Recenzja: Boenicke W8 SE

Odsłuch cd.

Po normalnych kolumnach sala robi się pusta. Za to dźwięk ogromnieje.

   Więc mamy już te szczególnie piękne soprany na bazie naturalistycznie podtrzymanej ostrości, w całości wypromieniowanej (istny popis), a  średni zakres wyjątkowo przemawiający do wyobraźni, na bazie realistycznej mieszanki tonów wyższych i niższych. Tak z minimalnym akcentem na wysokie, że głosy bardziej młodzieńcze i świeże aniżeli ociężałe, starszawe. A bas? Bas także szczególny, bo też wyjątkowo przestrzenny. Produkowanie przestrzeni to u tych Boenicke norma. Bębny wielkie, z pełnym odczuciem objętości i gigantycznej ekstensji. Więc jak perkusja w zespole rockowym, to niczym wielka eksplozja, a jak bębny taiko, to wyjątkowo dobrze jeden od drugiego separowany i wyjątkowo wielki. Nie tak co prawda uchwycony, jak na wielkich membranach Trener & Friedl Isis, gdzie je najlepszymi słyszałem, ale niewątpliwie z robiącą wrażenie klasą obrazowania. Ale najlepsze basowe danie to basowe klimaty w muzyce elektronicznej. Tak gigantycznych ścian basu na wszystkie wymiary rozciągniętych i długo podtrzymywanych u siebie jeszcze nie słyszałem. Magia, zupełna magia. Z małą wszakże uwagą, że warto chyba spróbować wzbogacić ten tylny kanał transmisji o zwężkę Venturiego, tak jak to robi Spendor, bo wówczas, całkiem możliwe, zejście okaże się jeszcze niższe. U Spendora przy średniej wielkości kolumnach dawało to piorunujące wrażenie.

A skoro już jesteśmy przy muzyce elektronicznej, to dwa konkretne przykłady. W znanym utworze Vangelisa, głównym temacie z filmu „Antarctica”, jest powtarzający się w krótkich odstępach sopranowy reverb o piętrowej strukturze. Często używam go do porównań pod względem złożoności, przestrzennego rozmiaru i długości wybrzmienia. I bardzo różnie z tym bywa, a kolumny Boenicke wyniosły całą sprawę na nowe piętro jakości. Tak złożonego, ogromnego i dobrze wytrzymanego w czasie, to nawet w przybliżeniu nie słyszałem. Aż mi szczęka opadła, i to bez umowności. I w odniesieniu do tego samego Vangelisa test stereofonii na bazie utworu  Chung Kuo. Kolumny (mówię ogólnie) zwykle stoją daleko przed słuchaczem i nawet gdy dźwięk całkiem się od nich odrywa, to w tym akurat utworze, w rozpoczynających go przejściach, skacze pomiędzy nimi górą, tyłem lub prosto, zwyczajnie prawo-lewo.

Z wooferami na boki można postawić zwyczajnie.

I znów Boenicke okazały się być jakościowo gdzie indziej. U nich oderwanie zupełne, kompletne, wielometrowe. Dosłownie nie można uwierzyć, że ta falująca trzy-pięć metrów przed słuchaczem ogromna ściana dźwięku ma jakikolwiek związek z małymi kolumienkami, oskrzydlająco stojącym niemal na wyciągnięcie ręki. Wydaje się, że to jakieś inne, niewidzialne głośniki  powodują jej zaistnienie; intuicja nie przyjmowała innego wyjaśnienia, normalnie nie ma takich cudów. Oszustwo całkowite, pełna dezorientacja. Ale to dopiero połowa. Bo druga rzecz, to rozmiar wspierany samoistnym bytem. Magia zupełna i jednocześnie ogromna, zupełnie nie pasująca do formatu tych kolumn. Wspaniale przy tym bogata, że istna halucynacja. I o jednym jeszcze ważnym nie zdążyłem napisać, a właściwie o dwóch. O dużej dawce tlenu wypełniającej tą przestrzeń, uzupełnianej stuprocentowym wypełnieniem bytów samych. I o narzucającym się przepływowym charakterze dźwięku, że żadnych tam stopklatek, spowolnień ani sztucznego zgęszczania. Więc znowu droga poprzez kontrastowe łączenie, tym razem masywności z obszarem i swobodą oddechu. Obszaru ogromnego i swobody zupełnej, bez których te fantastyczne popisy przestrzenne nie byłyby możliwe.

Tak było z wooferami do środka, a jak ze skierowanymi na zewnątrz? Sprawdzanie zacząłem od czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłem, od ustawienia kolumn na dłuższej ścianie pokoju. Bo skoro można siadać tak blisko, to w takim razie czemu nie? Dałem z tyłu 1,5 do 2,0 metra swobody, zmieniałem kąt odgięcia i bazę. Jedno i drugie – baza i kąty – okazało się mało ważne, natomiast dobre było siadanie naprawdę blisko i duży dystans z tyłu. Tak ustawione Boenicke zagrały znów szeroko i głęboko, ale z mniejszym rozwarciem w pionie i dokładniejszą lokacją źródeł. W stylu takim jak wcześniej, na krótszej ścianie – nasyconym, głębokim, natlenionym, płynącym, ruchomym. Generalnie spokojnym w ogromie, ale uzupełnianym mocniejszymi akcentami sopranów, mieszanką realizmu i czaru.

Rozmiar głośników zupełnie nie podsuwa wyobraźni gigantyzmu ich brzmienia.

Na koniec wykonałem ostatnią ewolucję, stawiając kolumny znów na ścianie krótszej, ale z uwagi na obecność kanapy i meblościanki tylko półtora metra od niej, tak żeby zostawić wooferom wystarczające miejsce na wydech. I tu zaskoczenie, a zarazem dobra wiadomość dla posiadaczy mniejszych pokoi. To, proszę ja was, zagrało. Zupełnie zbędne okazały się poprzednie trzy metry z tyłu – połowa już dawała obraz jednoznacznie wyraźny, zogniskowany prawidłowo na źródłach i jednocześnie także duży, głęboki. Całkowicie spełniający audiofilskie życzenia co do bogactwa, oderwania, realizmu i magii.

Na koniec jeszcze odniesienie do użyteczności SwingBase. Bez wątpienia warto się na nią wykosztować. Dźwięk nabiera wyraźniejszych konturów i swobody płynięcia. Staje się intensywniejszy, misterniejszy, bardziej zaangażowany, lepiej wyrażający szczegóły i lepiej holografię. Nie ma złudzeń – staje się dużo, dużo lepszy.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W8 SE

  1. Sławek napisał(a):

    Super recenzja, aż chciałoby się samemu posłuchać…
    A co to za gramofon w tle – czyżby Avid?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Avid, Avid.

  2. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, jest Pan tak dobrze zorientowany w temacie słuchawek. Orientuje się Pan może czy Audeze szykuje jakąś wersję „Classic” modelu LCD-3, podobnie jak w przypadku dwójek?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie, nie orientuję się, ale zapytam. Skoro jest jednak nowa LCD-2 i LCD-4, to i LCD-3 pewnie będzie.

  3. Adam K. napisał(a):

    Dziękuję, będę wdzięczny gdyby udało się Panu coś dowiedzieć. Pozdrawiam.

  4. Patryk napisał(a):

    Audeze graja wspaniale, ale ich WAGA niestety nie pozwala na dluzsze sesje……(w moim przypadku nawet nie z „Carbon Headband”)
    Szkoda, poniewaz nawet Sennheiser HE1 nie ma tak wspanialego basu jak XC.
    🙁

  5. Tomasz napisał(a):

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Ponieważ słuchawki tak zawładnęły wyobraźnią czytelników forum, że piszą o nich już pod niemal każdą niesłuchawkową recenzją to ja jednak ad rem, czyli o Boenicke W8. Słuchałem ich w kilku zestawieniach i w wielu aspektach (np. czystość dźwięku i stereofonia to poziom wyczynowy). W innych (np. kapryśny w dostrojeniu do pomieszczenia bas – konieczny mocny wzmacniacz z precyzyjnym prowadzeniem basu) są trudne. W8 to znakomite kolumny, ale pod warunkiem przyłączeniu dobranego toru, co niestety oznacza wysokie koszty. Bezlitośnie obnażają niedostatki wzmacniacza, źródła i okablowania. Boenicke W8 nie wybaczają błędów i w pewnych pomieszczeniach niestety nie zagrają. Moje pewne wątpliwości wywołuje polityka cenowa producenta, dopłata do kolejnych wersji W8 jest po prostu horrendalna – w przypadku SE+ to dwukrotnie tyle! I wchodzi się w zasięg cenowy droższego modelu W11 (ba, w kieszeni zostaną 3000 zł). Potencjalny nabywca musi to wszystko dobrze sobie skalkulować.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To rzeczywiście nie są kolumny dla początkujących, a przynajmniej nie tych, którzy mogą liczyć wyłącznie na siebie. Co do kwestii cenowej, to trzeba brać poprawkę na szwajcarskie pochodzenie. W Szwajcarii filiżanka kawy kosztuje kilkadziesiąt złotych. Inaczej mówiąc – tam wszystkich stać.

      1. Sławomir S. napisał(a):

        Oprócz kwestii różnicy w dochodach obywateli różnych krajów jest jeszcze kwestia prestiżu pochodzenia.
        ‚Swiss Happiness in a Box’ opisują swój produkt producenci z Bazylei. Inny szwajcarski producent wzmacniaczy opisuje pokrętło wyboru źródła jako ‚Enjoyment Source’, a gałkę potencjometru jako ‚Pleasure Control’ Kupując produkt szwajcarski, kupujesz czyste szczęście i przyjemność z kraju, który szczęścia jest pewnym gwarantem.
        To musi kosztować!
        (pozazdrościć pozycjonowania)

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Nie ma wątpliwości – szwajcarska aparatura audio jest najdroższa na świecie. Pech nasz, że zarazem jedna z najlepszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy