Recenzja: Furutech deStat II

Furutech_deStat_II_011_HiFi Philosophy   Nasze otoczenie techniczne stanowią głównie duże urządzenia, w rodzaju telewizora, lodówki czy gramofonu, które z racji swojej wielkości najbardziej rzucają się w oczy. Przemykają się jednak pośród nich także najróżniejsze pożyteczne szpeja, jak blendery, maszynki do golenia czy samochodowe odkurzacze. Audiofilizm pełen jest tego rodzaju rzeczy pomniejszych – w większości nie napędzanych elektrycznie, a mimo to przez wielu uważanych za bardzo ważne. Podkładki antywibracyjne, super wtyki i same przewody interkonektów, specjalne bezpieczniki, „cegły” Shakti, audiofilskie gniazdka sieciowe, listwy i arcylistwy, dociski płyt i maty tłumiące pod nie, najróżniejsze obciążniki, specjalne nakładki na gniazdka pożerające zakłócenia, super kable, granity bądź kwarce pod głośnikami, antywibracyjne platformy, generatory fal Schumanna, przeróżne filtry, płyny czyszczące, myjki i czort wie co jeszcze.

Wszystkie te akcesoria są przez jednych wyśmiewane i wypukiwane w główkę, a przez innych uważane za niezbędny element audiofilskiego środowiska, bez którego czegoś będzie brakowało i tak dobrze jak z tym nie zagra. Trwa zatem wokół tych sprzętowych przydatków może nie tyle dyskusja, co z jednej strony rechot, a z drugiej wyniosła dla tego rechotu pogarda. A czy są te audiofilskie dodatki jedynie tym co przynosząca szczęście chusteczka, trzymana zawsze na koncertach przez Luciano Pavarottiego, czy czymś rzeczywiście racjonalnym i użytecznym, to się już przy paru testach zdążyło pokazać. Kable sieciowe na pewno wpływają, podobnie jak bezpieczniki czy antywibracja. W tej recenzji sięgniemy zaś po szpej kolejny, mianowicie deStat od Furutecha, czyli mały odkurzacz demagnetyzujący do płytowych krążków i nie tylko.

Tak naprawdę nie tylko do płyt on bowiem ma służyć, jako że możemy nim powierzchniowo – i co ważne bezdotykowo – czyścić dowolne powierzchnie, ale generalnie jest przeznaczony głównie dla płyt. Do cyfrowych i analogowych jednako, których kondycji na brzmienie nawet najtwardsi i najbardziej nieprzejednani wrogowie audiofilizmu zwykle nie podważają; gotowi wprawdzie ręczyć, że odtwarzacze CD się nie różnią i że nie różnią się nawet wzmacniacze, wszelako twierdzących, że kondycja płyty na jakość dźwięku nie wpływa jeszcze żeśmy się nie doczekali, albo przebywają oni jedynie w ośrodkach zamkniętych.

Że o płyty dbać trzeba, przyjmuje do wiadomości każdy, ale z praktyką bywa różnie, a pamiętam też czasy pojawienia się płyt CD, którym towarzyszyła wszechobecna wrzawa, iż oto nareszcie wyzwoleni zostaliśmy z tego okropnego skakania przy winylach, które co chwilę należy odkurzać, traktować jakimiś płynami, a nawet specjalne ramiona czyszczące na gramofonach dla nich instalować. Sam miałem takie ramię zakończone miotełką oraz płyn i specjalny czyścik – a wszystko kupione w Peweksie za kapitalistyczny pieniądz. W przeciwieństwie do tamtych udręk płyty CD reklamowano jako niezniszczalne i nie wymagające żadnych zabiegów, bowiem tak wymyślone, że nawet po pobrudzeniu bez zarzutu działają. Hajda zatem kto żyw na te CD-ki, a winyle buch na śmietnik. Bo nie tylko się brudzą i szybko zużywają, ale jeszcze dźwięk produkują pośledni.

Tak, nie przesadzam – takie wówczas zapanowało przeświadczenie, wpajane przez komercję na każdym kroku. Jedni wmawiali a inni wierzyli, że dźwięk z płyty cyfrowej jest lepszy, bo bez mechanicznego nacisku odtwarzany, igła względem rowka nie zmienia kąta, nic tutaj się nie zużywa, a technologia odczytu w tempie 44.1 kHz z wielkim zapasem przekracza zakres słyszalnych przez ludzkie ucho zniekształceń, tak więc kto ośmieliłby się twierdzić, że słyszy różnicę pomiędzy CD a winylem na korzyść winylu, jest niewątpliwie oszołomem. To słowo wprawdzie wówczas jeszcze nie funkcjonowało, ale miało odpowiedniki i były one w użyciu. Z całą powagą twierdzono, że winyl pod każdym względem jest gorszy, argumentując dokładnie w tym samym stylu, w jakim usiłuje się dzisiaj ośmieszać wierzących w audiofilskie akcesoria i przewagę jednych urządzeń nad innymi:

– Tego się nie da usłyszeć! A więc kto twierdzi, że słyszy, jest oszustem bądź durniem!

Istnieje coś takiego jak potoczne przeświadczenia, których zawartość wprawdzie ewoluuje wraz ze społeczeństwem, wszakże na danym etapie podważanie składników przyjmowanych za oczywiste naraża na śmieszność i ostracyzm. Jeszcze dziesięć lat temu Unia Europejska była dobrem i samym dobrem, a układ NATO świętością, do której sakramentu nareszcie zostaliśmy dopuszczeni. Kto śmiałby temu przeczyć, uważany byłby za oszołoma, gdyż właśnie oszołomską pałą zbiorowa i medialna mądrość etapu zwykła wymierzać sprawiedliwość i przywoływać do porządku. A teraz okazuje się, że wyznawcy tamtych oczywistości byli w błędzie, co kryzys w Grecji i poczynania rosyjskie dowiodły dobitnie. Unia Europejska i jej wspólna waluta działają wprawdzie skutecznie, lecz głównie na rzecz gospodarki Niemiec, a NATO to papierowy tygrys nie wart funta kłaków i w stu procentach zależny od kaprysów polityki USA, które jako jedyne wnoszą faktyczny wkład militarny. (Niemcy mają zaledwie dwieście sprawnych czołgów i niemal zero do nich nowoczesnej amunicji, a flota brytyjska to tylko strzęp dawnej świetności.)

Zniosło mnie na dygresje, ale chciałem pokazać, jak mylne potrafią być te zbiorowe mądrości, a warto także podkreślić, że ich zbiór niemal zawsze ewoluuje biegunowo i prawie natychmiast. Najpierw winyle były brzmieniowo na pewno gorsze, a teraz na pewno są lepsze. Kiedyś NATO było świętością, a dzisiaj właściwie go nie ma. UFO stanowiło w latach 70-tych codzienny fakt prasowy, a teraz mało kto wie co to jest UFO. Sprawiedliwość społeczna była przez mnogie dekady po Rewolucji Francuskiej sztandarowym hasłem, w dość dużej mierze przez wszystkich poważanym, a potem w czasach thatcheryzmu i reganizmu zakopana ją na metr w ziemię i przydeptano. Dopiero teraz powraca nieśmiało.

Patrząc z tej perspektywy gwałtownych wolt, kwestia czyszczenia i demagnetyzacji płyt pozostaje terenem stosunkowo spokojnym, na którym zmieniło się tyle, że nikt już nie wierzy w bezdyskusyjną wyższość płyt CD oraz zanikła wiara, że nie trzeba ich czyścić. Na półkach marketów z płytami znajdziemy w dużym wyborze płyny i proste przybory do ich czyszczenia, a działy z nagraniami winylowymi powróciły po latach nieobecności. Od wyspecjalizowanych producentów możemy też nabyć zaawansowane myjki i regeneratory zarówno do płyt CD jak winylowych, kosztujące nieraz grube tysiące. Pora teraz zapytać, jak ma się do tego wszystkiego nasz tytułowy deStat?

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: Furutech deStat II

  1. Maciej napisał(a):

    A nie ma takiego do plików, ewentualnie dysków ?:)

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Komputer możesz sobie deStat oczywiście też zdemagnetyzować 🙂

  2. gabler napisał(a):

    Z ładunkami elekrostatycznymi zawsze są mniejsze lub większe problemy warto poczytać na ten temat np na stronie cardasa,oto fragment Napreżenia mechaniczne ją źródłem fenomenu wygrzewania i to nie tylko w przypadku kabli. Pewną regułą jest, iż firmy podczas targów high-end ustawiają sprzęt w pomieszczeniach kilka dni wcześniej, aby pozwalić mu na wygrzanie się. Pierwszego dnia dźwięk zazwyczaj jest zły i nieprzyjemny. Ostatniego dnia systemy grają o wiele lepiej. Naprężenia mechaniczne w kablach głośnikowych, obudowach głośników, a nawet w ścianach budynków, muszą zostać rozluźnione, aby system grał najlepiej. Takie samo zjawisko widzimy w instrumentach muzycznych. Brzmią znacznie lepiej jeżeli już wcześniej grały. Wielu muzyków zostawia swoje instrumenty w pobliżu grającego systemu audio, aby je wygrzać. Jest to bardzo efektywny sposób wygrzewania gitar. Pianina pod tym względem są koszmarem. Każda zmiana, nawet zmiana temperatury lub wilgotności zmienia ich dźwięk. Idealnie dostrojony system stereo jest podobny.

  3. gabler napisał(a):

    Nigdy nie uda man się całkowicie pozbyć ładunku, możemy tylko dążyć by być jak najbliżej zera. Pewien ładunek zawsze pozostaje. Generalnie jest on na poziomie pojedynczych miliwoltów w dobrze wygrzanym kablu. Szum elektrostatyczny (dokładnie „ Triboelectric noise”) jest fukcją naprężeń w kablu i zachowanego ładunku, który w dobrym kablu zostanie rozładowany zarówno z czasem jak i podczas używania. Ilość czasu jest zależna od konstrukcji kabla, użytych materiałów, procesów technologicznch, itp.

  4. gabler napisał(a):

    Problem ten dotyczy w zasadzie wszystkich otaczających nas przedmiotów szczególnie wykonanych z tworzyw sztucznych ,ale rozładowywanie za każdym razem np.płyt cd jest zajęciem trochę denerwującym,no chyba ,że się takie zabiegi lubi…:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy