Recenzja: Boenicke W8 SE

Budujemy Boenicke

Rzecz niewielka, a cieszy.

   Jak przeto wg Svena buduje się kolumny głośnikowe zdolne zapraszać na koncerty, obdarowywać żywą muzyką? Wygląda na to, że buduje z wielu głośników w różnych kierunkach ustawionych i osadzonych w obudowie całościowo drewnianej. I jeszcze tak zawiesza, żeby to wszystko „pływało”.

Przepatrzmy rzecz po kolei, zaczynając od obudowy. Ta w przypadku produktów Boenicke wydaje się najważniejsza. Recenzenci piszą o niej pod dyktat hasła o „litym drewnie” – i jest to o tyle słuszne, że do budowania kolumn Sven nie używa innych materiałów niż drzewo. Wychodzi przy tym z założenia, że nic jak ono pod względem surowcowym nie jest równie bliskie muzyce, chociaż słuchacze trąbek czy kornetów mogliby mieć pewne anse. Tak czy inaczej drewno z muzyką ma mnóstwo punktów wspólnych i wiele wspólnych spektakularnych dokonań, w tym przede wszystkim pudła rezonansowe, obudowom kolumn szczególnie pokrewne. Zdaniem Svena płyty MFD, ani nawet obudowy aluminiowe, nie dają takiego pola popisu dla brzmienia, przy czym sklejka też konstrukcyjnych. Metal można wprawdzie odlewać w dowolnie skomplikowane formy, ale nie pracuje tak dobrze na rzecz akustyki – tak ciekawie i różnorodnie – a sklejka w ogóle się nie równa, umożliwiając jedynie prostsze konstrukcje. W związku z czym Boenicke W8 to dwie pasujące do siebie jak ulał połówki drewnianych kształtek przypominających labirynty, po zespoleniu zamykających ten labirynt w kanały transmisji dźwięku. Wyjątkowo dużo tam zawijasów, pogrubień i pułapek akustycznych, a pośród tego cztery głośniki, ale dokończmy sprawę drewna. Otóż nie jest ono tak całkiem lite, na kształt pojedynczego fosztu, tylko poskładane z drewnianych fragmentów w klaster, w którym cyfrowe obrabiarki CMC z milimetrową precyzją rzeźbią labiryntowe kanały i wyloty głośników.

Tak więc to wprawdzie samo drewno, ale w sensie dosłownym nie lite a scalone. Widać to bardzo wyraźnie na górnej powierzchni zewnętrznej, niczym mozaika podłogowa poskładanej z osobnych segmentów. Wszakże – i to jest bardzo ważne – powierzchnie boczne i fronton są ładnie spasowane i już z niewielkiej odległości wydają się jednolite. W tym miejscu istotny dodatek: kolumny nie tylko są drewniane, ale z jednego gatunku drzewa. Nie jest więc tak, że pod spodem świerk czy sośnina, a tylko z wierzchu szlachetny fornir, tyko jak dąb – to dąb, a jak orzech – to orzech. Cztery gatunki wchodzą w rachubę, oprócz wymienionych także wiśnia i jesion, przy czym wg Boenicke poszczególne gatunki nie dają różnic brzmieniowych, co wydaje się dziwne. W takich skrzypcach na przykład nie jest to obojętne, ale widać obudowy Boenicke na tyle są neutralne, do tego stopnia nierezonansowe, że faktycznie tak jest i pozostaje wierzyć na słowo. Nie znaczy to, że różnic nie ma wcale – są różnice cenowe. Jesion i wiśnia wyznaczają cenowy standard, za dębinę w przypadku W8 dopłacimy dziewięćset złotych, a za najbardziej ekskluzywny i jednocześnie najciemniejszej barwy amerykański orzech tysiąc siedemset. Recenzowane głośniki z niego właśnie zostały wykonane i nie będę ukrywał, że rad temu byłem, bo prezentowały się pierwszorzędnie, a niezależnie od tego wolę muzykę wychodzącą z barw ciemniejszych niż jasnych. Brak forniru oznacza zarazem konieczność wykończenia całkowicie we własnym zakresie i jest to wykończenie perfekcyjne – gładziutkie, równiuteńkie i z półmatowym połyskiem.

Min. smukłym kształtem.

Odnośnie tych obudów w grę wchodzi jeszcze kwestia rozmiaru. Kolumny Boenicke W8 są podłogowe i trójdrożne, ale gabarytowo tak niewielkie, że niemalże znikają. W porównaniu do Audioform 304, a nawet podstawkowych Reference 3A, są niczym kociak przy dużym psisku, wzrok ledwo się ich chwyta. Chyba że stanąć między nimi, bo wówczas się okaże, że całe ich niemal istnienie to są płaszczyzny boczne. Niewidoczne lub ledwo, ledwo z pozycji słuchającego, a w rzeczywistości na tyle rozległe, że bezproblemowo mieszczące duże głośniki nisko-średniotonowe, podczas gdy obwiednia przód-góra-tył-spód z pozostałymi jest wyjątkowo wąska. Całość, włącznie z podstawą, mierzy zaledwie 78 centymetrów, co przy grubości dwunastu daje wspomnianą nikłość. Z tego wynikają potem kontrasty, bo dźwięk dla odmiany jest bardzo duży, można powiedzieć ogromny, ale o nim za chwilę.

Z problematyką obudów łączy się kwestia stawiania; tu dodatkowo trudna, by się „to wąskie” nie przewracało. Od razu w związku z tym powiem, że duży pies wymachujący ogonem, albo ganiająca dzieciarnia, to nie jest środowisko dla tych W8 i radzę tego unikać. Jeden ruch i kolumna leży, a lubiący ostrzyć pazurki kotek też będzie miał używanie na w sam raz dla niego zawieszonych bocznych głośnikach basowych. Bowiem kolumny są bez maskownic, tak samo jak bez lakieru, szerokości oraz forniru. Są piękne i wysmakowane, ale też minimalistyczne. Nie błyszczą się, nie szerzą, nie osłaniają czarnymi kwefami i nie stoją mocno na łapach. Przeciwnie, mają „pływać” na zawieszeniu SwingBase. W wersji najtańszej go nie ma – jest sztywna podpórka z tyłu i z przodu mały wspornik – ale za dopłatą 6900 złotych dostaniemy SwingBase, a w wersjach SE i SE+ bez dopłaty.

Tu muszę się zatrzymać, bo baza swingująca to niezła awantura. Lubisz suwać kolumny, pojeździć nimi sobie? Z bazą o tym zapomnij; możesz najwyżej jeździć bez niej, a potem ją założyć. Z bazą da się jedynie zmieniać kąt odchylenia, z tym problemu nie będzie, ale w przód, w tył ani na boki z bazą nie zrobisz ruchu – kulka przedniego zawieszenia wypada momentalnie. Bo wynalazek taki: z przodu dosyć normalnie, to znaczy w spodzie obudowy odpowiednie wgłębienie oprawione metalem, pod które kładziesz podstawkę i na niej kładziesz kulkę. I sobie będzie jeździło, po parę milimetrów swingu w każdym jednym kierunku. Tak to wygląda od przodu, z tyłu natomiast cyrk. A cyrk wygląda tak: na tylnej ściance kolumny u dołu głęboka i szeroka szczelina, w nią wchodzi duży klin dość luźno, wykonany z metalu. Klin ma przytwierdzoną śrubowo beleczkę, a beleczka na końcach chwytaki. Chwytają metalowe cięgła zakończone zgrubieniem, które dyndają swobodnie w walcach stawianych pionowo z bocznymi wycięciami, tak by do cięgieł był dostęp. Da się, ale nie radzę, bawić tym w pojedynkę, bo jedno większe wahnięcie przy mocowaniu cięgła i kolumna bęc! – leży. Tego byśmy nie chcieli, więc mimo wagi mikrej, że można jedną ręką, lepiej mieć kogoś do pomocy, może być nawet żona. A jak już wszystko pospinasz i kulką trafisz w punkt, to kolumna faktycznie pływa i trzyma pion dość pewnie. Ale mocne trącenie z pewnością ją położy, natomiast w zamian duża poprawa odnośnie najważniejszego brzmienia, którą firma Boenicke dokumentuje wykresami. Jest wszakże sposób by przemieszczać łatwiejszy od demontażu: walce zwisające na cięgłach trzymanych przez chwytaki da się ostrożnie przenosić trzymając kolumnę w pionie, że tylko kulkę potem.

I dużym głośnikiem basowym.

To teraz o głośnikach, i to jest cyrk kolejny. Głośniki u Boenicke W8 są prawie jak morska latarnia, świecą dźwiękiem aż na trzy strony. (Najwyższe W13 całkiem są jak latarnia, na cztery świata strony.) Odnośnie tych głośników. Na dużej, bocznej połaci, chwytem znanym z na przykład starszych, dłużej goszczących na rynku niemieckich kolumn Audio Physic, umieszczono głośnik największy, w tym wypadku nie sam nisko, tylko nisko-średniotonowy. To pochodzący od tajwańskiego Tang Band 6,5-calowy basowiec o długiej cewce pracujący poza zwrotnicą, tłumiony tylko akustycznie i zachodzący na pasmo średnie. Zapewnia zejście do 28 Hz, ma szerokie resorowanie i duży skok membrany. W recenzowanej wersji SE ma też dodany elektromechaniczny rezonator, wchodzący w kooperatyw ze zwrotnicą, który w najwyższej wersji SE+ jest odpowiednio wyższej klasy, określanej przez producenta mianem Stage II. Na ściance przedniej są dwa kolejne, z których niższy to własnego projektu Boenicke (wykonawstwa także Tang Band) 4-calowy, szerokopasmowy przetwornik celulozowy z filtracją pierwszego rzędu i dodatkowymi korektorami z drewna jabłoni i klonu. W wersji SE+ wzbogacany dodatkowo podkładkami akustycznymi Harmonix Tuning Bases RF-5700, redukującymi wibracje. Powyżej lokuje się drugi głośnik szerokopasmowy, tym razem 3-calowy Fountek Electronics F85 o aluminiowej membranie z wysokoczęstotliwościową filtracją pierwszego rzędu i też elektromechanicznym rezonatorem. I on w wersji SE+ miał będzie zawieszenie udoskonalone przez Harmonix Tuning Bases – antywibracyjne kuleczki.

Dwie strony świata już zdobyte, została jeszcze trzecia. Ta trzecia to ścianka tylna, gdzie bardzo nietypowym wzorem ulokowano tweeter z jedwabną kopułką i neodymowym magnesem, pochodzący od polskiej firmy z Wrocławia – Monacor DT-25N. (Modelu nie jestem pewny, Boenicke się nie chwali, ale sądząc z wyglądu on.) Tweeter znajduje się pod samym szczytem i żeby nie wpadał w rezonans usytuowano go decentralnie. Natomiast na samym dole, tuż powyżej szczeliny mocującej SwingBase i położonych nad nią przyłączy, jest wylot nie bass-refleksu, a kanału transmisji dźwięku. Jak może niektórzy pamiętają, włoscy konstruktorzy kolumn marki Albedo utrzymywali, że projektowanie takich kanałów to wyższa matematyka, ale Boenicke się nie przestraszyło i w swoich głośnikach ma. I to ma w sposób udany, albowiem świat popiera, a recenzenci chwalą.

Głośniki są pospinane wysokojakościowymi kablami litz o jedwabnym oplocie, a wiąże je zwrotnica na markowych chińskich kondensatorach Obbligato Premium (bardzo dobrze wypadających w pomiarach), w wersji SE wzbogacona o bajpasujący Duelund Silver Foil 0.01 uF (szczytowej klasy bajpas), a w SE+ udoskonalona jeszcze o zamianę Obbligato na Mundorf Silver Gold Oil z dodaniem modułów dopasowujących kolumny do wzmacniaczy Steinmusic Speaker Match Signature. (Pięć i pół tysiąca za komplet dwóch takich, wyglądających jak duże kondensatory.)

Całości dopełniają zwory WBT NextGen w wydaniu pojedynczym – sympatyczne w użyciu, z nieprzelotowymi ale skutecznie spełniającymi swą rolę wgłębieniami w trzpieniach i tymi trzpieniami na tyle cienkimi, że użyć można wąskich widełek, co nie u wszystkich się udaje. A przede wszystkim z mocnym trzymaniem nakrętek, że nic się nie luzuje.

Jedna kolumna waży 10,5 kilograma, faktycznie sobie pływa i od przodu widać ją będzie mało wiele – ale jak już, to ładnie. Parę takich znikomków poczujemy za to w kieszeni, bo wersja standard bez SwingBase  w najtańszym jesionie lub wiśni już kosztuje 26 900 PLN. Poza zamianą drewna, którą wyceniono umiarkowanie, każdy następny krok pociągać będzie duże koszty. Samo Swing Base 6900 zł, przejście na poziom SE (dający ten Swing w komplecie) 13 tysięcy, natomiast skok na sam szczyt, do topowego SE+, wymaga wysupłania kolejnych 20 tysięcy, czyli od wersji standard dzielą go aż 33 tysiące naszych najukochańszych złotówek. Za w ten sposób skomasowane pieniądze (łącznie to już 59 900 PLN), a nawet trochę mniejsze, dostaniesz od Boenicke wyższy model W11 – i to w wersji SE. Lecz jak to się wszystko ma do różnic brzmieniowych i co się z tego faktycznie opłaca, tego na razie nie wiem.

I na koniec opakowanie. Kolumny są tak niewielkie i tak przy tym nieciężkie, że producent wkłada je do jednego niespecjalnie dużego pudła, które nawet samotny, zdany wyłącznie na siebie audiofil może przenosić na spory dystans. Sam, skutkiem braku wolnych miejsc parkingowych, taszczyłem na ramieniu przez całą ulicę i na piętro. I jakoś poszło.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: Boenicke W8 SE

  1. Sławek napisał(a):

    Super recenzja, aż chciałoby się samemu posłuchać…
    A co to za gramofon w tle – czyżby Avid?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Avid, Avid.

  2. Adam K. napisał(a):

    Panie Piotrze, jest Pan tak dobrze zorientowany w temacie słuchawek. Orientuje się Pan może czy Audeze szykuje jakąś wersję „Classic” modelu LCD-3, podobnie jak w przypadku dwójek?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie, nie orientuję się, ale zapytam. Skoro jest jednak nowa LCD-2 i LCD-4, to i LCD-3 pewnie będzie.

  3. Adam K. napisał(a):

    Dziękuję, będę wdzięczny gdyby udało się Panu coś dowiedzieć. Pozdrawiam.

  4. Patryk napisał(a):

    Audeze graja wspaniale, ale ich WAGA niestety nie pozwala na dluzsze sesje……(w moim przypadku nawet nie z „Carbon Headband”)
    Szkoda, poniewaz nawet Sennheiser HE1 nie ma tak wspanialego basu jak XC.
    🙁

  5. Tomasz napisał(a):

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Ponieważ słuchawki tak zawładnęły wyobraźnią czytelników forum, że piszą o nich już pod niemal każdą niesłuchawkową recenzją to ja jednak ad rem, czyli o Boenicke W8. Słuchałem ich w kilku zestawieniach i w wielu aspektach (np. czystość dźwięku i stereofonia to poziom wyczynowy). W innych (np. kapryśny w dostrojeniu do pomieszczenia bas – konieczny mocny wzmacniacz z precyzyjnym prowadzeniem basu) są trudne. W8 to znakomite kolumny, ale pod warunkiem przyłączeniu dobranego toru, co niestety oznacza wysokie koszty. Bezlitośnie obnażają niedostatki wzmacniacza, źródła i okablowania. Boenicke W8 nie wybaczają błędów i w pewnych pomieszczeniach niestety nie zagrają. Moje pewne wątpliwości wywołuje polityka cenowa producenta, dopłata do kolejnych wersji W8 jest po prostu horrendalna – w przypadku SE+ to dwukrotnie tyle! I wchodzi się w zasięg cenowy droższego modelu W11 (ba, w kieszeni zostaną 3000 zł). Potencjalny nabywca musi to wszystko dobrze sobie skalkulować.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To rzeczywiście nie są kolumny dla początkujących, a przynajmniej nie tych, którzy mogą liczyć wyłącznie na siebie. Co do kwestii cenowej, to trzeba brać poprawkę na szwajcarskie pochodzenie. W Szwajcarii filiżanka kawy kosztuje kilkadziesiąt złotych. Inaczej mówiąc – tam wszystkich stać.

      1. Sławomir S. napisał(a):

        Oprócz kwestii różnicy w dochodach obywateli różnych krajów jest jeszcze kwestia prestiżu pochodzenia.
        ‚Swiss Happiness in a Box’ opisują swój produkt producenci z Bazylei. Inny szwajcarski producent wzmacniaczy opisuje pokrętło wyboru źródła jako ‚Enjoyment Source’, a gałkę potencjometru jako ‚Pleasure Control’ Kupując produkt szwajcarski, kupujesz czyste szczęście i przyjemność z kraju, który szczęścia jest pewnym gwarantem.
        To musi kosztować!
        (pozazdrościć pozycjonowania)

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Nie ma wątpliwości – szwajcarska aparatura audio jest najdroższa na świecie. Pech nasz, że zarazem jedna z najlepszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy