Recenzja: Jethro Tull „Aqualung” The 2011 Steven Wilson Stereo Remix

Jethro_Tull_Aqualung_2011_004_HiFi Philosophy   W sferze społeczno muzycznej egzystuje wiele płyt, które w gwarze kulturowej określane są mianem kultowych. To nieostre pojęcie funkcjonuje głównie jako wytrych do nobilitacji. Często mówi się tak o produktach i wykonawcach całkiem na to nie zasługujących, ale jest ze sto parędziesiąt płyt i kilkudziesięciu wykonawców godnych tego miana. Kultowi byli Beatlesi i Elvis Presley, kultowy Louis Armstrong i Pink Floyd. Grupa rockowa Jethro Tull i jej lider Ian Anderson aż tak kultowi nigdy nie byli, ale grono ich wielbicieli szło w miliony, a takie utwory jak Bourée, Thick as a Brick, Skating Away on the Thin Ice of the New Day, czy Too Old to Rock ‚n’ Roll: Too Young to Die! stały się nie tylko zwykłymi przebojami, ale też rockowymi kanonami.

Album „Aqualung” to jedno ze szczytowych osiągnięć powstałego w 1967 roku zespołu i czwarta w kolejności pozycja w jego dyskografii. Nagrany w 1971, w nowo wówczas powstałym londyńskim studiu Island Records przy Basing Street błyskawicznie powskakiwał na pierwsze miejsca list przebojów po obu stronach Atlantyku i sprzedał się w wielu milionach egzemplarzy, zyskując zarówno owacyjne przyjęcie słuchaczy jak i bardzo przychylne krytyków.

Jethro_Tull_Aqualung_2011_010_HiFi PhilosophyStudio Island Records miało wówczas dwie sale nagraniowe, z których mniejszą i lepszą akustycznie wybrał dla siebie nagrywający dokładnie w tym samym czasie swój czwarty album Led Zeppelin, a Andersonowi i jego grupie pozostała druga – wielka i przysposobiona z nieczynnego kościoła, o której wspominał później, że miała „paskudny, zimny pogłos”. Nie tylko to było utrapieniem, ale także przeszkody techniczne z samym nagrywaniem, które odbywało się etapami, w wiecznym pośpiechu i z uciążliwym dorabianiem partii w tle. Jeden z przebojów – Locomotive Breath –  nagrał nawet Anderson we własnym, prowizorycznym studiu i tylko tło instrumentalne oraz efektowe zrealizowano przy Basing Street. Wszystko to razem złożyło się na dość ponury obraz jakościowy, który pierwsze, winylowe wydanie oczywiście łagodziło swą naturalną analogowością. Słyszałem tę płytę w latach 70-tych, ale aparatura ją odtwarzająca i ogromny interwał czasowy nie pozwalają przywołać rzeczywistej jakości. Pamiętam jednak, że nagranie jej na taśmę magnetofonową, jakim dysponowałem, nie było satysfakcjonujące i winyl na pewno był znacznie lepszy, toteż zazdrościłem jego posiadaczowi.

W czasach nadejścia ławicy płyt CD wypatrywałem zatem z nadzieją tak wydanego Aqualungu, ale się srodze zawiodłem. Płyta została całkowicie „skopana” pod względem dynamiki, a artykulacja także pozostawiała mnóstwo do życzenia. Mówiąc krótko – była to jedna ze słabszych pozycji w mojej bibliotece nagrań, toteż niezbyt chętnie po nią sięgałem. Sytuacja taka zezłościła mnie za którymś razem do tego stopnia, że zacząłem przekopywać Internet w poszukiwaniu jakiegoś lepszego wydania; jakiegoś japońskiego, jubileuszowego, papuaskiego, zremasterowanego przez Zulusów – wszystko jedno jakiego, byle było lepiej. A trzeba też nadmienić, że posiadana płyta też była oczywiście ulepszająco „zremasterowana”, cokolwiek miałoby to znaczyć, a na pewno nic dobrego.

Jethro_Tull_Aqualung_2011_001_HiFi PhilosophyTak trafiłem na wydanie jubileuszowe z okazji 25-lecia wydania albumu, które wciąż posiadam. Było ono znacząco lepsze od poprzedniego, zwykłego, którego się z ulgą pozbyłem. Lepsze przede wszystkim w zakresie nieco poprawionej dynamiki, a także dzięki lepszej cyfrowej obróbce sporo poprawionej artykulacji, co stało się  jednak w obowiązującym jeszcze do niedawna stylu, którego tragiczne apogeum posiadam w postaci „super” wydania Białego Albumu Beatlesów. To ulepszanie cyfrowe bywało naprawdę tragiczne i w moim odczuciu realizator owego „wspaniale poprawionego” Białego Albumu powinien wzorem królobójców zostać wykastrowany, odarty ze skóry i poćwiartowany. Jubileuszowy Aqualung tak źle przez swojego realizatora wprawdzie potraktowany nie został i z pewnością względem starszej wersji CD była to bardzo pożyteczna robota, ale wciąż do prymusów realizacyjnych się nie zaliczał i bardzo do tego było daleko. Pamiętając jednak o kłopotach z nagrywaniem samej taśmy matki i fakcie nie najwyższej jakości winylowego pierwowzoru, można to było wybaczyć i pozostawiający sporo do życzenia styl realizacyjny przyjąć do niechętnej akceptacji. Tym jednak większe zainteresowanie wywołała u mnie informacja, że kultowy Aqualung znalazł się pośród tytułów poddanych w ostatnim czasie ponownej poprawiającej obróbce przez wytwórnię Warner Music. Na tyle mnie to podekscytowało, że jak nie porywam się zwykle na płytowe recenzje w obliczu sprzętowej nawały, to poprosiłem o egzemplarz i obiecałem w zamian coś na internetowym papierze naskrobać. W efekcie leży przede mną Aqualung wyglądający niemal identycznie jak ten pierwszy na nośniku CD – ów jakościowo okropny – tyle że opatrzony sygnaturą 40th ANNIWERSARY EDITION – The 2011 Steven Wilson Stereo Remix.

Jethro_Tull_Aqualung_2011_008_HiFi PhilosophyDzięki ci Stevenie Wilsonie, kimkolwiek jesteś, a na pewno jesteś wysokiej klasy realizatorem dźwięku, którego zdjęcie możemy znaleźć w dołączonej do płyty książeczce. Lecz tak naprawdę Steve Wilson nie jest realizatorem dźwięku tylko muzykiem i liderem zespołu rockowego Porcupine Tree; a sam o sobie powiada, że zawsze wzorował się na brzmieniu Jethro Tull i bardzo jest ono mu bliskie.

Steven zdołał odszukać inne wersje taśm matek niż te wcześniej używane  do masteringu i na ich podstawie dokonał wraz z pozostałymi członkami zespołu oraz kadrą techniczną sławnego Abbey Road Studios całkiem nowego transferu w domenę cyfrową, a w ramach tego udało się zrobić dwie rzeczy naprawdę ważne: poprawić dobitnie dynamikę i jednocześnie całą artykulację – której poprawa w poprzednim wydaniu jubileuszowym okupiona została nadmiernym wyostrzeniem. Tym razem nie tylko jest ona jeszcze wyraźniejsza, ale także wspaniale analogowa, dzięki czemu słucha się tego nowego Aqualungu prawie jak płyty gramofonowej; przy czym sam, niezależnie od użytych tu innych materiałów źródłowych, ni w ząb nie pojmuję, dlaczego poprzednia szkoła remasteringu szła dokładnie w drugą stronę. Z radością oczywiście przyjmuję fakt, że tamte czasy chropawej pikanterii mamy już przynajmniej w tym wypadku za sobą, a można się też domyślać, że służyły one wyraźności w przekładzie na pliki mp3, odtwarzane przez śmieciowe grajki i śmieciowe słuchawki, ale na litość grzyba – toż to nie była muzyka! Zupełnie inaczej jest tym razem, a fakt że się to udało połączyć z poprawą dynamiki i że nie słychać żadnego „zimnego pogłosu”, a jednocześnie artykulacja jest dużo  płynniejsza, świadczy zarówno o właściwych preferencjach muzycznych jak i możliwościach technicznych ostatniego konserwatora płyty. Dzieło niewątpliwie zyskało nareszcie należytą postać cyfrową, a choć nie może konkurować pod względem technicznym z najlepszymi płytami na rynku, to z pewnością jest bardziej analogowe niż przeciętna płyta z nowo nagrywanych i wydawanych.

Jethro_Tull_Aqualung_2011_005_HiFi PhilosophyNa koniec słów parę o wartościach artystycznych. Szalejący flet i łamiący się głos Andersona to znaki rozpoznawcze Jethro Tull. Ale zespół był oczywiście rockowy i rocka jest w jego graniu najwięcej. Jednak lider chciał koniecznie by styl był wyraźnie rozpoznawalny, a doszedłszy do wniosku, że nigdy nie dorówna gitarowym popisom Johna McLaughlina, nauczył się w parę tygodni grać na flecie i nim okraszał swe kompozycje. Całościowy wydźwięk jest jednak nie tylko rockowy z fletowymi akcentami i ogólnie bogatą instrumentacją, ale także ma wyraźny posmak poetycki, czemu towarzyszą teksty o filozoficznym i społecznym wymiarze. Tytułowy Aqualung i inne utwory są poświęcone nędzarzom i czującym się obco w społeczeństwie, a pozostałe rozterkom egzystencjalnym i poczuciu zagubienia w świecie opacznie Boga rozumiejącym i przez Boga w jakiejś części porzuconym. Ogólnie nie są to teksty banalne i nie ma w nich ani ckliwej słodyczy What a Wonderful World Armstronga, ani porywczych manifestów w rodzaju My Generatin The Who. Czuć w nich za to wpływ przeczytanych zapewne wierszy Dylana Thomasa. Nie tak silny jak u Roberta Zimmermana (Boba Dylana), ale widoczny. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Styl muzyczny Jethro Tull, z jego często rwaną melodyką i szczególną atmosferą, zawsze budził sprzeczne nastawienia; i jedni to uwielbiali a inni nie znosili. Sam bardzo lubię, a żona od razu wychodzi – i tylko sławna ballada Skating Away on the Thin Ice of the New Day zawsze się jej podobała. Kłopoty były też ongiś z nazwą, bo w latach 70-tych nie było Internetu i nie można było wyszukać co znaczy ten cholerny Jethro Tull.

Jethro_Tull_Aqualung_2011_014_HiFi PhilosophyDomyślano się – zarówno po stronie redaktorów muzycznych jak i fanów – że to imię własne, a podejrzewano, że jakiegoś szlachcica czy rycerza. Inni dopatrywali się w tych słowach jakiegoś zaklęcia albo imienia postaci mitycznej, a rzecz jest nie do wydumania ad hoc, bowiem prawdziwy Jethro Tull był XVII-wiecznym reformatorem angielskiego rolnictwa, dzięki któremu poczyniono ważkie postępy w walce z głodem i zmniejszyła się uciążliwość pracy na roli. Wydaje się przeto, że Anderson chciał dać tym sposobem wyraz swoim przekonaniom społecznym i uhonorować kogoś, kto miał faktycznie wielkie zasługi, a kogo imię poszło w zapomnienie. Nie znam jednak jego oryginalnej motywacji, która mogła być całkiem inna.  Zwłaszcza kiedy się patrzy jak wariacko przewraca oczami i jaki jest zakręcony.

8 komentarzy w “Recenzja: Jethro Tull „Aqualung” The 2011 Steven Wilson Stereo Remix

  1. Sławek napisał(a):

    Taaak…..
    Jethro Tull, jeden z moich ulubionych zespołów…
    Mam rocznicowe 25th Anniversary CD, ale ponieważ ostatnio zakupiłem gramofon, muszę też zakupić nowe wydanie winylowe – właśnie jest na półkach saturna i mm.
    świetna muzyka!

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Chciałem dla porównania wersję na winylu, ale nie dojechała. Na pewno jest jeszcze lepsza.

  2. Tadeusz napisał(a):

    Warto zakupić płytę winylową bo na niej bardzo dobrze są słyszalne te zmiany i poprawę jaką opisał Piotr . Jako fan zespołu od wczesnych lat siedemdziesiątych ,posiadam kilka wydań tej płyty i dopiero ten ostatni master mnie w pełni zadowala.
    Po zapodaniu płyty na gramiaka początkowo myślałem,że to specyfika tego nośnika oraz wzmaka i pre lampowego powoduje,że
    głos Andresona nabrał barwy ,stał się mniej agresywny ,z tła
    „powychodziły” bardzo ładnie podane wszelkiej maści „przeszkadzajki ” ,jednym słowem ujawniły się z całą mocą folkowe korzenie tej muzyki 🙂
    Jak wspomniałem wcześniej ,myślałem,że „dołożył” to od siebie tor analogowy ale jak pisał Piotr zostało to wszystko od nowa „poskładane” przez fachowca wysokiej klasy ,zniknęła szklistość i chłód . Dla wielbiciela talentu tej grupy który zna ten materiał prawie na pamięć,powróciła przyjemność słuchania .
    Razem z tą płytą zakupiłem winyl Led Zeppelin IV ,porównałem ze „starym” wydaniem ,jest lepiej ale nie ma tego czegoś co usłyszałem na tym nowym Aqualungu .
    Przepraszam za mój niezborny styl ale nie mam wykształcenia humanistycznego ,jestem tylko prostym inżynierem 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie ma się co przejmować formą, zwłaszcza że jest zrozumiała i poprawna, a treść ciekawa. Dzięki za wartościowy opis. Trzeba będzie się wykosztować na te winyle.
      „Thick as a Brick” też wychodzi.

      1. Sławek napisał(a):

        No tak już wyszedł. Kupiłem i Aqualung i Thick as a Brick w winylowej wersji – jest dobrze!

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          To super. Sam nie kupuję bo mam od dzieci obiecane jako prezent.

  3. "AAAFNRAA napisał(a):

    A o jaką to kolumnę „Aqualung” się opiera OBX-RW?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Tak.

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy