Recenzja: Divaldi AMP02

Odsłuch: W domenie cyfrowej

xxx

Sporo tego. A co ważniejsze – da się podłączyć gramofon.

   Zacznijmy tym razem na odwrót – od wyższej jakości cyfrowego źródła, to znaczy tego pasującego wizualnie Metronome. Pamiętając o wyrazistości poprzedniej wersji jednoczęściowej połączyłem oba urządzenia najtańszym (6000 PLN) kablem Sulka, zakładając jego przydatność w roli poprawiacza muzykalności i ewentualnego łagodzenia zbyt ostrych form. Tu niewątpliwie trafiłem, bo i tak było niezwykle wyraźnie – z dobitnie zaznaczanymi konturami, super szczegółowością i ponadprzeciętnie transparentnym medium. Ogólnie w stylu, za którym niektórzy wprost przepadają, to znaczy z mocną ekspresją detali i źródłami rozmieszczonymi w medium krystalicznej, niemalże laboratoryjnej czystości. Bez chłodu jednak; z odczuwalnym przyjemnie ciepłem oraz odpowiedniej jakości melodyką. W sumie więc popisowo, czego dodatkowym, bardzo silnym podkreśleniem była wyczuwalna w dźwięku energia, generowana przez zapas mocy. Szybkość, witalność, dynamika – to czuło się cały czas. Żadnego zarazem naprężania czy skracania wybrzmień – tego zupełnie nie było – natomiast siła i zapas mocy.

Ktoś mógłby z tego wyciągnąć wniosek, iż był to biegun przeciwny do lampowego grania; ale nie, żadnej biegunowości. Melodyka okazała się odpowiednia, a głosy podane naturalnie – dobrze zindywidualizowane, ciepłe i wyraziste. Podszyte bardzo starannie skanowanymi teksturami i wspierane drobiazgową szczegółowością, nie miały jednak nic ze sztuczności czy laboratoryjnego chłodu. Brzmiały czysto i nośnie, natomiast nie chłodno czy sterylnie.

W tym miejscu dotyka nas jednak nieuchronnie kwestia dopasowania słuchawek. Uważnie przysłuchałem się zbiorowi złożonemu z AudioQuest NightHawk, Beyerdynamic T1, Fostex TH900, MrSpeakers Ether Flow i Crosszone CZ1 – i nie zgadniecie, które pasowały najbardziej. Pasowały najbardziej w sposób ewidentny, bez żadnych w tym względzie wahań. To oczywiście moje subiektywne odczucie, ale poparte aspektami obiektywnymi: najbardziej ożywionym i gęstym medium, najlepszym czuciem przestrzeni i najlepszą reprodukcją sopranów, a wraz z nią całego dźwięku.

xxx

Dwie części, jeden kabel.

Gdyby to była recenzja pisana przez kogoś innego i miałbym teraz zgadnąć, które to będą słuchawki, rzeczywistego zwycięzcę umieściłbym na ostatnim a nie pierwszym miejscu. Tak to w audiofilizmie bywa, pewnych rzeczy niepodobna przewidzieć. Bo tymi zwycięskimi okazały się Fostex TH900, a przecież wiele już razy pisałem, że one same od siebie medium czynią szczególnie transparentnym, czyli transparencja nałożyła się tu na transparencję, by dać w efekcie… obraz najbardziej zgęszczony. W łeb zatem wzięła logika dialektyczna Hegla, teza plus antyteza nie okazała się syntezą. W logice heglowskiej przeciwieństwa się uzupełniają, by stworzyć nową jakość, czyli według jego doktryny najlepiej powinny pasować najgęściej grające AudioQuest NightHawk. Tymczasem nic z tych rzeczy, bo prawem innej logiki – antylogiki audiofilizmu – NightHawk zagrały niezwykle jak na siebie transparentnie, właśnie „źródłami w pustce”. Nie do końca, rzecz jasna, ale na pewno dużo bardziej niż inni z TH900 na czele i z mocniej zaznaczonym echem. Bez obcości, ale nie tak wiarygodnie w sensie perfekcji odtworzenia. Poczucie bycia „tam”, odbiór całościowy przekazu, kontakt z każdym centymetrem przestrzeni, były u japońskich flagowców zdecydowanie tym razem mocniejsze. Dochodziły do tego bardziej „miękkie”, lepiej układające się u nich soprany – dające wyraźne poczucie, że są właściwiej ujmowane. A zatem nie teza z antytezą dały najlepszą syntezę, ale jak w tradycyjnej matematyce: minus plus minus dały plus.

Na drugim miejscu wylądowały Beyerdynamic T1; grające nieco ciemniejszym i nie tak dobrze układającym się, ale także bardzo przekonującym dźwiękiem. Też dające mocne poczucie obecności, całościowej trafności i dobrego oddania przestrzeni, jednak nie tak dojmująco jak japoński konkurent. Słabiej gdy chodzi o melodykę głosów, wnikanie w brzmieniowe konstrukcje i buszowanie po całościowej złożoności. Z mniejszą ilością bitów na jednostkę objętości i nie tak przekonującymi sopranami.

Tym razem górą okazały się więc być przetworniki typu Tesla; pozostali wypadli skromniej. Też w sumie bardzo dobrze, albowiem sam wzmacniacz jest dobry, ale całkiem inaczej niż w przypadku recenzowanego niedawno Octave. U niego zdecydowanie górą były Crosszone, a na drugim miejscu planarne MrSpeakers, za którymi TH900 zostały wyraźnie z tyłu. A tutaj właśnie na odwrót, i tylko T1 przy obu wzmacniaczach wypadły podobnie dobrze. To uświadamia, jak bardzo wzmacniacz i słuchawki grają w duetach, jak trudno o bezwzględną ich stratyfikację, kiedy oceniać je osobno. (Co jednak ani trochę nie zmienia mojego stanowiska, że z dynamicznych Sony MDR-R10 były od zawsze poza konkurencją i nic ich miary później nie wyprodukowano – i chyba długo jeszcze tak pozostanie.)

xxx

Gniazdologia w zbliżeniu.

Żałowałem zarazem, że nie miałem tym razem na stanie żadnych Pandor, które do jednoczęściowego Divaldi pasowały najlepiej. W ciemno można zgadywać, że spośród tańszych konstrukcji modele III, IV i VI tego producenta okażą się najlepsze, zwłaszcza wobec pewnego rozczarowania NightHawk. Może nie tyle rozczarowania – bo jeśli ktoś chciałby przewalczyć ich gęstość, to Divaldi znakomicie się nada – ale mimo wszystko oczekiwałem większej synergii. Liczyłem nawet, że najtańsze z porównywanych okażą się smakowicie najlepsze; ale nie, nie tym razem. Inna za to rzecz się smakowicie sprawdziła, mianowicie sam wzmacniacz. Popatrując jak stoi przy Metronome, myślałem o nim, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić i gdyby ktoś z dalekiego świata, powodowany kaprysem wzięcia w posiadanie osobliwie wyglądającego malucha z Polski rzeczywiście go nabył, łącząc z wysokiej klasy źródłem, to niewątpliwie by się mocno zadziwił, jak dużo ten maluch umie. Szokująca przy tym rozmiarze moc i niezwykła na dodatek finezja. Do tego rewelacyjne wzornictwo i super wykonanie. Możemy sobie gratulować i gratulować firmie Mediam.

Dokładne powtórzenie się sytuacji zdiagnozowanej przy odtwarzaczu po przeniesieniu do komputerowego źródła nie jest regułą, ale tym razem historia dokładnie się powtórzyła. Wciąż słuchawki Fostex TH900 wyraźnie lokowały się przed innymi i wciąż Beyerdynamic T1 miały najmniejszą stratę. Zmieniło się tylko to, że doszlusowały do nich Crosszone CZ-1, podczas gdy pozostali trwali na swych dalszych lokatach. Nie zmieniła się też ani na jotę przyczyna górowania Fosteksów. Aż dziwnie się czuję pisząc te słowa, ale naprawdę najbardziej zgęszczały i nasycały dźwiękami przestrzeń – i co zdecydowanie mniej dziwne, ale też trochę osobliwe – w najbardziej naturalny sposób reprodukowały soprany.

xxx

Na spodzie regulatory dopasowania do wkładek. Osobne dla każdego typu.

I trzecia rzecz, nie mniej ważna – najlepiej operowały pogłosem. Tylko u nich pozostawał on integralnym składnikiem brzmienia, w najmniejszym stopniu nie działając jako udziwniacz. Zupełnie jakby te Fosteksy były słuchawkami o innej, sobie tylko właściwej konstrukcji, a przecież to Crosszone i MrSpeakers chwalą się swoją innością. Mało tego, Fosteksy ogólnie biorąc są słuchawkami darzącymi słuchacza mniej lub bardziej oderwanym od dźwięku podstawowego pogłosem – to u nich właściwie reguła. Pozwala im to zwiększać przestrzeń, ale względem takich MrSpeakers z reguły brzmią chłodniej i bardziej obco. Tymczasem w przypadku napędzania Divaldim nie były wcale chłodniejsze, a tylko nieco ciemniejsze, przy jednoczesnej dużo lepszej inkorporacji pogłosu w sferę brzmieniowej normalności; tak naprawdę inkorporacji zupełnej i im tylko danej. Jako jedyne grały w sposób całkowicie naturalny, przywołujący bezdyskusyjny realizm. Niemało to było osobliwe i bardzo nawet mnie zaskoczyło, ale zaraz przypomniałem też sobie, jak bardzo recenzowany niedawno Octave faworyzował Crosszone, a nieco wcześniej Milo Wells Audio sprzyjał Beyerdynamic T1. Podobnie działo się nieraz w przeszłości, gdy na przykład sławetny Bakoon ewidentnie faworyzował Sennheiser HD800 i oba Lebeny też, tyle że z dołączeniem HE-6 i K1000 podpiętych do odczepów głośnikowych. Także sam Divaldi w poprzedniej recenzji najlepiej wypadł z Pandorą VI i grał z nią potem na AVS, ale teraz nie była obecna, nie mogła więc stanąć w szranki z flagowymi Fosteksami. Tak czy inaczej można bez większej obawy błędu zaopiniować, że słuchawkowe wzmacniacze w dużej części faworyzują jeden lub najwyżej dwa, trzy modele słuchawek (ewentualnie jakąś markę), podczas gdy grupa bardziej uniwersalnych okazuje się mniejsza. I jest przy okazji regułą, że te bardziej uniwersalne okazują się mieć przeważnie konstrukcję lampową, co nie powinno zaskakiwać, bo lampy to wszak upiększacze, a więc i szerszy wachlarz wzajemnych poślubień.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

12 komentarzy w “Recenzja: Divaldi AMP02

  1. Tadeusz napisał(a):

    Że tak przy okazji zapytam ,czy jest przewidziana recenzja Copland DAC 215 ?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie umiem odpowiedzieć. Współpraca z tym dystrybutorem ostatnio się nie układa, ale może po AVS ulegnie poprawie.

  2. AAAFNRAA napisał(a):

    Mam dobrą wiadomość. W sklepie internetowym firmy Mediam cena 4 952 zł 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Te ceny to wieczna mitręga. Co chwilę inne.

  3. Miltoniusz napisał(a):

    „…sławetny Bakoon ewidentnie faworyzował Sennheiser HD800 i oba Lebeny też, tyle że z dołączeniem HE-6 i K1000 podpiętych do odczepów głośnikowych.” Rozumiem, że oba Lebeny faworyzowały HE-6 i K1000 a nie HD800, czy tak?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Oba Lebeny faworyzowały HD800 przy gniazdku słuchawkowym i świetnie grały z nimi także AKG K1000 oraz HiFiMAN HE-6 podpięte do odczepów głośnikowych. Cała trójka grała rewelacyjnie. Coś w tym jest niejasne?

      1. Miltoniusz napisał(a):

        Dziękuję, teraz mam pewność. Oczywiście chodzi o Lebena CS-300F i CS-600.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Tak, o te.

  4. Sławek napisał(a):

    Panie Piotrze,
    jako tylko przedwzmacniacz gramofonowy co lepsze Pana zdaniem – przedmiotowy DiValdi, czy ifi iphono2?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie porównywałem bezpośrednio, więc nie mogę stanowczo się wypowiedzieć, ale oba reprezentują wysoką jakość. Za obydwoma stoją też wybitni konstruktorzy.

  5. fon napisał(a):

    No Piotrze jakoś długo nie podajesz info o wypuszczeniu nowych HD 660 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie podaję, bo nie ja jestem w redakcji odpowiedzialny za niusy. Prosiłem Karola o wrzucenie, ale wg niego informacja samego Sennheisera wymaga przeredagowania i uzupełnienia, a nie miał na to czasu z uwagi na inne obowiązki. Sam natomiast zaklepałem na ile mogłem słuchawki do recenzji i zamówiłem nowe pady do moich starych HD600. Pozostaje czekać. Przyjechał za to do recenzji słuchawkowy Woo 22, co kiedyś obiecałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy