Recenzja: Fram Midi

   Małe głośniki, duża sprawa. Nie mają być bowiem te Framy niszowym produktem audiofilskim, tylko szeroką ofertą dla wszystkich. Dla wszystkich, czyli takich, co nie dzielą każdej półnuty na czworo i nie pytają sopranowego włókna, ile ma centymetrów długości. Do takich, co zwyczajnie chcą słuchać i się podczas tego czuć dobrze. A także, co też ważne, być zadowoleni kiedy nie słuchają – czyli kiedy będą jedynie oceniać wnętrze. Krótko mówiąc: Fram ma grać i wyglądać, a nie zawracać sobą głowę. Nie ma więc być drogi, wielki i audiofilsko szkaradny, tylko nieduży, niedrogi i miły dla oka. Ale miły nie w sensie kwiatka czy poduchy, tylko po nowatorsku, lifestylowo. Ma to być przyjaźń liczona w watach i voltach, a przy okazji także wedle prezencji, tak żeby się chwalić a nie wstydzić.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Napisanie powyższych zdań zajęło mi może minutę, natomiast zaangażowani w pomysł uwijają się już od przeszło roku. Bo przy tych założeniach kompromisy nieustannie muszą się ścierać z bezkompromisowością: tanio ma być, a grać ładnie i pierwszorzędnie wyglądać; mało tego – grać i wyglądać tak, żeby wszystkim się podobało. I żeby obsługa była prosta, działanie niezawodne, a technologia pasująca do wszystkich współczesnych wymagań. A w takim razie też łączność bezprzewodowa, na którą coraz liczniejsi stawiają; podpinanie cyfrowe i analogowe, bo oba standardy obowiązują; oraz koniecznie obsługa z pilota, no bo bez niego, to daruj. A to wszystko już nie brzmi prosto… Do tego w grę wchodzi produkcja masowa, sprzedaż możliwie bezpośrednia i międzynarodowa, standardy jakości żelazne i niskie do maksimum koszty, pozwalające na niską cenę. A i to jeszcze nie wszystko, bo trzeba się też czymś wyróżnić, dając marketingowcom do ręki oręż, tak żeby mogli wrzasnąć: – Tylko my pakujemy w takie sreberka takie wspaniałe rzeczy, więc się nie zastanawiajcie a bierzcie, bo lepszego nic nie znajdziecie!

Historia i Budowa

Fram, czyli: Naprzód!

   I tak to ludzie spokojnie żyjący na swym dorobku życiowym, pakują się sami w kłopoty, wiedzeni żądzą sukcesu. A pierwszy Jarek Waszczyszyn, wynalazca procesora cyfrowej obsługi dźwięku, który postanowił sprzedawać go w czym tylko się uda: w słuchawkowych wzmacniaczach, w telewizorach, w wieżach audio – dobrze, że nie w lodówkach i kuchenkach mikrofalowych. A teraz jeszcze w aktywnych głośnikach obsługi kina domowego i jednocześnie zakątka audio, bo przecież ludzie normalni łączą systemy wizji i fonii, a nie jak audiofilscy wariaci stawiają każdy oddzielnie. Fakt, że nie wszyscy lubią kino, więc może się zdarzyć, że ktoś zechce wyłącznie audio lub vice versa. Faktem też, że niektórzy wiodą życie przy komputerach a nie na salonowej kanapie, więc im się też coś należy. I faktem wreszcie, że różni różnie zarabiają, przez co na różne rzeczy ich stać. Wziąwszy to wszystko pod uwagę świeżo stworzona marka Fram proponuje swoje głośniki aktywne w trzech rozmiarach – najmniejszym, pasującym najlepiej na biurko; średnim – pasującym powszędy; i dużym – pasującym do salonowego audio-video. Czort mnie podkusił wybrać do opisu te średnie i teraz będę miał najwięcej roboty. A założenie było inne – unikanie skrajności. Tak to chytry dwa razy traci… Ale się nie dam sam zaciągnąć w robocze chaszcze, niech inni też popracują. Poprosiłem przeto twórcę o sporządzenie „Toy Story”, i oto co mi przysłał:

Historię Fram można właściwe zacząć od 2012 roku, od kolumn Studio Oslo, a właściwie od momentu, kiedy z Hi-fi (kilka klocków, dostępnych dla przeciętnie zarabiającego miłośnika muzyki) powstał Hi – End. To ostatnie pojęcie to coś jak Formuła 1 w samochodach, szczytowe produkty o wybitnych właściwościach (wygląd, dźwięk, prestiż). Założona 22 lata temu firma Ancient Audio też ma kilka drobnych kamyczków w tym obszarze. Hi- End jest potrzebny jak każde marzenie, jak obszar zbierania bezkompromisowych doświadczeń. Ale postęp ma też swoją ciemną stronę, a mianowicie niebotyczne koszty. Poziom technologii, prac projektowych jest coraz wyższy, i kosztowny. Takie jest ogólne prawo rozwoju, czy to w nauce, czy lotnictwie, czy w medycynie,  czy motoryzacji. W efekcie rynek audio zaczął zjadać własny ogon. Koszty dobrze grającego zestawu poszybowały w kosmos, tworząc barierę nie do pokonania dla większości przeciętnych ludzi.

Rynek hi-fi powstał w latach 50-tych, jako niezastąpiony środek do popularyzacji muzyki. I zrazu szło mu świetnie, ale od dwudziestu lat pogrąża się w regresie. Dobrzy sprzęt kosztuje coraz bardziej nieprzytomne pieniądze, a za pieniądze przytomne trudno już kupić coś, co ładnie wygląda, jest niezawodne i dobrze gra. Jak jednak historia pokazuje, każda potrzeba kreuje środki zaradcze. Umiejętne połączenie masowej produkcji, zaawansowanych technologii i dostosowanego projektowania potrafi dać frajdę z egzotycznych przyjemności dla całego społeczeństwa. Nikt nie ma wątpliwości, że Rolls-Royce Silver Ghost był arcydziełem techniki w porównaniu do Forda T. Jednak to ten ostatni zmienił historię komunikacji. Przykłady można mnożyć, choćby o barwniki anilinowe, przędzarkę „Jenny”, aparat Kodaka, komputery Sinclaira, Atari, Apple i IBM PC. Od pewnego czasu próbuje się coś takiego zrobić także na rynku audio, a właściwie rynku hi-fi. Pierwsze przymiarki wypuściły małe audifilskie manufaktury, głównie z Europy Zachodzniej i USA. Tą drogą poszły też Studio Oslo, które były zgrabnymi, estetycznymi i niedrogimi kolumnami grającymi dojrzałym dźwiękiem. Kolejny model, Master Oslo, też był udaną konstrukcją, przy czym oba nie powstałyby bez doświadczenia Ancient Audio i jego bezkompromisowych konstrukcji High-end.

A zatem przodem.

A jednak ani Ancient Audio, ani żadnej innej firmie o proweniencji audifilskiej nie udało się pustki rynkowej wypełnić. Samo doświadczenie, sam dobry projekt tu nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze seryjna produkcja o odpowiedniej skali. Nie wystarczy i sama skala. Pamiętacie zapewne, jak dziesięć lat temu pojawiło się sporo chińskich produktów hi-fi? Ich ceny były znacznie niższe niż renomowanych odpowiedników. I co? Znacie dużo popularnych chińskich marek hi-fi ? Kiepskie projekty i brak doświadczenia położyły je niemal wszystkie. Konieczna jest odpowiednia kombinacja wiedzy, technologii i zdolności produkcyjnych, a także łut szczęścia przy projektowaniu, dystrybucji i z utrafieniem w rynkowy moment.

Tej kombinacji brakło wcześniejszym małym Ancient Audio. Projekt był bardzo udany, kolumienki zagrały dobrze. Ale zabrakło zdolności produkcyjnych i technologii produkcji masowej. Hi-endowa manufaktura jest zorganizowana pod kątem ograniczonej produkcji wysublimowanych urządzeń; firma nie była w stanie produkować dużo i tanio.

Za to trzy lata temu, pojawił się kolejny element układanki na rzecz masowej oferty Frama, mianowicie technologia Cyfrowego Procesora Głośnikowego. Ten był kosztowny i skomplikowany w projektowaniu, jednak idealnie pasował do seryjnej produkcji. Do pełni szczęścia potrzebny był więc jeszcze tylko ostatni element – ta masowa produkcja.

W tym zakresie Polska ma niezłą pozycję. Potrafimy wyprodukować 10 milionów telewizorów rocznie i zapewniać na masową skalę komponenty do luksusowych samochodów, jachtów i mieszkań.

Wystarczyło to wykorzystać, sięgnąć po istniejące zasoby. I to się stało! Pod nazwą „Fram” ( czyli po norwesku „Naprzód”) w zeszłym roku przedsięwzięcie miało premierę na wystawie Audio Video Show. Norweska nazwa została wybrana jako kontynuacja sprawdzonych konstrukcji Oslo, jako że design nowych kolumn też trzyma się skandynawskiego minimalizmu. Prezentacja prototypów na wystawie była udana – koncepcja kilku różnej wielkości kolumn aktywnych, wyposażonych w procesor P-3 MK IE, się okazała trafiona.

W efekcie założona została pod koniec 2016 roku firma Digital Speaker Manufacture, mająca za zadanie urzeczywistnić te sprawdzone koncepcje w postaci seryjnej produkcji. Firma weszła w kooperację z najlepszymi polskim producentami detali aluminiowych, elektroniki oraz jej montażu i testowania, a sam projekt został oparty na wzmacniaczu w klasie D z procesorami P-1 i P-3 oraz najnowszych przetwornikach A/C i C/A o rozdzielczości 24 bity.  Sama zaś cześć akustyczna została zaprojektowana na nowo, praktycznie biorąc od zera.

Ale i nie bez tyłu. Bo kto go nie zabezpieczy, ten daleko nie zajdzie.

Pierwszym krokiem był tu wybór głośnika. Ponieważ koncepcja jednego szerokopasmowego źródła sprawdziła się w Studio Oslo i Master Oslo, została zachowana także w nowych projektach.  Na ich rzecz przetestowano większość dostępnych na rynku przetworników o wielkości 10-12 cm i zamówiono nawet prototypy z membrana kevlarową w Chinach. Po wielu próbach odsłuchowych wybrano jednak głośniki z membraną aluminiową od SB Acoustics; produkowane w Indonezji, ale projektowane przez Duńczyków i przez nich jakościowo nadzorowane. Wybrano ze względu na znakomite wykonanie i dużą moc akustyczną przy niewielkich wymiarach.

Linia obejmuje trzy modele: Mini, Midi i Maxi. Wykorzystujące tę samą elektronikę i moduł obudowy oraz podobne przetworniki (Mini ma celulozową membranę.) Różnica bardziej zasadnicza dotyczy więc tylko oprogramowania, uwzględniającego różne rozmiary pomieszczeń.

Najmniejsze Mini są głównie przeznaczone na biurko, do współpracy z telewizorem, komputerem lub telefonem. Ich papierowego głośnika można słuchać z przyjemnością już od 80 cm. Mini mogą także nagłaśniać całe mniejsze pokoje. Obudowa jest zamknięta, przez co kolumienka może być zgrabna.

Midi były pierwotnie zaprojektowane jako dźwięk do dużego ekranu 4K i miały być ułożone w poziomie jak soundbar. Odsłuchy prototypów pokazały jednak, że potencjał jest znacznie większy. Przy szerszym ustawieniu i orientacji pionowej są atrakcyjnymi audifilskimi kolumnami. Do takiego ustawienia przydadzą się dedykowane podstawki. Aluminiowe głośniki mają bardziej ofensywny charakter, tworząc żywy, przestrzenny dźwięk, najatrakcyjniejszy do odsłuchu z większej odległości. Midi mogą także pracować na biurku, a umożliwiający to program jest przełączany z tyłu obudowy. Ich zasadniczym przeznaczeniem są jednak średniej wielkości pokoje o metrażu 15-30 m2. Dwie membrany bierne solidnie wspomagają pracę kolumny w obszarze niskich tonów, uzupełniając wydatnie aluminiowego, aktywnego szerokopasmowca.

Największy Maxi sprawia wrażenie powielonego Midi. Jest to już jednak inna klasa. Maxi są podłogowymi kolumnami o znacznie większej skali dźwięku i porządku na scenie.  Wzmacniacze są tu w obydwu kolumnach, a nie jak u mniejszych w jednej, co daje sumaryczną moc maksymalna 300 W. Układ dwóch głośników  jest znacznie bardziej kierunkowy wertykalnie, dzięki czemu dźwięk mniej odbija się od podłogi i sufitu, przez co nie tracimy dynamiki podczas zwiększania odległości. Maxi wypełnią więc dźwiękiem bezproblemowo pomieszczenia o powierzchni 25 – 50 m2.

Całkiem go z góry.

Miło jest się innymi wysłużyć, ale coś musimy dodać do tego. Fram Midi są całe srebrne lub całe czarne, i całe po wierzchu w kątach prostych. Półmetrowej wysokości fronton to więc na obrysie prostokąt, ale w obrysie to trzy kółka i wszystkie jednakowe. Górne to ten albuminowy głośnik aktywny, a poniżej dwa identyczne pasywne basowe. I do tego na samym dole lampeczka aktywności, migocąca przy regulacjach i poprzez kolor (kolejno zielony, niebieski i tęczowy) pozwalająca rozpoznać aktualnie wybrany zakres głośności, którego regulacja odbywają się za pośrednictwem małego pilota, umożliwiającego także samo włączenie i całkowite wyciszenie.

Na wszelki wypadek dwuprzyciskowy potencjometr jest też powtórzony na kolumnie aktywnej, a oprócz niego są tam dwie pary analogowych wejść RCA oraz cyfrowe USB. Kolumny nie są odgięte, a stać mogą wprost na podłodze lub biurku, albo na dołączonych podstawkach, które je wizualnie dublują. Aktywna komunikuje się z pasywną poprzez kabel, sama zaś może przyjmować sygnał bezprzewodowo albo także po kablach. Uzupełnieniem jest mały zasilacz niskonapięciowy o nominale 24 V, czyli nie z tych najmniejszych. Moc wbudowanego wzmacniacza to 2 x 60W, a odległość zalecana słuchacza to 1-3 m. W środku oprócz wzmacniacza w klasie D pracuje procesor Ancient Audio P-3 MK IE oraz 24-bitowy przetwornik Crystal Semiconductor i odbiornik Bluetooth.

Odsłuch

Wtyki, przyłącza, regulacje.

   Zacząłem testy od telewizora, zastępując jego kilkuwatowe głośniczki napędzane wewnętrznym wzmacniaczem tymi średnimi Framami, czerpiącymi sygnał poprzez analogowe kable Crystala od Blu-ray OPPO 103D, spiętego kablem HDMI z tunerem satelitarnym mediaBOX+. Zagrało niewątpliwie lepiej, tak bardziej naturalnie, wyraźnie oraz żywiej, a także z dużo większym wolumenem dynamiki i głośności. Cudów jednakże nie ma, bo sygnał z satelity to nie jest dobry sygnał audio. I nie jest nim także brany z płyty CD czy Blu-ray puszczany z tańszego OPPO. (Z droższego to co innego.) Zresztą, co ja się będę tłumaczył. Zwyczajnie mi się nie chciało prowadzić dźwiękowego dochodzenia przy telewizorze i nie chciało też przy komputerze, gdzie na postawienie głośników nie ma już teraz miejsca. Karol się wyprowadził i jego komputerowy zakątek zniknął, a u mnie słuchawkowe królestwo, że nawet palca nie wciśniesz. Pozostawało w tej sytuacji podłączyć Framy do odtwarzacza, co się odbyło dla nich normalną drogą, a dla mnie trochę nienormalną, bo za pośrednictwem znajdujących się w ich komplecie długich przewodów XLR/RCA, gdzie XLR idzie do źródła, a RCA do jednego z dwóch kompletów analogowych wejść w kolumnie aktywnej. (Czyli prawej.) W tym miejscu ważna uwaga. Wbudowany wzmacniacz jest wyskalowany na przyjęcie sygnału o napięciu 2,0 V, tak więc w odtwarzaczu takim jak Ayon przełącznik mocy sygnału wyjścia należy ustawić w pozycję »Low« a nie »High«. Inaczej zjawią się zniekształcenia i nie będzie to żadna awaria, a jedynie złe ustawienie. Ze spraw technicznych jeszcze jeden załącznik, mianowicie w małym okienku na tyle kolumny aktywnej znajduje się trzypozycyjny suwaczek, pozwalający ustawić brzmienie bardziej aktywne, neutralne i stonowane. Nie ruszałem go, zakładając że fabrycznie ustawiony poziom »Neutral« jest optymalny na potrzeby opisu. I jeszcze na koniec dodam, że kolumny nie są dobrze przystosowane do grania stając wprost na podłodze. Pilot źle radzi sobie wówczas z lokującym się bardzo nisko odbiornikiem, a samo brzmienie wyraźnie traci. Tak więc biurko lub na podstawkach, a podłoga jedynie w ostateczności.

Przejdźmy do brzmieniowego sedna. Każdy system dźwiękowy jest nośnikiem swej sygnatury, całościowego wrażenia. W przypadku średniego systemu Fram ta sygnatura to odświętność. Wrażenie czegoś niezwykłego, uczestnictwa w muzycznym teatrze, dominowało. Rozbijmy je na składowe. Pierwsza z nich przestrzeń, o najsilniejszym działaniu. System grał dźwiękiem posadowionym dość daleko, jakieś sześć, siedem metrów od słuchacza siedzącego trzy metry przed głośnikami. Grał sceną na wysokości oczu – szeroką, wysoką i głęboką. Głęboką bardzo wyraźnie i sięgającą trochę za ściany boczne, o dobrym też rozwinięciu w pionie. Także tu, podobnie jak u małych Audioform, test stereofonii pokazał łuki przebiegające z tyłu za głośnikami, wystawiające wysoką notę spójności i głębokości. Dobrze też trzymał się poziom, bez tendencji do opadania czy wzlatywania w górę.

Druga sprawa to medium. Czyste i bardzo transparentne, mające pewien ciężar własny, ale bardzo nieznaczny. Co innego za to robiące wyraźne, mianowicie pogłosy. I nie tylko poprzez dobitność, ale także echowość. Ona właśnie powodowała teatralizację, powiększając obszar słuchania. Nie było wrażenia klubu czy jakieś sali wielkości szkolnej klasy, tyko teatru lub niewielkiego kościoła. Nie jakiegoś wielkiego czy ogromnej katedry, ale i nie czterdziestu-sześćdziesięciu metrów. Echo wyraźnie wędrowało, odbijając się od ścian dość odległych, co dawało ten nastrój odświętności, pewnej niecodzienności miejsca. Więc nie jak u siebie w domowych pieleszach czy małym jazzowym klubie, chociaż nie jak w Teatrze Wielkim czy bazylice Maryi Panny. Takie coś, takie powiększenie obszaru,  to niemała gratka dla kinowego odbioru, ale też smaczek dla samej muzyki, która przez to przestaje bać swojska, stając się wydarzeniem.

Co tego fotografa tak rzucało w górę i na dół?

Ten nastrój pewnej podniosłości, czegoś niecodziennego, był także budowany zupełnym brakiem ocieplenia. Neutralność temperatury posunięta do granic, że ani zimna, ani ciepła – wszystko z pieczęcią autentyzmu. Ale właśnie nie klubowego czy z dobrze ogrzanego mieszkania, tylko jak w teatrze czy filharmonii, że kilkanaście stopni a nie dwadzieścia parę.

Przechodząc do podzakresów pasma. Soprany otwarte, dźwięczne i bez wrażenia złota czy srebra, tylko bardziej jak w szklance woda. Dzwoneczki wykwintnie dzwoniące i bez żadnej cienkości, chociaż nie tak misternie złożone jak u najlepszych kolumn. Ale na tyle adekwatne, że budzące szacunek nawet w wysokich kryteriach, zwłaszcza poprzez gładkość oraz przestrzenny wymiar.

Średni zakres w tej teatralizacji. Wokaliści postawieni daleko i wspomagani echami, na podobieństwo aktorów czy piosenkarzy dla siedzącego w piątym, siódmym rzędzie widza. A zatem nie bardzo bliscy, ale i niespecjalnie dalecy, chociaż już w perspektywie.

W tym miejscu muszę dodać, że system bardzo starannie różnicował nagrania pod względem wielkości źródeł. Na jednych płytach śpiewacy i instrumenty okazywali się dużo więksi niż na innych, a dystans bywał bardzo różny.

Bas to ciekawa sprawa, bo mówimy wszak o małych głośnikach. Ale te dwa pasywne wspomagające dobrze wykonywały swe zadanie i basu w efekcie było sporo, a także nisko schodził. Mało tego, potrafił tak się rozhulać, że trząść zaczynał ścianami. Nie popadajmy jednak w euforię; wydatnie basowy materiał z bardzo niskimi zejściami nie da się bez zniekształceń tymi średnimi Framami odtwarzać na wysokich poziomach głośności, chociaż pozwala na normalne głośne słuchanie. Pokój 26-metrowy, jak pokazała praktyka, da się wypełnić głośnym brzmieniem, natomiast dzikiego ryku nie da się uskutecznić – do tego trzeba większych kolumn. Lecz głośne granie jak najbardziej i, jak mówiłem, w odświętnej atmosferze. Z wysoką pod każdym względem kulturą, neutralną ciepłotą i dobrą szczegółowością.

Dwa ma to granie proste atuty, pozwalające poczuć radość. Pierwszy taki, że to jest autentyczna muzyka; drugi, że grana na pięknej scenie. Muzykalność jest oczywista, chociaż nie z takich najbardziej bezpośrednich i gorących. Obecność wykonawców dzieje się dość daleko, a temperatura jest neutralna. Niemniej rysy postaci kształtowane polem brzmieniowym są bardzo autentyczne i całkowicie wolne od uchybień. Kontury ładnie wyoblone i bez wyostrzonej kreski, a głosy mają miąższość, powab i melodyjne płynięcie. Nie są ciepłe, ale humanistycznie naturalne, bo naturalnie śpiewne są głośniki. Dodatkowo też ze wspomaganiem basowym, które przydaje echowej poetyki i choćby w przypadku wiolonczeli pozwala poczuć dojmujące uderzenie niskich wibracji, które rozrywają wprost duszę.

Jako kompletny system.

Wszystko to daje dużego formatu przeżycie, chociaż to nie jest aż wyrafinowany high-end. Konstrukcja dźwięku na to zbyt prosta, a moc głośników za niska. Ale tak to zostało zrobione, że mimo wszystko słucha się z fascynacją. Jest poezja obszaru i poezja samej muzyki. I jest ta od pierwszego taktu odczuwana odświętność – dzianie się czegoś niezwykłego. A przy tym bez obcości rozumianej przez dziwność. Średnie Fram wyrywają nas z domowego ciepełka, ale nie rzucają na pastwę obcości. Od razu się odnajdujesz i rad będziesz ze słuchania tak podawanej muzyki. Mimo że to nie jest odświętność w stylu choinki i domowego ogniska, tylko coś bardziej zewnętrznego, przychodzącego z innego świata. Ale jak już mówiłem, to się przydaje kinu, a nie szkodzi muzyce, która przecież nie musi być koniecznie gorąca i klubowa. Tym bardziej, że średnie Framy potrafią oddać swoistość i klimat. Nie ma w nich ujednolicania, wszystkiego na jedno kopyto. Potrafią  oferować szeroką paletę uczuć, bo całe są wyważone, nie wychylone w żadną stronę i w oddaniu muzyki dokładne.

Podsumowanie

Tył i przód raz jeszcze.

    Trzeba pamiętać, że mowa o kolumnach aktywnych, czyli komplecie głośników podstawkowych z okablowaniem i wzmacniaczem za łącznie pięć tysięcy, co w audiofilskich realiach znaczy grosze. Napisałem wprawdzie na wstępie, że Fram Midi to coś dla wszystkich a nie dla samych audiofili, ale nawet ci korzystający wyłącznie z kina domowego muszą mieć mniejsze czy większe inklinacje do audio, bo gdyby ich nie mieli, nie rozglądaliby się za czymś mogącym poprawić przemowy i hałasy dobiegające z ekranu. A że przy okazji muzyka – także ta grana z lepszego źródła niż tuner satelitarny – no to przecież tym lepiej. Za te pieniądze takie granie? Z poczuciem odświętności i na cały duży pokój? Oby tak dalej w tym kierunku, bo pierwszy krok jest zrobiony. Fram ma chyba przed sobą przyszłość, chociaż się nie czuję wyrocznią i niczego nie podejmuję przesądzać. Rynek to także miejsce kaprysów, mód, nieracjonalnego rozwoju akcji i jej zaskakujących zwrotów. Ale odświętne granie za te pieniądze w opakowaniu nowoczesnego dizajnu powinno się raczej przebić, są na to duże szanse. Kolumny będą prezentowane na AVS, więc każdy sam będzie mógł posmakować. Oceny tam i tu wyrażane bardzo się producentom przydadzą,

W punktach:

Zalety

  • Tanio a dobrze.
  • I we wszystko poza źródłem zawierającym komplecie.
  • Eleganckie, przestrzenne soprany.
  • Dalecy ale realni wykonawcy.
  • Mocny jak na te rozmiary bas.
  • Silny pogłos o charakterze echowym powiększa obszar działania.
  • Duża scena – na wiele metrów głęboka i z lekka wychodząca za ściany boczne.
  • Dobra też wysokość jej zawieszenia i dobra rozpiętość w pionie.
  • Także spójna stereofonia.
  • Przejrzyste, nie całkiem pozbawione ciężaru własnego medium.
  • Neutralna temperatura, wraz z echami i dużą sceną dająca wrażenie teatru.
  • A jak już teatr, to też odświętność, bo przecież nie mieszkamy w teatrze.
  • Kontury ładnie wyoblone, pozbawione niepotrzebnych obwiedni i jeszcze bardziej szkodliwego spłaszczenia.
  • Dźwięczność i muzykalność.
  • Bardzo staranna artykulacja.
  • Duża rozpiętość emocjonalna.
  • Dobre także oddanie swoistości brzmienia.
  • Nowoczesny wygląd.
  • Wbudowany przetwornik.
  • Wbudowany procesor akustyczny Ancient Audio.
  • Dobrej klasy głośniki od uznanego producenta.
  • Przyłącza analogowe i cyfrowe.
  • Także łączność bezprzewodowa.
  • Pilot, ale i ręczna obsługa.
  • Wielozadaniowa uniwersalność – kino domowe, system audio, lokalizacja biurkowa.
  • Cała oferta zawiera trzy opcje rozmiarowe.
  • Z założenia duże przedsięwzięcie biznesowe.
  • Made in Poland.
  • Szeroka sieć dystrybucyjna.

Wady i zastrzeżenia

  • To dopiero wersja prototypowa.
  • Nie polecam stawiania wprost na podłodze.
  • Do naprawdę głośnego grania w dużym pokoju trzeba sięgnąć po wersję Maxi.

Dane techniczne Fram Midi:

  • Aluminiowy głośnik φ120 mm i dwie membrany bierne o tej samej średnicy.
  • Zalecany dystans słuchacza: 1-3 metry.
  • Moc: 2 x 60 W.
  • Wejścia analogowe: 2 x RCA.
  • Wejście cyfrowe: USB.
  • Transmisja bezprzewodowa: Bluetooth.
  • Pilot.
  • Kable XLR/RCA x 2.
  • Kabel do łączenia z kolumną pasywną.
  • Podstawki.
  • Cena: 5000 PLN.

 

System:

  • Źródła: Ayon CD-35 Signature, OPPO 103D.
  • Aktywny system głośnikowy: Fram Midi.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

2 komentarzy w “Recenzja: Fram Midi

  1. Jakubas napisał(a):

    Osobiście tych kolumn słuchałem u Pana Wawszczyszyna (zostały mi zaprezentowane zamiast Master Oslo, którymi byłem zainteresowany). Rzeczywiście wydaje się to oferta bardzo atrakcyjna, pozwalająca na super odsłuch przy komputerze oraz w calym pokoju.
    W tym miejscu chciałbym jeszcze raz podziękować Panu Wawszczyszynowi za super przyjęcie i miłą rozmowę ze mną i moim holenderskim kolegą 🙂

    1. Jakubas napisał(a):

      Prawidlowe nazwisko Pana Jarka to oczywiscie Waszczyszyn 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy