Recenzja: Boenicke W8 SE

   O Boenicke Audio wie każdy zorientowany w głośnikach audiofil, że to firma szwajcarska, oferująca specyficznego kształtu konstrukcje, brzmieniowo poczytywane za niezwykłe. Ale kiedy chcieć się wgryźć w temat głębiej i o Boenicke dokładniej przepytać, to niezbyt wiele się dowiemy z licznych skądinąd recenzji i od samego autora. Na stronie domowej Sven Boenicke powiada tyle o sobie, że w filharmonii i na koncertach bywa prawdopodobnie częściej niż którykolwiek inny konstruktor głośników i że ma dzięki temu brzmieniowy kształt oraz barwę instrumentów muzycznych zawsze przy sobie. A wszystko w następstwie drugiej płaszczyzny zawodowej działalności, bycia realizatorem koncertowych nagrań i posiadania na koncie ponad trzystu realizacji. Poza tym możemy też obejrzeć u Boenicke wysmakowany estetycznie i ckliwy emocjonalnie film o przemijalności życia i następstwie pokoleń, osadzony w surrealistycznych pejzażach i nowoczesnej architekturze z towarzyszeniem brzmień typowych dla współczesnej muzyki filmowej. Są tam także w dziale „Shows, Press” odsyłacze do mnogich recenzji, wywiadów i nawet wycieczek do siedziby, ale niewiele nowego można pośród nich znaleźć poza zdjęciami, z których wynika, że osprzęt elektroniczny sali odsłuchowej stale ewoluował, plus zdawkowe rozważania o komputerowym projektowaniu i uwagi o zaletach nie bycia z wykształcenia inżynierem, dzięki czemu ma się świeższe podejście i więcej zaliczonych prób oraz pouczających błędów. Z kolei kiedy samemu Internet przeczesywać w poszukiwaniu czegoś więcej, możemy jeszcze w witrynie Best Swiss przeczytać, że już jako nastolatek Sven Boenicke intensywnie zajmował się inżynierią dźwięku i konstruowaniem głośników; i mimo iż wykształcił się na instruktora sportowego, jego serce wciąż pozostało wierne muzyce i jej odtwarzaniu, w związku z czym pod koniec lat 90-tych założył firmę Boenicke Audio, w całości poświęconą opracowywaniu wysokiej klasy głośników i poprawiających ich brzmienie akcesoriów.

Firma lokuje się w Bazylei, nad Renem, na styku Szwajcarii, Niemiec i Francji, i jest zaledwie trzyosobowa. A dzięki przynależącej do niej stronie internetowej możemy także zajrzeć do firmowej kwatery głównej przy Ramsteinerstrasse 17, gdzie czeka na odwiedzających miejsce w pierwszym rzędzie na prawdziwym koncercie, bo tak kolumny Boenicke grać mają, i gdzie nie widać gramofonu, a jedynie źródła cyfrowe. Możemy się tam będąc nawet dokładnie porozglądać i drobiazgowo pozwiedzać, bo wizualizacja jest dookólna, na bazie skanowania przestrzennego.

Z produktami Boenicke pierwszy raz miałem styczność na AVS 2013, gdzie grał model szczytowy wcześniejszej, wycofanej już linii, a rok później poprzedni dystrybutor, krakowski Living!Sound, prezentował ten właśnie recenzowany obecnie W8, ale nie umiem powiedzieć w której wersji; prawdopodobnie w najtańszej, tyle że ze stelażami SwingSound, które bez dopłaty znajdziemy jedynie w dwóch doposażonych, droższych wersjach.

Dystrybucja Boenicke pozostała w Krakowie, po zwinięciu się Living!Soundu przejął ją też krakowski Nautilus. Wszedł w nią całkiem niedawno, toteż pojawiła się luka, ale kolumny do salonu przy Malborskiej już zawitały i można sobie posłuchać. Chwilowo bez modelu W8, który bezpardonowo wywiozłem, nie oglądając się na argumenty, że ktoś ma już umówiony odsłuch. Bo jeszcze by kupił i dopiero, znowu by ich nie było.

Budujemy Boenicke

Rzecz niewielka, a cieszy.

   Jak przeto wg Svena buduje się kolumny głośnikowe zdolne zapraszać na koncerty, obdarowywać żywą muzyką? Wygląda na to, że buduje z wielu głośników w różnych kierunkach ustawionych i osadzonych w obudowie całościowo drewnianej. I jeszcze tak zawiesza, żeby to wszystko „pływało”.

Przepatrzmy rzecz po kolei, zaczynając od obudowy. Ta w przypadku produktów Boenicke wydaje się najważniejsza. Recenzenci piszą o niej pod dyktat hasła o „litym drewnie” – i jest to o tyle słuszne, że do budowania kolumn Sven nie używa innych materiałów niż drzewo. Wychodzi przy tym z założenia, że nic jak ono pod względem surowcowym nie jest równie bliskie muzyce, chociaż słuchacze trąbek czy kornetów mogliby mieć pewne anse. Tak czy inaczej drewno z muzyką ma mnóstwo punktów wspólnych i wiele wspólnych spektakularnych dokonań, w tym przede wszystkim pudła rezonansowe, obudowom kolumn szczególnie pokrewne. Zdaniem Svena płyty MFD, ani nawet obudowy aluminiowe, nie dają takiego pola popisu dla brzmienia, przy czym sklejka też konstrukcyjnych. Metal można wprawdzie odlewać w dowolnie skomplikowane formy, ale nie pracuje tak dobrze na rzecz akustyki – tak ciekawie i różnorodnie – a sklejka w ogóle się nie równa, umożliwiając jedynie prostsze konstrukcje. W związku z czym Boenicke W8 to dwie pasujące do siebie jak ulał połówki drewnianych kształtek przypominających labirynty, po zespoleniu zamykających ten labirynt w kanały transmisji dźwięku. Wyjątkowo dużo tam zawijasów, pogrubień i pułapek akustycznych, a pośród tego cztery głośniki, ale dokończmy sprawę drewna. Otóż nie jest ono tak całkiem lite, na kształt pojedynczego fosztu, tylko poskładane z drewnianych fragmentów w klaster, w którym cyfrowe obrabiarki CMC z milimetrową precyzją rzeźbią labiryntowe kanały i wyloty głośników.

Tak więc to wprawdzie samo drewno, ale w sensie dosłownym nie lite a scalone. Widać to bardzo wyraźnie na górnej powierzchni zewnętrznej, niczym mozaika podłogowa poskładanej z osobnych segmentów. Wszakże – i to jest bardzo ważne – powierzchnie boczne i fronton są ładnie spasowane i już z niewielkiej odległości wydają się jednolite. W tym miejscu istotny dodatek: kolumny nie tylko są drewniane, ale z jednego gatunku drzewa. Nie jest więc tak, że pod spodem świerk czy sośnina, a tylko z wierzchu szlachetny fornir, tyko jak dąb – to dąb, a jak orzech – to orzech. Cztery gatunki wchodzą w rachubę, oprócz wymienionych także wiśnia i jesion, przy czym wg Boenicke poszczególne gatunki nie dają różnic brzmieniowych, co wydaje się dziwne. W takich skrzypcach na przykład nie jest to obojętne, ale widać obudowy Boenicke na tyle są neutralne, do tego stopnia nierezonansowe, że faktycznie tak jest i pozostaje wierzyć na słowo. Nie znaczy to, że różnic nie ma wcale – są różnice cenowe. Jesion i wiśnia wyznaczają cenowy standard, za dębinę w przypadku W8 dopłacimy dziewięćset złotych, a za najbardziej ekskluzywny i jednocześnie najciemniejszej barwy amerykański orzech tysiąc siedemset. Recenzowane głośniki z niego właśnie zostały wykonane i nie będę ukrywał, że rad temu byłem, bo prezentowały się pierwszorzędnie, a niezależnie od tego wolę muzykę wychodzącą z barw ciemniejszych niż jasnych. Brak forniru oznacza zarazem konieczność wykończenia całkowicie we własnym zakresie i jest to wykończenie perfekcyjne – gładziutkie, równiuteńkie i z półmatowym połyskiem.

Min. smukłym kształtem.

Odnośnie tych obudów w grę wchodzi jeszcze kwestia rozmiaru. Kolumny Boenicke W8 są podłogowe i trójdrożne, ale gabarytowo tak niewielkie, że niemalże znikają. W porównaniu do Audioform 304, a nawet podstawkowych Reference 3A, są niczym kociak przy dużym psisku, wzrok ledwo się ich chwyta. Chyba że stanąć między nimi, bo wówczas się okaże, że całe ich niemal istnienie to są płaszczyzny boczne. Niewidoczne lub ledwo, ledwo z pozycji słuchającego, a w rzeczywistości na tyle rozległe, że bezproblemowo mieszczące duże głośniki nisko-średniotonowe, podczas gdy obwiednia przód-góra-tył-spód z pozostałymi jest wyjątkowo wąska. Całość, włącznie z podstawą, mierzy zaledwie 78 centymetrów, co przy grubości dwunastu daje wspomnianą nikłość. Z tego wynikają potem kontrasty, bo dźwięk dla odmiany jest bardzo duży, można powiedzieć ogromny, ale o nim za chwilę.

Z problematyką obudów łączy się kwestia stawiania; tu dodatkowo trudna, by się „to wąskie” nie przewracało. Od razu w związku z tym powiem, że duży pies wymachujący ogonem, albo ganiająca dzieciarnia, to nie jest środowisko dla tych W8 i radzę tego unikać. Jeden ruch i kolumna leży, a lubiący ostrzyć pazurki kotek też będzie miał używanie na w sam raz dla niego zawieszonych bocznych głośnikach basowych. Bowiem kolumny są bez maskownic, tak samo jak bez lakieru, szerokości oraz forniru. Są piękne i wysmakowane, ale też minimalistyczne. Nie błyszczą się, nie szerzą, nie osłaniają czarnymi kwefami i nie stoją mocno na łapach. Przeciwnie, mają „pływać” na zawieszeniu SwingBase. W wersji najtańszej go nie ma – jest sztywna podpórka z tyłu i z przodu mały wspornik – ale za dopłatą 6900 złotych dostaniemy SwingBase, a w wersjach SE i SE+ bez dopłaty.

Tu muszę się zatrzymać, bo baza swingująca to niezła awantura. Lubisz suwać kolumny, pojeździć nimi sobie? Z bazą o tym zapomnij; możesz najwyżej jeździć bez niej, a potem ją założyć. Z bazą da się jedynie zmieniać kąt odchylenia, z tym problemu nie będzie, ale w przód, w tył ani na boki z bazą nie zrobisz ruchu – kulka przedniego zawieszenia wypada momentalnie. Bo wynalazek taki: z przodu dosyć normalnie, to znaczy w spodzie obudowy odpowiednie wgłębienie oprawione metalem, pod które kładziesz podstawkę i na niej kładziesz kulkę. I sobie będzie jeździło, po parę milimetrów swingu w każdym jednym kierunku. Tak to wygląda od przodu, z tyłu natomiast cyrk. A cyrk wygląda tak: na tylnej ściance kolumny u dołu głęboka i szeroka szczelina, w nią wchodzi duży klin dość luźno, wykonany z metalu. Klin ma przytwierdzoną śrubowo beleczkę, a beleczka na końcach chwytaki. Chwytają metalowe cięgła zakończone zgrubieniem, które dyndają swobodnie w walcach stawianych pionowo z bocznymi wycięciami, tak by do cięgieł był dostęp. Da się, ale nie radzę, bawić tym w pojedynkę, bo jedno większe wahnięcie przy mocowaniu cięgła i kolumna bęc! – leży. Tego byśmy nie chcieli, więc mimo wagi mikrej, że można jedną ręką, lepiej mieć kogoś do pomocy, może być nawet żona. A jak już wszystko pospinasz i kulką trafisz w punkt, to kolumna faktycznie pływa i trzyma pion dość pewnie. Ale mocne trącenie z pewnością ją położy, natomiast w zamian duża poprawa odnośnie najważniejszego brzmienia, którą firma Boenicke dokumentuje wykresami. Jest wszakże sposób by przemieszczać łatwiejszy od demontażu: walce zwisające na cięgłach trzymanych przez chwytaki da się ostrożnie przenosić trzymając kolumnę w pionie, że tylko kulkę potem.

I dużym głośnikiem basowym.

To teraz o głośnikach, i to jest cyrk kolejny. Głośniki u Boenicke W8 są prawie jak morska latarnia, świecą dźwiękiem aż na trzy strony. (Najwyższe W13 całkiem są jak latarnia, na cztery świata strony.) Odnośnie tych głośników. Na dużej, bocznej połaci, chwytem znanym z na przykład starszych, dłużej goszczących na rynku niemieckich kolumn Audio Physic, umieszczono głośnik największy, w tym wypadku nie sam nisko, tylko nisko-średniotonowy. To pochodzący od tajwańskiego Tang Band 6,5-calowy basowiec o długiej cewce pracujący poza zwrotnicą, tłumiony tylko akustycznie i zachodzący na pasmo średnie. Zapewnia zejście do 28 Hz, ma szerokie resorowanie i duży skok membrany. W recenzowanej wersji SE ma też dodany elektromechaniczny rezonator, wchodzący w kooperatyw ze zwrotnicą, który w najwyższej wersji SE+ jest odpowiednio wyższej klasy, określanej przez producenta mianem Stage II. Na ściance przedniej są dwa kolejne, z których niższy to własnego projektu Boenicke (wykonawstwa także Tang Band) 4-calowy, szerokopasmowy przetwornik celulozowy z filtracją pierwszego rzędu i dodatkowymi korektorami z drewna jabłoni i klonu. W wersji SE+ wzbogacany dodatkowo podkładkami akustycznymi Harmonix Tuning Bases RF-5700, redukującymi wibracje. Powyżej lokuje się drugi głośnik szerokopasmowy, tym razem 3-calowy Fountek Electronics F85 o aluminiowej membranie z wysokoczęstotliwościową filtracją pierwszego rzędu i też elektromechanicznym rezonatorem. I on w wersji SE+ miał będzie zawieszenie udoskonalone przez Harmonix Tuning Bases – antywibracyjne kuleczki.

Dwie strony świata już zdobyte, została jeszcze trzecia. Ta trzecia to ścianka tylna, gdzie bardzo nietypowym wzorem ulokowano tweeter z jedwabną kopułką i neodymowym magnesem, pochodzący od polskiej firmy z Wrocławia – Monacor DT-25N. (Modelu nie jestem pewny, Boenicke się nie chwali, ale sądząc z wyglądu on.) Tweeter znajduje się pod samym szczytem i żeby nie wpadał w rezonans usytuowano go decentralnie. Natomiast na samym dole, tuż powyżej szczeliny mocującej SwingBase i położonych nad nią przyłączy, jest wylot nie bass-refleksu, a kanału transmisji dźwięku. Jak może niektórzy pamiętają, włoscy konstruktorzy kolumn marki Albedo utrzymywali, że projektowanie takich kanałów to wyższa matematyka, ale Boenicke się nie przestraszyło i w swoich głośnikach ma. I to ma w sposób udany, albowiem świat popiera, a recenzenci chwalą.

Głośniki są pospinane wysokojakościowymi kablami litz o jedwabnym oplocie, a wiąże je zwrotnica na markowych chińskich kondensatorach Obbligato Premium (bardzo dobrze wypadających w pomiarach), w wersji SE wzbogacona o bajpasujący Duelund Silver Foil 0.01 uF (szczytowej klasy bajpas), a w SE+ udoskonalona jeszcze o zamianę Obbligato na Mundorf Silver Gold Oil z dodaniem modułów dopasowujących kolumny do wzmacniaczy Steinmusic Speaker Match Signature. (Pięć i pół tysiąca za komplet dwóch takich, wyglądających jak duże kondensatory.)

Całości dopełniają zwory WBT NextGen w wydaniu pojedynczym – sympatyczne w użyciu, z nieprzelotowymi ale skutecznie spełniającymi swą rolę wgłębieniami w trzpieniach i tymi trzpieniami na tyle cienkimi, że użyć można wąskich widełek, co nie u wszystkich się udaje. A przede wszystkim z mocnym trzymaniem nakrętek, że nic się nie luzuje.

Jedna kolumna waży 10,5 kilograma, faktycznie sobie pływa i od przodu widać ją będzie mało wiele – ale jak już, to ładnie. Parę takich znikomków poczujemy za to w kieszeni, bo wersja standard bez SwingBase  w najtańszym jesionie lub wiśni już kosztuje 26 900 PLN. Poza zamianą drewna, którą wyceniono umiarkowanie, każdy następny krok pociągać będzie duże koszty. Samo Swing Base 6900 zł, przejście na poziom SE (dający ten Swing w komplecie) 13 tysięcy, natomiast skok na sam szczyt, do topowego SE+, wymaga wysupłania kolejnych 20 tysięcy, czyli od wersji standard dzielą go aż 33 tysiące naszych najukochańszych złotówek. Za w ten sposób skomasowane pieniądze (łącznie to już 59 900 PLN), a nawet trochę mniejsze, dostaniesz od Boenicke wyższy model W11 – i to w wersji SE. Lecz jak to się wszystko ma do różnic brzmieniowych i co się z tego faktycznie opłaca, tego na razie nie wiem.

I na koniec opakowanie. Kolumny są tak niewielkie i tak przy tym nieciężkie, że producent wkłada je do jednego niespecjalnie dużego pudła, które nawet samotny, zdany wyłącznie na siebie audiofil może przenosić na spory dystans. Sam, skutkiem braku wolnych miejsc parkingowych, taszczyłem na ramieniu przez całą ulicę i na piętro. I jakoś poszło.

Swing-swing i odsłuchy

Ilością produkowanego przez siebie basu Boenicke gromko się chwali.

   Że przestawiać niełatwo, to jedno, ale jak je ustawić? Poczynając od tego, czy z głośnikami basowymi od zewnątrz, czy do środka? Tu z miejsca natrafiamy dylemat, bo samo Boenicke nie rozstrzyga. Tak i tak według nich można, sam musisz wypróbować, jak u ciebie będzie najlepiej. Na jakiej poza tym bazie, jak daleko należy siadać i ile miejsca zostawić z tyłu? Bo przecież tweeter wyrzuca dźwięk za kolumnę, niczym tylny strzelec bombowca, więc przestrzeni dla niego trzeba; a znów głośniki basowe, gdy na zewnątrz skierować, to też powinny mieć dystans zanim złapią odbicie. A gdy je przekierować do środka, to z jakim mianowicie odstępem i przy jakim odgięciu? I czy wolno, żeby grały „twarz w twarz”, z frontalną interferencją? Boenicke twierdzi, że tak, ale sam nie potwierdzam. To znaczy mogą, oczywiście, ale rezultat okazał się mocno średni, ze słyszalnymi zniekształceniami.

Do problematyki ustawienia dołącza niska skuteczność. Ta według danych jest wahliwa, ze spadkami do 84 dB, a to już nie przelewki, o czym piszą w recenzjach. Testujący podłączali według zeznań z najlepszym rezultatem bardzo mocne integry; dopiero wówczas grało. Niewątpliwe też grało na AVS 2014, gdzie do opisywanych W8 w wielkiej sali hotelu Golden Tulip podpięty został wzmacniacz Sanders Magteck, dysponujący mocą 900 W. (Nie pomyliłem rzędu wielkości – naprawdę dziewięciuset.) Koncert odchodził tam fantastyczny i rzeczywiście jak na żywo, a kolumny stały dosyć mocno poodginane z wooferami na zewnątrz i miały mnóstwo wolnego miejsca z każdej strony. Nie stały przy tym na żadnych podstawkach poza samymi SwingBase – producent nie zaleca, nie ma takiej potrzeby, szkoda zwyczajnie pieniędzy.

Ale kto ma pustą salę o powierzchni stu metrów, przeznaczoną wyłącznie na audiofilskie uciechy? Warunki lokalowe zwykle drastycznie są gorsze i od tego nie uciekniemy. Na własnych dwudziestu paru obarczonych meblami zacząłem więc tradycyjnie i można rzec racjonalnie. Z wooferami do środka, mniejszym czy większym odginaniem i luzem z tyłu na niecałe dwa metry. I co? I nie zagrało. Tak, jasne, grało sobie. Wysoko i głęboko, a przede wszystkim szeroko. Bardzo szeroka scena, aż zanadto rozrzucająca kanały przy bardzo dużych źródłach, ale – niestety – rozmazanych. Bez dobrego ogniskowania, niezależnie od odległości słuchacza i odgięcia, a cofać się gdzie miałem, bo sala na dłuższej osi ma sześć i pół metra. I sufit na ponad trzy wysoki, i szerokości cztery… A mimo to obraz duży, wszelako zamazany. Na pewno muzykalny, na pewno spektakularnie wielki, ale bez dobrego ogniskowania nie ma dobrego obrazowania i nie ma z tym dyskusji. W dodatku te źródła pływały, nie trzymały podłoża. Gięcie mniejsze czy większe nic na to nie pomagało, a stawianie równoległe do ścian bocznych (to zaleca producent w trudnych warunkach akustycznych) powodowało słyszalne zniekształcenia nawet przy bazie na ponad trzy metry. Cofać się ku ścianie tylnej nie było sensu, a zatem w drugą stronę. Dla ułatwienia przy próbach technicznych z odjętymi SwingBase, bo inaczej bym wściekł się i młodych dostał, jak zwykła mawiać ciotka Hela. I w tym kierunku z każdym krokiem poprawa, aż osiągnąłem optimum. Nie chcąc mierzyć na oko sięgnąłem po taśmę mierniczą i od tyłu kolumny do ściany za tym tyłem pokazało bite trzy metry. Dobrze, że kable głośnikowe Sulka są aż czterometrowe, bo by tego optimum nie było, a są takie nie dlatego, że takie długie chciałem, tylko maestro Sulek jest zdania, że dopiero przy tej długości są optymalnie brzmiące. Mogą być jeszcze dłuższe, ale krótsze to degradacja. Akurat zatem starczyły, bo za trzema metrami zaczęło się pogarszać. Natomiast odnotować trzeba, że głośniki do tego stopnia są wrażliwe, iż lepiej grały przy drzwiach otwartych niż zamkniętych. Wraz z otwarciem dźwięk też się minimalnie otwierał, dawało się to usłyszeć.

Tylny strzelec.

Przeciąga się opis ustawień i wcale jeszcze do końca nie zbliża, ale teraz o tym dźwięku na trzy metry od ściany z tyłu i z wooferami do środka. Odgięcie też miało znaczenie i najbardziej mi się podobało z głośnikami frontowymi patrzącymi mi w oczy, natomiast – ciekawa sprawa – nie miała większego znaczenia odległość od kolumn słuchacza. Mogło to być półtora metra, a równie dobrze trzy – i w tej, i w tej lokacji dźwięk okazywał się pierwszorzędny. Trochę bardziej preferowałem bliską, dającą większą bezpośredniość, podczas gdy oddalenie skutkowało bardziej całościowym obrazem. Ostatecznie więc siadałem nie dalej niż półtora metra (od każdego z głośników a nie linii pomiędzy nimi); głośników stojących prawie w połowie pokoju. I wówczas dźwięk ogromny z tymi bardzo dużymi źródłami. Dokładnie teraz przypisanymi do miejsc i z estradową własną podłogą, jakiś niecały metr od faktycznej. Wyjątkowo szeroka scena i jednocześnie głęboka. Kilka metrów za kolumnami mająca pierwszy plan i sięgająca jeszcze następnych kilka dalej, ale nie tak daleko jak ta z opisu przetwornika Ayon Stratos z kolumnami Audioform. I w relacji do tamtego odsłuchu dźwięk bardziej miękki, spokojny i na większym ekranie. Słabiej zebrany w punktowe źródła (ale dobrze zebrany) i mniej agresywny, nie tak atakujący, spokojniej falujący. Cokolwiek przyciemniony, wyjątkowo plastyczny i przede wszystkim muzykalny w takim stopniu, że chyba przy cyfrowych źródłach już lepiej się nie da. A przecież to źródło teraz skromne – własny Cairn nie jest miary Ayona CD-35, czy choćby Accuphase DP-600. Ale też lepszy niż chwalony świeżej daty Hegel Mohican, a w każdym razie wolę. Więc taki w stylu najlepszych teraz za 20-25 tys. (fakt, że dopiero po modernizacji), pomimo iż to vintage, ale za to na charyzmatycznych, multibitowych kościach Crystal 4392 dual mono i Analog Devices AD1896. Nie tak trójwymiarowo rysujący jak najlepsi z dzisiejszych, ale dożylnym dźwiękiem grający, zmuszającym do uwagi i wzruszeń.

Odnośnie togo dźwięku. Poza wyjątkową rozpiętością sceniczną, sięgającą aż poza ściany, oraz tym wielkim formatem i muzykalnością zupełną, jeszcze uwagę zwracały dwa parametry. Pierwszy to całościowa głębokość nie sceny a samego dźwięku. Bo scena na pewno głębsza niż ma to miejsce zazwyczaj i tak oderwana od kolumn, że tak oderwanej nie słyszałem, ale to głębia dźwięku na pierwsze ucho przykuwała. Głębokie na całej rozpiętości pasma brzmienie, ale bez podbarwiania basem i bez wrażenia przesady, a jedynie spokoju i piękna. Głęboka melodyjność, dająca wrażenie naturalnej, wszakże napiętnowana cechą drugą – swoistą mieszanką łagodności z przymieszką pikanterii.

Tył ma u dołu charakter wysoce kombinacyjny.

Bo generalnie płynnie, melodyjnie, głęboko i z obłym rysunkiem konturów, dającym wydatny trzeci wymiar – sferyczność każdego dźwięku – ale pośród tego ni trochę nie zagubione soprany, najmniejszego od nich odejścia na rzecz łagodności. Wszelkie więc dzwonki, chrypki, trzask stepowania, wysokie tony gitar, fortepianu i skrzypiec – to wszystko mocno zaznaczone i całkowicie stopione z tym ogólnym spokojem. I przyznam, że tak wyraźnej mieszanki ostrości muzycznie słuszniej z łagodnością też przynależną chyba poprzednio nie słyszałem. A wszystko za sprawą tego, że soprany niespotykanie porozciągane na przestrzeń. Najlepiej to było słychać w stepowaniu, gdzie ekstensja obcasy-deska rozchodziła się szerzej niż kiedykolwiek i w sposób pozostający w pamięci. Nie sam trzask, jak to niejednokrotnie bywa (niedobrze), ani sama tępa odpowiedź drewna (i to też nie jest dobre), tylko mieszanka jednego z drugim promieniująca daleko, daleko, a wraz z tym obraz sceny i tancerzy szczególnie realistyczny. Bo kiedy głucho bije, albo kiedy za ostro, policzyć stepujących trudniej, obraz się bardziej zlewa, a tutaj było oczywiste ilu ich jest i gdzie który.

Ciekawe okazało się też porównywanie fortepianu solo, o którym w recenzji przetwornika Stratos pisałem, że on z kolei z kolumnami Audioform 304 sprokurował obraz flagowego instrumentu muzyki poważnej bardziej realny niż kiedykolwiek. Zebrany w bezapelacyjne istnienie i wyraziście jednoznaczny w oparciu o harmoniczną złożoność i różnorodność brzmieniową. Podejście u Boenicke z zapleczem słabszego niewątpliwie sygnału Cairna okazało nieco inne – z jednej strony bardziej całościowo łagodne i wraz z tym oraz przestrzenią bardzo wysmakowane plastycznie, ale nie dające tak jednoznacznej wizualizacji stojącego o parę metrów instrumentu. Dźwięk bardziej „zewsząd i znikąd”, ale także realistyczny, różnorodny, bogaty. Z najwyższą przyjemnością wysłuchałem popisów György Cziffry i Alfreda Cortot, jednych z nielicznych pianistów, których naprawdę warto słuchać. Większe jednak wrażenie robiły popisy wokalne, nawet w przypadku słabych jakościowo nagrań wypadające zachwycająco. Że tak będzie, to już wykazał wcześniejszy test zwykłej mowy, wyjątkowo dobrze łączący naturalny sposób mówienia z akcentami indywidualnymi głosów i szelestem  spółgłosek. Żadnego w tym podostrzenia, przesadnej ekscytacji, a równocześnie znów najmniejszego odjęcia na rzecz łagodności. I to się pięknie przekładało na wypowiedzi śpiewne, idealnie trafiające w naturalną artykulację.

Złoty krążek nie jest z kompletu, jedynie zastępuje wiszenie.

A już szczególnie gdy z akompaniamentem skrzypce, kastanietów, dzwoneczków, bo wówczas mocne kontrasty i jednocześnie całość popisowo przestrzenna. Dochodziło do tego doskonałe operowanie pogłosem – ciepłym, a więc nie obcym, i jednocześnie nieprzesadnym; przy całej ogromniastości brzmienia trzymanym mocno w ryzach, tak żeby był, ale nie dominował.

W ogóle brzmienie wyczuwalnie ciepłe i z akcentami słodyczy, ale jedynie w trylach. Z naciskiem więc na realizm i popisami głównie przestrzeni, a nie ciepła czy dosładzania. I wraz z tym zachowana potencja tajemniczości, smutku, zadumy i melancholii. Bez narzucania ich, ale i nie tuszowania; tak samo jak w przypadku ostrości.

Odsłuch cd.

Po normalnych kolumnach sala robi się pusta. Za to dźwięk ogromnieje.

   Więc mamy już te szczególnie piękne soprany na bazie naturalistycznie podtrzymanej ostrości, w całości wypromieniowanej (istny popis), a  średni zakres wyjątkowo przemawiający do wyobraźni, na bazie realistycznej mieszanki tonów wyższych i niższych. Tak z minimalnym akcentem na wysokie, że głosy bardziej młodzieńcze i świeże aniżeli ociężałe, starszawe. A bas? Bas także szczególny, bo też wyjątkowo przestrzenny. Produkowanie przestrzeni to u tych Boenicke norma. Bębny wielkie, z pełnym odczuciem objętości i gigantycznej ekstensji. Więc jak perkusja w zespole rockowym, to niczym wielka eksplozja, a jak bębny taiko, to wyjątkowo dobrze jeden od drugiego separowany i wyjątkowo wielki. Nie tak co prawda uchwycony, jak na wielkich membranach Trener & Friedl Isis, gdzie je najlepszymi słyszałem, ale niewątpliwie z robiącą wrażenie klasą obrazowania. Ale najlepsze basowe danie to basowe klimaty w muzyce elektronicznej. Tak gigantycznych ścian basu na wszystkie wymiary rozciągniętych i długo podtrzymywanych u siebie jeszcze nie słyszałem. Magia, zupełna magia. Z małą wszakże uwagą, że warto chyba spróbować wzbogacić ten tylny kanał transmisji o zwężkę Venturiego, tak jak to robi Spendor, bo wówczas, całkiem możliwe, zejście okaże się jeszcze niższe. U Spendora przy średniej wielkości kolumnach dawało to piorunujące wrażenie.

A skoro już jesteśmy przy muzyce elektronicznej, to dwa konkretne przykłady. W znanym utworze Vangelisa, głównym temacie z filmu „Antarctica”, jest powtarzający się w krótkich odstępach sopranowy reverb o piętrowej strukturze. Często używam go do porównań pod względem złożoności, przestrzennego rozmiaru i długości wybrzmienia. I bardzo różnie z tym bywa, a kolumny Boenicke wyniosły całą sprawę na nowe piętro jakości. Tak złożonego, ogromnego i dobrze wytrzymanego w czasie, to nawet w przybliżeniu nie słyszałem. Aż mi szczęka opadła, i to bez umowności. I w odniesieniu do tego samego Vangelisa test stereofonii na bazie utworu  Chung Kuo. Kolumny (mówię ogólnie) zwykle stoją daleko przed słuchaczem i nawet gdy dźwięk całkiem się od nich odrywa, to w tym akurat utworze, w rozpoczynających go przejściach, skacze pomiędzy nimi górą, tyłem lub prosto, zwyczajnie prawo-lewo.

Z wooferami na boki można postawić zwyczajnie.

I znów Boenicke okazały się być jakościowo gdzie indziej. U nich oderwanie zupełne, kompletne, wielometrowe. Dosłownie nie można uwierzyć, że ta falująca trzy-pięć metrów przed słuchaczem ogromna ściana dźwięku ma jakikolwiek związek z małymi kolumienkami, oskrzydlająco stojącym niemal na wyciągnięcie ręki. Wydaje się, że to jakieś inne, niewidzialne głośniki  powodują jej zaistnienie; intuicja nie przyjmowała innego wyjaśnienia, normalnie nie ma takich cudów. Oszustwo całkowite, pełna dezorientacja. Ale to dopiero połowa. Bo druga rzecz, to rozmiar wspierany samoistnym bytem. Magia zupełna i jednocześnie ogromna, zupełnie nie pasująca do formatu tych kolumn. Wspaniale przy tym bogata, że istna halucynacja. I o jednym jeszcze ważnym nie zdążyłem napisać, a właściwie o dwóch. O dużej dawce tlenu wypełniającej tą przestrzeń, uzupełnianej stuprocentowym wypełnieniem bytów samych. I o narzucającym się przepływowym charakterze dźwięku, że żadnych tam stopklatek, spowolnień ani sztucznego zgęszczania. Więc znowu droga poprzez kontrastowe łączenie, tym razem masywności z obszarem i swobodą oddechu. Obszaru ogromnego i swobody zupełnej, bez których te fantastyczne popisy przestrzenne nie byłyby możliwe.

Tak było z wooferami do środka, a jak ze skierowanymi na zewnątrz? Sprawdzanie zacząłem od czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłem, od ustawienia kolumn na dłuższej ścianie pokoju. Bo skoro można siadać tak blisko, to w takim razie czemu nie? Dałem z tyłu 1,5 do 2,0 metra swobody, zmieniałem kąt odgięcia i bazę. Jedno i drugie – baza i kąty – okazało się mało ważne, natomiast dobre było siadanie naprawdę blisko i duży dystans z tyłu. Tak ustawione Boenicke zagrały znów szeroko i głęboko, ale z mniejszym rozwarciem w pionie i dokładniejszą lokacją źródeł. W stylu takim jak wcześniej, na krótszej ścianie – nasyconym, głębokim, natlenionym, płynącym, ruchomym. Generalnie spokojnym w ogromie, ale uzupełnianym mocniejszymi akcentami sopranów, mieszanką realizmu i czaru.

Rozmiar głośników zupełnie nie podsuwa wyobraźni gigantyzmu ich brzmienia.

Na koniec wykonałem ostatnią ewolucję, stawiając kolumny znów na ścianie krótszej, ale z uwagi na obecność kanapy i meblościanki tylko półtora metra od niej, tak żeby zostawić wooferom wystarczające miejsce na wydech. I tu zaskoczenie, a zarazem dobra wiadomość dla posiadaczy mniejszych pokoi. To, proszę ja was, zagrało. Zupełnie zbędne okazały się poprzednie trzy metry z tyłu – połowa już dawała obraz jednoznacznie wyraźny, zogniskowany prawidłowo na źródłach i jednocześnie także duży, głęboki. Całkowicie spełniający audiofilskie życzenia co do bogactwa, oderwania, realizmu i magii.

Na koniec jeszcze odniesienie do użyteczności SwingBase. Bez wątpienia warto się na nią wykosztować. Dźwięk nabiera wyraźniejszych konturów i swobody płynięcia. Staje się intensywniejszy, misterniejszy, bardziej zaangażowany, lepiej wyrażający szczegóły i lepiej holografię. Nie ma złudzeń – staje się dużo, dużo lepszy.

Podsumowanie

Ta nazwa w świecie kolumn już wymusza szacunek.

   Cudowni mali czarodzieje, ta nazwa mi się z tymi głośnikami kojarzy. Ani trochę nie potwierdziły się przy tym strachy odnośnie koniecznej wielkiej mocy oraz niezbędnych wielkich sal. Lampowy przedwzmacniacz z hybrydową końcówką o mocy 20 watów dawał z tymi Boenicke W8 dźwięk zdolny burzyć ściany i całkowicie wypełniony. Energiczny i szybki, realistyczny co do esencji i magiczny co do przestrzeni. Przy tym tak oderwany i tak gigantyczny, że aż nie do uwierzenia. To świetna wiadomość dla posiadaczy wielkich salonów, nie mających ochoty zapełniać ich ogromniastymi kolumnami za wagony pieniędzy. Dobrze ustawione i dobrze napędzone Boenicke W8 SE nie będą się rzucać w oczy, nie będą zabierać miejsca, a wyprodukują takie brzmienie, że o szczęki na podłodze potykać się będziecie. A jednocześnie właściciele salonów o powierzchni dwudziestu metrów nie stoją na pozycji straconej, wystarczy wooferom skierowanym na zewnątrz zapewnić minimum miejsca na złapanie oddechu. Także z półtora metra z tyłu i siebie słuchającego już w odległości dowolnej – od półtora metra do trzech. Też grało będzie pierwszorzędnie i też dźwiękiem tak oderwanym, że nie do uwierzenia. Gorsza natomiast wiadomość, że te SwingBase bardzo potrzebne. Bez nich też gra wprawdzie pierwszorzędnie, ale z nimi wyraźnie lepiej. Za to świetne i bezkosztowe to, że można kolumny stawiać na dłuższej ścianie pokoju i blisko przy nich siadać – nie potrzeba żadnych złotych podziałów, specjalnie aranżowanych sal. I wyobrażam sobie, że sprawdzą się także w otwartych, skomplikowanych wnętrzach, to bardzo prawdopodobne.

W punktach:

Zalety

  • Ogromny spektakl.
  • Sprawiający wrażenie, jakby z tymi głośnikami nie miał żadnego związku.
  • Ani w sensie fizycznej łączności, ani skorelowania wyglądu z dźwiękiem.
  • W efekcie najbardziej oderwany od głośników dźwięk jaki percypowałem.
  • Wyjątkowo szeroka scena.
  • Także wysoka i głęboka.
  • Niezwykle głębokie samo brzmienie, ale bez wrażenia sztuczności, jakiejś przesady, upiększania.
  • W ogólnym wyrazie łagodne, ale zarazem potężne i różnorodne.
  • Zachwycająca mieszanka naturalnie łagodnej artykulacji z też naturalnymi ostrzejszymi akcentami.
  • Ciepły, nieprzesadny, a spełniający swą rolę pogłos.
  • W efekcie tajemniczość, ale nie alienująca obcość.
  • Soprany należycie wydatne, całkowicie rozprowadzone na przestrzeń.
  • Jako rezultat naturalna ich pikanteria bez najmniejszego ukłucia.
  • Ludzkie głosy popisowo zindywidualizowane i popisowo bogate.
  • Cokolwiek też odmłodzone – świeże i bardziej młodzieńcze niż przejrzałe.
  • Co przydaje świeżości całemu brzmieniu.
  • Także wydatne natlenienie i swoboda przepływu.
  • A jednocześnie odpowiednie wypełnienie – najmniejszej chudości, wyszczuplenia.
  • Mocny bas o przede wszystkim przestrzennym charakterze.
  • Dość nisko schodzący i wyjątkowo dobrze wyrażający ekstensję.
  • Stawiający niespotykanych rozmiarów kurtyny basowe.
  • Muzyka elektroniczna na stratosferycznym pułapie.
  • Zupełnie oderwana od głośników stereofonia sprawia niesamowite wrażenie.
  • Nawet słabe nagrania dają mnóstwo radości.
  • Niewielkie gabaryty niemalże znikają w większej sali.
  • A mimo to można napełnić porywającej klasy dźwiękiem nawet stumetrową powierzchnię.
  • Jednocześnie da się grać na niewielkiej.
  • Pozwalają siadać wyjątkowo blisko, a nawet to preferują.
  • Można stawiać zarówno na dłuższej jak krótszej ścianie.
  • Cała obudowa drewniana.
  • I pięknie wykonana.
  • Żonie będzie się podobała.
  • Wydatnie poprawiające brzmienie firmowe podstawki.
  • Dbałość o jakość podzespołów i wewnętrznego okablowania.
  • Wyrafinowanie konstrukcyjne.
  • Trzy stopnie jakościowe, umożliwiające stopniowe dotarcie do optimum.
  • Pojedyncze podpięcie kabli daje oszczędność na zworach i bi-wiringu, a świetne zwory działają bez zarzutu.
  • Niewielka waga ułatwia noszenie.
  • Sławny producent.
  • Swiss made.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Trzeba się napocić przy ustawianiu. (Choć porady z recenzji zaoszczędzą co nieco nerwów.)
  • Każdy upgrade pociąga duże koszty.
  • Niska skuteczność wymaga pieczołowitości przy doborze wzmacniacza.
  • Nie pozwalają tak po prostu się suwać.
  • Trzeba uważać, bo dość łatwo przewrócić.
  • Brak maskownic jest okazją dla dzieci i koteczków.

Dane techniczne Boenicke W8:

  • Kolumny trójdrożne z czterema głośnikami, wykonane z litego drzewa.
  • Pasmo przenoszenia 28 Hz – 25 kHz.
  • Skuteczność: 84 – 88 dB, zależnie od częstotliwości.
  • Impedancja nominalna: 4 Ω.
  • Waga: 10,5 kg/szt.
  • Wymiary: 770 x 120 x 260 mm.
  • Rodzaje surowca (cała konstrukcja): jesion, wiśnia, dąb (dopłata 900 PLN), orzech amerykański (dopłata 1700 PLN).

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Nautilus

Wersja standardowa:

  • 6.5″ calowy głośnik basowy z długą cewką marki Tang Band z zejściem do 28 Hz, pracujący poza zwrotnicą.
  • 4″ calowy własnej konstrukcji (wykonywany przez Tang Band) głośnik celulozowy z filtracją pierwszego rzędu i dodatkowym korektorem fazy z drewna jabłoni. Dodatkowy korektor w postaci nakładki z drewna klonowego przytwierdzony do magnesu.
  • 3″ calowy głośnik szerokopasmowy Fountek Electronics F85 o aluminiowej membranie z wysokoczęstotliwościową filtracją pierwszego rzędu i elektromechanicznym rezonatorem.
  • Tylny tweeter Monacor DT-25N z jedwabną kopułką i magnesami neodymowymi.
  • Wielożyłowe wysokiej klasy okablowanie kierunkowe typu Litz w jedwabnym oplocie.
  • Wtyki WBT NextGen, pojedyncze.
  • Podstawa Swing Base za dopłatą 6900 PLN.
  • Cena 26 900 PLN

Wersja SE

  • Dodany równoległy elektromechaniczny rezonator do głośnika nisko-średniotonowego.
  • Dodane filtry kwantowe Bybee Technologies.
  • Dodany własnej konstrukcji korektor fazowy, wygładzający przebieg pasma.
  • Dodany bajpasujący kondensator Duelund Silver Foil 0.01 uF.
  • Podstawa Swing Base w komplecie.
  • Cena: 39 900 PLN

Wersja SE+

  • Dodany równoległy elektromechaniczny rezonator do głośników szerokopasmowego i średniotonowego.
  • Wszystkie rezonatory typu STAGE II.
  • Dodane elektroniczne moduły dopasowujące Steinmusic Speaker Match Signature.
  • Dodane nakładki Harmonix Tuning Bases do głośnika szerokopasmowego.
  • Kondensator Mundorf Silver Gold Oil dla głośnika szerokopasmowego z bajpasowaniem Duelund 0.01 uF.
  • Podstawa Swing Base w komplecie.
  • Cena: 59 900 PLN

System:

  • Źródło: Cairn Soft Fog V2 z zegarem LC Audio Technology i kondensatorami Black Gate.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Interkonekty: Sulek 6×9 & Sulek IC.
  • Kolumny: Boenicke W8 SE.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9 (4,0 m).
  • Listwa: Power Base High End z kablem zasilającym i okablowaniem wewnętrznym Acrolink MEXCEL 7N-PC9500.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Solid Tech Discs of Silence.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/B.
  • Ustroje akustyczne: Audioform.
  • Kot towarzyszący: Gary – rasa Maine Coon.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

10 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W8 SE

  1. Sławek napisał(a):

    Super recenzja, aż chciałoby się samemu posłuchać…
    A co to za gramofon w tle – czyżby Avid?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Avid, Avid.

  2. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, jest Pan tak dobrze zorientowany w temacie słuchawek. Orientuje się Pan może czy Audeze szykuje jakąś wersję „Classic” modelu LCD-3, podobnie jak w przypadku dwójek?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie, nie orientuję się, ale zapytam. Skoro jest jednak nowa LCD-2 i LCD-4, to i LCD-3 pewnie będzie.

  3. Adam K. napisał(a):

    Dziękuję, będę wdzięczny gdyby udało się Panu coś dowiedzieć. Pozdrawiam.

  4. Patryk napisał(a):

    Audeze graja wspaniale, ale ich WAGA niestety nie pozwala na dluzsze sesje……(w moim przypadku nawet nie z „Carbon Headband”)
    Szkoda, poniewaz nawet Sennheiser HE1 nie ma tak wspanialego basu jak XC.
    🙁

  5. Tomasz napisał(a):

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Ponieważ słuchawki tak zawładnęły wyobraźnią czytelników forum, że piszą o nich już pod niemal każdą niesłuchawkową recenzją to ja jednak ad rem, czyli o Boenicke W8. Słuchałem ich w kilku zestawieniach i w wielu aspektach (np. czystość dźwięku i stereofonia to poziom wyczynowy). W innych (np. kapryśny w dostrojeniu do pomieszczenia bas – konieczny mocny wzmacniacz z precyzyjnym prowadzeniem basu) są trudne. W8 to znakomite kolumny, ale pod warunkiem przyłączeniu dobranego toru, co niestety oznacza wysokie koszty. Bezlitośnie obnażają niedostatki wzmacniacza, źródła i okablowania. Boenicke W8 nie wybaczają błędów i w pewnych pomieszczeniach niestety nie zagrają. Moje pewne wątpliwości wywołuje polityka cenowa producenta, dopłata do kolejnych wersji W8 jest po prostu horrendalna – w przypadku SE+ to dwukrotnie tyle! I wchodzi się w zasięg cenowy droższego modelu W11 (ba, w kieszeni zostaną 3000 zł). Potencjalny nabywca musi to wszystko dobrze sobie skalkulować.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To rzeczywiście nie są kolumny dla początkujących, a przynajmniej nie tych, którzy mogą liczyć wyłącznie na siebie. Co do kwestii cenowej, to trzeba brać poprawkę na szwajcarskie pochodzenie. W Szwajcarii filiżanka kawy kosztuje kilkadziesiąt złotych. Inaczej mówiąc – tam wszystkich stać.

      1. Sławomir S. napisał(a):

        Oprócz kwestii różnicy w dochodach obywateli różnych krajów jest jeszcze kwestia prestiżu pochodzenia.
        ‚Swiss Happiness in a Box’ opisują swój produkt producenci z Bazylei. Inny szwajcarski producent wzmacniaczy opisuje pokrętło wyboru źródła jako ‚Enjoyment Source’, a gałkę potencjometru jako ‚Pleasure Control’ Kupując produkt szwajcarski, kupujesz czyste szczęście i przyjemność z kraju, który szczęścia jest pewnym gwarantem.
        To musi kosztować!
        (pozazdrościć pozycjonowania)

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Nie ma wątpliwości – szwajcarska aparatura audio jest najdroższa na świecie. Pech nasz, że zarazem jedna z najlepszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy