Recenzja: Fostex TH900 Mk2

Odsłuch

Od strony wizualnej większych zmian brak - wciąż stonowaną konstrukcję nośną zwieńczają misternie pomalowane komory akustyczne.

Od strony wizualnej zmian brak. Jedynie wlot kabla jest trochę inny.

   Zacznę od ogólnych spostrzeżeń odnośnie wygrzewania i porównania z wersją poprzednią. Cierpliwość – to słowo, które właściciel świeżo nabytych Fostex TH900 Mk2 musi sobie przyswoić. Słuchawki wygrzewają się bardzo długo, ładnych kilkaset godzin. Niby to nic nowego i starsza wersja też, ale tym razem o tyle rzecz jest istotniejsza, że mnie na przykład początkowo dosyć te Mk2 irytowały, podczas gdy poprzednie na pewno nie tak. Nowsze od startu grają wprawdzie niezwykle transparentnie i super szczegółowo, ale wyraźnie podniesionym, za jasnym i zbyt skrzeczącym dźwiękiem. Czerń tła okazuje się bardziej szarością, a głosy wokalistów w porównaniu do tych z innych wybitnych słuchawek zbyt sopranowo podbarwione i nie dość płynne. Co najgorsze w tym wszystkim, stan taki utrzymuje się uporczywie. Dokładnie nie mierzyłem, ale na pewno bardziej tygodniami niż dniami. Nie wystarczy zatem na parę nocy zostawić je ze wzmacniaczem, tylko ciągnie się to wygrzewanie i ciągnie, ale na koniec zło ustępuje. Tonacja się obniża, barwy ciemnieją i się nasycają, a tło gęstnieje i dociąga do efektownej czerni. Teraz ta super transparencja i super szczegółowość tracą aspekt drażniący, wnosząc wkład w coś, co nazywamy zachwytem. Niewątpliwie TH900 Mk2 grać potrafią zachwycająco, i to w sposób najbardziej popisowy – że tylko je zakładasz i z miejsca krzyczysz: – Wow! Wystarczy parę tygodni i rzucą na kolana, a jeśli nawet nie rzucą, to zmuszą do szacunku. Styl własny bowiem zostanie w nich zachowany, i można ten styl lubić bardziej, a można lubić mniej. Tak więc na użytek opisu należy go skonfrontować z możliwie przeciwległym, no i na szczęście miałem takie stylistycznie wysoce różne pod ręką.

Z odtwarzaczem przenośnym

Zmiana jednak jest - nowe TH900 posiadają zgodnie z branżowym trendem odpinany kabel.

Nowe TH900 posiadły, zgodnie z branżowym trendem, odpinany kabel.

Zacznijmy od sprzętu przenośnego, skoro jest u tych Fostex TH900 Mk2 prostota napędzania. Cowon Plenue, przelotka, porównanie. Porównanie do także zamkniętych i też drogich, nawet o wiele droższych, MrSpeakers Ether Flow C; kosztujących dziewięć a nie sześć i pół, i jeszcze podrożonych kablem Tonalium. Pisałem wprawdzie w recenzji otwartych Ether, że ich oryginalny kabel DUM jest znakomitej jakości, ale Tonalium oferowało jeszcze głębszą odmienność stylu, a o to tym razem szło.

Różnice? Tak, różnice, ale i podobieństwa. Jedne i drugie wygodne, nietrudne do napędzenia i dość lekkie, ale brzmieniowo odmienne.

Zacznijmy od recenzowanych. Przeciętnie mocny Cowon Plenue napędził je z dziecinną łatwością i na dodatek zagrały, że nic tylko bić brawo. Jak zawsze szczegółowo i super transparentnie – transparentnie tak bardzo, że trudno o lepszy przykład. Medium krystalicznej czystości i przejrzyste na przestrzał, nie stawiające wzrokowi najmniejszego oporu. To się ogromnie podoba: daje dostęp do wielkich połaci i niecodzienne poczucie absolutnej czystości; ale nie takiej klinicznej, nie stechnicyzowanej, tylko – powiedziałbym – artystycznej. Wspaniała transparencja na użytek samego brzmienia; bez najmniejszego śladu sztuczności, odrealnienia. Przynajmniej tak w pierwszym rzucie, bez czynienia porównań. Wspaniale czysto, elegancko, drobiazgowo, misternie. A jednocześnie mocno – z super basem i dynamiką. Wielka scena, plan pierwszy usadowiony daleko – spoglądasz i widzisz wszystko. Sama zaś na tej scenie muzyka bez ocieplenia lecz w przeciwieństwie do medium gęsta i przede wszystkim echowa.

Do wyboru mamy dołączony kabel z końcówką 6,3mm oraz firmowy XLR.

Do wyboru kabel z końcówką 6,3 mm lub firmowy XLR.

Echo czuć nieustannie i ono buduje teatr, ponieważ nie są to brzmienia bliskie, swojskie ani powabne, tyko epatujące niezwykłością. Spektakl a nie poczucie zbliżenia – muzyka do podziwiania, a nie by się przymilać. Nie ciepła i nie bliska, tylko echem niesiona, transparentnością wybitna i szczegółowością misterna. Z wyraźnymi akcentami na skraje pasma, lecz ze środkiem na tyle podkreślonym i na tyle też smacznym, że te mocne soprany i potężny podkład basowy są tylko upiększeniami a nie dominantą całości. Tak więc gra to niezwykle efektownie i dla opisu efektowność to najwłaściwsze słowo. Popisują się te Fostexy, że słuchając można się z wrażenia rozdziawić.

Ale jest też szkoła innego dźwięku, szkoła od MrSpeakers. Jak przystało na przeciwieństwo, podająca dźwięk bliski, pieszczący i ciepły. Bardziej gęsty i zawieszony w medium nie tak przejrzystym; nie w stylu nieobecności tylko gęstym i wyczuwalnym, chociaż nie dającym zamglenia. To medium się odczuwa – jak ciepłe powietrze na skórze, a nie lekki, orzeźwiający powiew. Wrażenie wielkości scenicznej samo przez się tu nie powstaje, natomiast przy odpowiedniej muzyce wielkość bezproblemowo dochodzi do głosu. Dominuje jednak bliskość, płynność i dociążenie, a nie echo i szczegółowość Wykonawcy są bardziej bezpośredni i bardziej ludzcy, a nie jak teatralne postaci ze scenicznej oddali. Akcent pada na wydobycie ich cech indywidualnych, a nie powiększanie sceny echami i wrażenie uczestniczenia w czymś niezwykłym. Przeciwnie, ma być kameralnie, normalnie, swojsko; a niezwykłość brana jest jedynie od samej muzyki. Wielka scena – o ile tak to zostało nagrane – pojawia się bez problemu, lecz nie na zasadzie, że jest to własny, stale obecny samych słuchawek dodatek.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy