dziesięciu minut. Dlatego porównania „natychmiast po” nie są miarodajne, a w odniesieniu do flagowego KBL Sound już szczególnie. Szybko zwróciło moją uwagę, że najbardziej ze wszystkich trzech się zmieniał – w pierwszej chwili zbyt szorstki, jasny i zbyt analityczny (choć w stopniu minimalnym) po chwili łapał muzyczny wiatr w żagle – ciemniał, gęstniał i epatował lepszym płynięciem. Przejawił także coś jeszcze: w torze komputerowym, czyli mającym niższą jakość, działał wybitnie łagodząco – uspójniał, łagodził ostrości, upiększał tym swoim światłem Tak więc, paradoksalnie, nie miał tendencji to podostrzania tego co i tak ostre, tylko przeciwnie – łagodzenia. Zaskakująca cecha, niemożliwa do odgadnięcia, zawdzięczana najpewniej modułom od Jacka Bybee.

Wracając do maksymalnej jakości. Na tle porównywanych spójność i gładkość pokazywał flagowy KBL nieco mniejszą, niemniej z tego samego jakościowego piętra, natomiast wyraźnie ponad upojność i romantyzm przedkładał trzeźwy realizm. Mocniejsze więc akcentowanie każdej słabości nagrań, brak zgody na niedociągnięcia, nie upieranie się przy muzykalności za wszelką cenę, nie upiększanie. Trudno orzec, na ile za sprawą samego zamysłu konstruktora, na ile jako pochodna tego, że więcej sopranów niż basów, ale w praktyce odsłuchowej realizm wytężony, bez cesji na rzecz makijażu. Wciąż także najlepsze widzenie w głąb i akcent na złożoność głosów pośród ogólnej gładkości i niewątpliwej śpiewności. Mniejszy nacisk na wypełnienie, większy na przenikliwość. Więcej rzewności niż wesołości czy zadumy, wyraźnie słyszalne szumy tła. Słabsze natomiast czucie przestrzeni, skutkiem mniejszego ciśnienia basu. Dźwięk szybki i przede wszystkim różnorodny – najbardziej różnorodny z porównywanych. Tak więc dla miłośników gęstej spójności z mocnym dołem, dającej przede wszystkim poczucie urody, melodyjności i piękna – Crystal Cable. Dla mniej zasobnych kieszeni osób chcących dobrze wyważyć dół z górą, mniej ciemny i mniej śpiewny ale wciąż akcentujący bardziej piękno niż realizm – Sulek. A dla chcących zachować piękno, ale w kontekście realistycznych ujęć, które nie chcą niczego maskować, a już zwłaszcza przy wybitnym sygnale – KBL Sound Himalaya PRO.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy