Recenzja: Boenicke W8 SE

Swing-swing i odsłuchy

Ilością produkowanego przez siebie basu Boenicke gromko się chwali.

   Że przestawiać niełatwo, to jedno, ale jak je ustawić? Poczynając od tego, czy z głośnikami basowymi od zewnątrz, czy do środka? Tu z miejsca natrafiamy dylemat, bo samo Boenicke nie rozstrzyga. Tak i tak według nich można, sam musisz wypróbować, jak u ciebie będzie najlepiej. Na jakiej poza tym bazie, jak daleko należy siadać i ile miejsca zostawić z tyłu? Bo przecież tweeter wyrzuca dźwięk za kolumnę, niczym tylny strzelec bombowca, więc przestrzeni dla niego trzeba; a znów głośniki basowe, gdy na zewnątrz skierować, to też powinny mieć dystans zanim złapią odbicie. A gdy je przekierować do środka, to z jakim mianowicie odstępem i przy jakim odgięciu? I czy wolno, żeby grały „twarz w twarz”, z frontalną interferencją? Boenicke twierdzi, że tak, ale sam nie potwierdzam. To znaczy mogą, oczywiście, ale rezultat okazał się mocno średni, ze słyszalnymi zniekształceniami.

Do problematyki ustawienia dołącza niska skuteczność. Ta według danych jest wahliwa, ze spadkami do 84 dB, a to już nie przelewki, o czym piszą w recenzjach. Testujący podłączali według zeznań z najlepszym rezultatem bardzo mocne integry; dopiero wówczas grało. Niewątpliwe też grało na AVS 2014, gdzie do opisywanych W8 w wielkiej sali hotelu Golden Tulip podpięty został wzmacniacz Sanders Magteck, dysponujący mocą 900 W. (Nie pomyliłem rzędu wielkości – naprawdę dziewięciuset.) Koncert odchodził tam fantastyczny i rzeczywiście jak na żywo, a kolumny stały dosyć mocno poodginane z wooferami na zewnątrz i miały mnóstwo wolnego miejsca z każdej strony. Nie stały przy tym na żadnych podstawkach poza samymi SwingBase – producent nie zaleca, nie ma takiej potrzeby, szkoda zwyczajnie pieniędzy.

Ale kto ma pustą salę o powierzchni stu metrów, przeznaczoną wyłącznie na audiofilskie uciechy? Warunki lokalowe zwykle drastycznie są gorsze i od tego nie uciekniemy. Na własnych dwudziestu paru obarczonych meblami zacząłem więc tradycyjnie i można rzec racjonalnie. Z wooferami do środka, mniejszym czy większym odginaniem i luzem z tyłu na niecałe dwa metry. I co? I nie zagrało. Tak, jasne, grało sobie. Wysoko i głęboko, a przede wszystkim szeroko. Bardzo szeroka scena, aż zanadto rozrzucająca kanały przy bardzo dużych źródłach, ale – niestety – rozmazanych. Bez dobrego ogniskowania, niezależnie od odległości słuchacza i odgięcia, a cofać się gdzie miałem, bo sala na dłuższej osi ma sześć i pół metra. I sufit na ponad trzy wysoki, i szerokości cztery… A mimo to obraz duży, wszelako zamazany. Na pewno muzykalny, na pewno spektakularnie wielki, ale bez dobrego ogniskowania nie ma dobrego obrazowania i nie ma z tym dyskusji. W dodatku te źródła pływały, nie trzymały podłoża. Gięcie mniejsze czy większe nic na to nie pomagało, a stawianie równoległe do ścian bocznych (to zaleca producent w trudnych warunkach akustycznych) powodowało słyszalne zniekształcenia nawet przy bazie na ponad trzy metry. Cofać się ku ścianie tylnej nie było sensu, a zatem w drugą stronę. Dla ułatwienia przy próbach technicznych z odjętymi SwingBase, bo inaczej bym wściekł się i młodych dostał, jak zwykła mawiać ciotka Hela. I w tym kierunku z każdym krokiem poprawa, aż osiągnąłem optimum. Nie chcąc mierzyć na oko sięgnąłem po taśmę mierniczą i od tyłu kolumny do ściany za tym tyłem pokazało bite trzy metry. Dobrze, że kable głośnikowe Sulka są aż czterometrowe, bo by tego optimum nie było, a są takie nie dlatego, że takie długie chciałem, tylko maestro Sulek jest zdania, że dopiero przy tej długości są optymalnie brzmiące. Mogą być jeszcze dłuższe, ale krótsze to degradacja. Akurat zatem starczyły, bo za trzema metrami zaczęło się pogarszać. Natomiast odnotować trzeba, że głośniki do tego stopnia są wrażliwe, iż lepiej grały przy drzwiach otwartych niż zamkniętych. Wraz z otwarciem dźwięk też się minimalnie otwierał, dawało się to usłyszeć.

Tylny strzelec.

Przeciąga się opis ustawień i wcale jeszcze do końca nie zbliża, ale teraz o tym dźwięku na trzy metry od ściany z tyłu i z wooferami do środka. Odgięcie też miało znaczenie i najbardziej mi się podobało z głośnikami frontowymi patrzącymi mi w oczy, natomiast – ciekawa sprawa – nie miała większego znaczenia odległość od kolumn słuchacza. Mogło to być półtora metra, a równie dobrze trzy – i w tej, i w tej lokacji dźwięk okazywał się pierwszorzędny. Trochę bardziej preferowałem bliską, dającą większą bezpośredniość, podczas gdy oddalenie skutkowało bardziej całościowym obrazem. Ostatecznie więc siadałem nie dalej niż półtora metra (od każdego z głośników a nie linii pomiędzy nimi); głośników stojących prawie w połowie pokoju. I wówczas dźwięk ogromny z tymi bardzo dużymi źródłami. Dokładnie teraz przypisanymi do miejsc i z estradową własną podłogą, jakiś niecały metr od faktycznej. Wyjątkowo szeroka scena i jednocześnie głęboka. Kilka metrów za kolumnami mająca pierwszy plan i sięgająca jeszcze następnych kilka dalej, ale nie tak daleko jak ta z opisu przetwornika Ayon Stratos z kolumnami Audioform. I w relacji do tamtego odsłuchu dźwięk bardziej miękki, spokojny i na większym ekranie. Słabiej zebrany w punktowe źródła (ale dobrze zebrany) i mniej agresywny, nie tak atakujący, spokojniej falujący. Cokolwiek przyciemniony, wyjątkowo plastyczny i przede wszystkim muzykalny w takim stopniu, że chyba przy cyfrowych źródłach już lepiej się nie da. A przecież to źródło teraz skromne – własny Cairn nie jest miary Ayona CD-35, czy choćby Accuphase DP-600. Ale też lepszy niż chwalony świeżej daty Hegel Mohican, a w każdym razie wolę. Więc taki w stylu najlepszych teraz za 20-25 tys. (fakt, że dopiero po modernizacji), pomimo iż to vintage, ale za to na charyzmatycznych, multibitowych kościach Crystal 4392 dual mono i Analog Devices AD1896. Nie tak trójwymiarowo rysujący jak najlepsi z dzisiejszych, ale dożylnym dźwiękiem grający, zmuszającym do uwagi i wzruszeń.

Odnośnie togo dźwięku. Poza wyjątkową rozpiętością sceniczną, sięgającą aż poza ściany, oraz tym wielkim formatem i muzykalnością zupełną, jeszcze uwagę zwracały dwa parametry. Pierwszy to całościowa głębokość nie sceny a samego dźwięku. Bo scena na pewno głębsza niż ma to miejsce zazwyczaj i tak oderwana od kolumn, że tak oderwanej nie słyszałem, ale to głębia dźwięku na pierwsze ucho przykuwała. Głębokie na całej rozpiętości pasma brzmienie, ale bez podbarwiania basem i bez wrażenia przesady, a jedynie spokoju i piękna. Głęboka melodyjność, dająca wrażenie naturalnej, wszakże napiętnowana cechą drugą – swoistą mieszanką łagodności z przymieszką pikanterii.

Tył ma u dołu charakter wysoce kombinacyjny.

Bo generalnie płynnie, melodyjnie, głęboko i z obłym rysunkiem konturów, dającym wydatny trzeci wymiar – sferyczność każdego dźwięku – ale pośród tego ni trochę nie zagubione soprany, najmniejszego od nich odejścia na rzecz łagodności. Wszelkie więc dzwonki, chrypki, trzask stepowania, wysokie tony gitar, fortepianu i skrzypiec – to wszystko mocno zaznaczone i całkowicie stopione z tym ogólnym spokojem. I przyznam, że tak wyraźnej mieszanki ostrości muzycznie słuszniej z łagodnością też przynależną chyba poprzednio nie słyszałem. A wszystko za sprawą tego, że soprany niespotykanie porozciągane na przestrzeń. Najlepiej to było słychać w stepowaniu, gdzie ekstensja obcasy-deska rozchodziła się szerzej niż kiedykolwiek i w sposób pozostający w pamięci. Nie sam trzask, jak to niejednokrotnie bywa (niedobrze), ani sama tępa odpowiedź drewna (i to też nie jest dobre), tylko mieszanka jednego z drugim promieniująca daleko, daleko, a wraz z tym obraz sceny i tancerzy szczególnie realistyczny. Bo kiedy głucho bije, albo kiedy za ostro, policzyć stepujących trudniej, obraz się bardziej zlewa, a tutaj było oczywiste ilu ich jest i gdzie który.

Ciekawe okazało się też porównywanie fortepianu solo, o którym w recenzji przetwornika Stratos pisałem, że on z kolei z kolumnami Audioform 304 sprokurował obraz flagowego instrumentu muzyki poważnej bardziej realny niż kiedykolwiek. Zebrany w bezapelacyjne istnienie i wyraziście jednoznaczny w oparciu o harmoniczną złożoność i różnorodność brzmieniową. Podejście u Boenicke z zapleczem słabszego niewątpliwie sygnału Cairna okazało nieco inne – z jednej strony bardziej całościowo łagodne i wraz z tym oraz przestrzenią bardzo wysmakowane plastycznie, ale nie dające tak jednoznacznej wizualizacji stojącego o parę metrów instrumentu. Dźwięk bardziej „zewsząd i znikąd”, ale także realistyczny, różnorodny, bogaty. Z najwyższą przyjemnością wysłuchałem popisów György Cziffry i Alfreda Cortot, jednych z nielicznych pianistów, których naprawdę warto słuchać. Większe jednak wrażenie robiły popisy wokalne, nawet w przypadku słabych jakościowo nagrań wypadające zachwycająco. Że tak będzie, to już wykazał wcześniejszy test zwykłej mowy, wyjątkowo dobrze łączący naturalny sposób mówienia z akcentami indywidualnymi głosów i szelestem  spółgłosek. Żadnego w tym podostrzenia, przesadnej ekscytacji, a równocześnie znów najmniejszego odjęcia na rzecz łagodności. I to się pięknie przekładało na wypowiedzi śpiewne, idealnie trafiające w naturalną artykulację.

Złoty krążek nie jest z kompletu, jedynie zastępuje wiszenie.

A już szczególnie gdy z akompaniamentem skrzypce, kastanietów, dzwoneczków, bo wówczas mocne kontrasty i jednocześnie całość popisowo przestrzenna. Dochodziło do tego doskonałe operowanie pogłosem – ciepłym, a więc nie obcym, i jednocześnie nieprzesadnym; przy całej ogromniastości brzmienia trzymanym mocno w ryzach, tak żeby był, ale nie dominował.

W ogóle brzmienie wyczuwalnie ciepłe i z akcentami słodyczy, ale jedynie w trylach. Z naciskiem więc na realizm i popisami głównie przestrzeni, a nie ciepła czy dosładzania. I wraz z tym zachowana potencja tajemniczości, smutku, zadumy i melancholii. Bez narzucania ich, ale i nie tuszowania; tak samo jak w przypadku ostrości.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W8 SE

  1. Sławek napisał(a):

    Super recenzja, aż chciałoby się samemu posłuchać…
    A co to za gramofon w tle – czyżby Avid?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Avid, Avid.

  2. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, jest Pan tak dobrze zorientowany w temacie słuchawek. Orientuje się Pan może czy Audeze szykuje jakąś wersję „Classic” modelu LCD-3, podobnie jak w przypadku dwójek?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie, nie orientuję się, ale zapytam. Skoro jest jednak nowa LCD-2 i LCD-4, to i LCD-3 pewnie będzie.

  3. Adam K. napisał(a):

    Dziękuję, będę wdzięczny gdyby udało się Panu coś dowiedzieć. Pozdrawiam.

  4. Patryk napisał(a):

    Audeze graja wspaniale, ale ich WAGA niestety nie pozwala na dluzsze sesje……(w moim przypadku nawet nie z „Carbon Headband”)
    Szkoda, poniewaz nawet Sennheiser HE1 nie ma tak wspanialego basu jak XC.
    🙁

  5. Tomasz napisał(a):

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Ponieważ słuchawki tak zawładnęły wyobraźnią czytelników forum, że piszą o nich już pod niemal każdą niesłuchawkową recenzją to ja jednak ad rem, czyli o Boenicke W8. Słuchałem ich w kilku zestawieniach i w wielu aspektach (np. czystość dźwięku i stereofonia to poziom wyczynowy). W innych (np. kapryśny w dostrojeniu do pomieszczenia bas – konieczny mocny wzmacniacz z precyzyjnym prowadzeniem basu) są trudne. W8 to znakomite kolumny, ale pod warunkiem przyłączeniu dobranego toru, co niestety oznacza wysokie koszty. Bezlitośnie obnażają niedostatki wzmacniacza, źródła i okablowania. Boenicke W8 nie wybaczają błędów i w pewnych pomieszczeniach niestety nie zagrają. Moje pewne wątpliwości wywołuje polityka cenowa producenta, dopłata do kolejnych wersji W8 jest po prostu horrendalna – w przypadku SE+ to dwukrotnie tyle! I wchodzi się w zasięg cenowy droższego modelu W11 (ba, w kieszeni zostaną 3000 zł). Potencjalny nabywca musi to wszystko dobrze sobie skalkulować.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To rzeczywiście nie są kolumny dla początkujących, a przynajmniej nie tych, którzy mogą liczyć wyłącznie na siebie. Co do kwestii cenowej, to trzeba brać poprawkę na szwajcarskie pochodzenie. W Szwajcarii filiżanka kawy kosztuje kilkadziesiąt złotych. Inaczej mówiąc – tam wszystkich stać.

      1. Sławomir S. napisał(a):

        Oprócz kwestii różnicy w dochodach obywateli różnych krajów jest jeszcze kwestia prestiżu pochodzenia.
        ‚Swiss Happiness in a Box’ opisują swój produkt producenci z Bazylei. Inny szwajcarski producent wzmacniaczy opisuje pokrętło wyboru źródła jako ‚Enjoyment Source’, a gałkę potencjometru jako ‚Pleasure Control’ Kupując produkt szwajcarski, kupujesz czyste szczęście i przyjemność z kraju, który szczęścia jest pewnym gwarantem.
        To musi kosztować!
        (pozazdrościć pozycjonowania)

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Nie ma wątpliwości – szwajcarska aparatura audio jest najdroższa na świecie. Pech nasz, że zarazem jedna z najlepszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy