Recenzja: iFi Audio xDSD

Odsłuch

a może także się wygramolić…

   To na początek komputer. Niebieski kabel USB produkcji samego iFi, dłuższy aniżeli normalnie (105 centymetrów) wpakowany został pod ogon tego X i popłynęła muzyka. Wcześniej rzecz jasna sterowniki, ale już były na miejscu. I jako słuchawki pradawne Grado SR60, których miałem już nie używać, bo nowe grają inaczej, ale tak się akurat złożyło, że pożyczyłem przejściówkę na mały jack i pierwszego dnia miałem do dyspozycji jedynie je i NightHawk.

Pojawiło się brzmienie gęste i płynne, a na piękny dodatek gładkie. Mało tego, wydatnie wzbogacające gładkość marszczeniami tekstur, co zawsze jest spektakularne. Ciepłe też (ale tylko trochę), bliskie i całościowo melodyjne, lecz z wyczuwalnym pogłosem. Ani nie zimnym, ani nie ciepłym; takim z samego pogranicza między przyjaźnią a obcością. Sumarycznie grało to z lekka w stronę zadumy i bez zarzutu muzykalnie. Zaskakująco gęsto, bez śladu braków w wypełnieniu i z pełną transparencją wzbogacaną o gęstość medium i czucie wraz z tym przestrzeni. Mocny do tego bas już bez żadnego cyfrowego wspomagania, które tylko kontrolnie sprawdziłem i rzeczywiście coś podkręca. Ale – kontynuując o tym basie – nie mocny tak zdawkowo, że jak tylko wychynie zza nutki, to zaraz krzyk: – O, jest! – tylko taki naprawdę się wyróżniający, jako że Grado i bas zawsze w parze. Więc kiedy łup, to łup, a nie jakbyś kopnął przebitą dętkę. Także ze szczegółami w muzyce a nie przed nią i ogólnie w ten sposób, że słuchacz cały powyginany, bo mu muzyka kręgosłupem kręci, że wije się i wymachuje kończynami. W sumie więc iFi-standard, tyle że bardziej muzykalny niż zwykle, no bo ta kość multibit nie od parady w środku i rzeczywiście słusznie ją chwalą. Iggy Pop mną zakręcił, Okudżawa łezkę wycisnął, a piękna sonata Boccheriniego na klawesyn i skrzypce rozbrzmiała przestrzennie, precyzyjnie i angażująco. I może to jeszcze dodam, że stereofonia dobrze była związana, a dźwięk na wysokości oczu, bez zbędnych wycieczek w górę czy opadania do dołu.

i popisywać wyglądem.

Po przejściu na NightHawk pojawiło się brzmienie podobne (nawet bardzo), tyle że odrobinę wytworniejsze – z lepszym widzeniem poszczególnych dźwięków, bardziej złożonym ich obrazem i lepszą czytelnością detali; wciąż jednak (bardzo słusznie) siedzących głęboko w muzyce. Cokolwiek więcej nośności, cokolwiek więcej powietrza, scena cokolwiek większa i bardziej transparentna, a samo brzmienie znów zadumane i nieco pogłosowe, coś niecoś (a może nawet więcej) tą pogłosowością urozmaicające . Żadnego przy tym naprężenia – struny wręcz idealnie ponaciągane – że gitara zabrzmiała głęboko a jednocześnie nie ospale. I znów wokal z nutką refleksji, bez radosnego w twarz chuchania, a bezkres bieli u Vangelisa z zewem tęsknoty i magią bezmiaru. Bas jeszcze mocniejszy i należycie przestrzenny, w impulsie odchodzący a nie zwijający się w siebie. Że w sumie kawał spektaklu i to na każdej muzyce, a ta kość multibit warta każdego pensa.

Flagowe słuchawki Fosteksa są bardzo ważne dla wszelkich zestawień, bo jak już wiele razy zaznaczałem, mają tendencję do brzmień chłodnawych, obcych i dudniących. Przy pasującym sygnale zupełnie tego nie ma poza samym wydatnym echem, a gdy tylko coś im nie pasuje, zaraz zaczyna robić się dziwnie. No i nie darmo iFi tak tego swojego DAC-ka fetuje, bo nie tylko że nie wpadł w kłopoty, ale zagrało to pięknie. Z tym czymś, co nasuwa mi się opisowo jako czujność sygnału – zdolność wyłapywania najmniejszych nawet tchnień – a jednocześnie znów muzykalnie (zero jakiegokolwiek dudnienia czy obcości), na dużej scenie i z uczuciem. Że żadna tam ciepła klucha, tylko z uczuciem, otwartością i zastanowieniem nad światem. Ogromny bas urozmaicająco towarzyszył staremu przebojowi The Boxer Simona & Garfunkela, a echo – specjalnie dodane do nagrania – akurat było takie, by połączyć wymiary nostalgiczny i ludzki. Fantazja impromtu Chopina spod palców Alfreda Cortot oferowała piękny koloryt i przejścia emocjonalne (może nie aż wybitne, niemniej wyraźnie podane), a całe brzmienie fortepianu lśniło, było pełne i ciepło-muzykalne. Nie przenikało wprawdzie do najgłębszych warstw harmonicznych, ale już je odnotowywało. Sonata Boccheriniego z kolei ukazała się jako bardziej niż wcześniej trójwymiarowa, z pięknymi obrazami instrumentów włożonymi w przestrzenną złożoność.

Z tyłu osobne gniazda USB dla ładowania i sygnału.

Rozochocony tym stanem rzeczy postanowiłem sięgnąć po słuchawki należące do grupy najbardziej klasycznych, poczynając od Beyerdynamic T1, by sprawdzić przy okazji relacje nisko do wysokoohmowych. Pojawiła się muzyka dalsza, z wyraźnie dalej odsuniętym pierwszym planem i nie tak precyzyjna, ale wciąż precyzyjna. Dopieszczenie składowych harmonicznych było mniejsze, lecz wciąż jeszcze wyraźne, i zjawiło się też niestety minimalne dudnienie. Czujność nie była już tak czujna, ale wciąż czujna na tyle, by się zaznaczać, a głosy nadal analogowo brzmiące, czysto ludzkie.

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

26 komentarzy w “Recenzja: iFi Audio xDSD

  1. calluna napisał(a):

    Delikatnie w temacie – czy recenzja iFi iDSD pro jest także planowana w najblizszym czasie?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Przetwornik był u mnie i się wygrzewał. Poproszono jednak o nie pisanie recenzji, ponieważ to wersja przedprodukcyjna, prezentowana tylko po to, by podczas konfrontacji wystawowych usłyszeć opinie słuchających i wnieść pod ich dyktando poprawki. Tak więc tylko słuchałem – i raczej bez entuzjazmu – ale traktując rzecz powierzchownie i bardzo wyrywkowo, więc w sumie nie mam zdania. Po czym urządzenie zostało na gwałtu rety zabrane, z mętnym tłumaczeniem, że coś tam, coś tam, a jak się potem okazało, wylądowało u innego recenzenta i wszyscy mogą się teraz zapoznać z jego recenzją. Wniosek płynie stąd taki, że inni recenzenci godniejsi są zaufania i w tej sytuacji mojej recenzji tego urządzenia nie będzie. No chyba, że ktoś inny niż dystrybutor dostarczy.

      1. Calluna napisał(a):

        Domyślam się o którą recenzje chodzi.Ciekaw jestem czy faktycznie to „przedprodukcja” i wersja finalna będzie się dźwiękowo różnić. W każdym bądź razie mam nadzieję, że przetrwalniki jednak tutaj trafi bo co dwie głowy to nie jedna 🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Z samym ifi na temat przedprodukcyjna/produkcyjna nie rozmawiałem, więc definitywnie nie umiem rozstrzygnąć. Była też mowa o konieczności dołożenia gniazda słuchawkowego Pentaconn, które się staje standardem, a którego obecny u mnie egzemplarz jeszcze nie miał.

  2. Calluna napisał(a):

    przetwornik* rzecz jasna

  3. Paweł napisał(a):

    Jak wypada nowe dziecko Ifi z wcześniej recenzowanym nano BL ?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Wygląda na to, że jest nieco bardziej muzykalne i powierzchowność oczywiście ma inną.

  4. Sławomir S. napisał(a):

    Zakładam, ze celem tych wszystkich zabawek jest odtwarzanie muzyki. Jeśli umówimy się, ze słuchawki to naturalnie odrębny element toru i zawsze potrzebny w związku z brakiem alternatywy dla ucha, to zadajmy sobie pytanie – czy taki xDSD jest źródłem muzyki? Otóż nie jest, jest co najwyżej pół-źródłem, musi zostać nakarmiony materią muzyczną w postaci sygnału cyfrowego i to z innego urządzenia. No i teraz dokonajmy na szybko podziału na urządzenia stacjonarne i przenośne. Zakładając, że mamy trochę wolnego blatu, w stacjonarce kombinacje połączeniowe są dość dowolne, możemy budować przeróżne topologie układów. Ale w sprzęcie przenośnym, kompaktowym, po co nam pół-żródło, jeśli za tę sama cenę możemy mieć podobnej jakości pełne źródło przenośne w postaci dobrego DAPa ? Ja nie dostrzegam wiele wartości w idei przenośnego daco-wzmacniacza, ale obiektywnie rynek oferuje ich coraz więcej. Bez cienia pobłażania dla swoich przyzwyczajeń, zadaję sobie pytanie – skąd ten trend, to takie wygodne mieć jeszcze smartfona i kabelek?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trend ma podłoże ekonomiczne. Dobry DAP to cztery tysiące, a to ifi dwa. Smartfona jako potencjalne źródło ma każdy i DAP mu niepotrzebny, a policzenie oszczędności jest dosyć proste.

      1. Mario napisał(a):

        Pozostaje kwestia wygody.Smartfon plus DAC/Wzm, plus kable ,kwestia dyskusyjna,nie wspominając o ,,polepszaczach”.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          DAP solo na pewno jest wygodniejszy, ale dwa tysiące w kieszeni na inne przyjemności też nie są do pogardzenia. Polepszacze można wyłączyć, a kabel nie musi być drogi. Może go nawet nie być, dzięki łączności bezprzewodowej.

          1. Sławomir S. napisał(a):

            Znajdą się inne przyjemności. Mając dwa tysiaki w kieszeni można zacząć oszczędzanie na jakiś porządniejszy kabel zasilający za 10 kpln. Czy cena jest tu rzeczywiście decydująca?
            Są już DAPy i za tysiaka z wyjściem zbalansowanym i na porządnej kości Sabre (xDuoo X20). Ciekawe byłoby porównanie jakości sonicznej dwóch idei funkcjonalnych -DAP vs DAC/AMP w podobnej cenie i czy DAP stoi tu rzeczywiście na przegranej pozycji.

  5. Marcin napisał(a):

    Panie Piotrze,

    A czy można zapytać, dlaczego od jakiegoś już czasu w recenzjach nie pojawiają się AKG K812? Z tego co pamiętam, zazwyczaj Pan je chwalił, a teraz coś ich nie widać na HiFi Philosophy. Chyba że ja coś przegapiłem i powód takiego stanu rzeczy był już podany?

    Pozdrawiam,
    Marcin

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Chyba był, ale przypomnę w takim razie, że słuchawki ode mnie wybyły. Natomiast nie zmieniła się ich ocena – nadal uważam, że są świetne.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      I w związku z tym bzdurnym artykułem co?

  6. Tadeusz napisał(a):

    Pojechał po bandzie 🙂

  7. Krzysztof napisał(a):

    Dzień dobry,
    dziękuję za ciekawą recenzję. Przy okazji – „niepisanie” jak „niepalenie” piszemy łącznie.
    Pozdrawiam,
    Krzysztof

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Niekoniecznie. Zależy od treści zdania.

  8. Patryk napisał(a):

    STAX wprowadza nowy model SR009″S”!!

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Tak, rozmawiałem z dystrybutorem, pierwszy egzemplarz ma mieć w lipcu.

  9. Krzysztof napisał(a):

    „Śpiewać każdy może (…)”.

  10. Patryk napisał(a):

    Wedlug mnie „STAX SR009” oraz „Final Audio X” to najlepsze sluchawki jakich w zyciu sluchalem.

    P.S: Oczywiscie pomijam HE1 (to pozostawie bez slow)

    1. Marcin napisał(a):

      A według mnie moja mama robi najlepsze gołąbki jakie w życiu jadłem.

    2. Marcin napisał(a):

      Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać :). Nikt Ci nie udowodni, że te czy tamte słuchawki nie są najlepsze, których Ty w życiu słuchałeś. To samo tyczy się gołąbków mojej mamy 🙂

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        No tak, ale idąc dalej tą drogą wszystkie recenzje też są bez sensu. Nikt nie jest obiektywny, ani nikt wszystkiego nie słyszał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy