Recenzja: Ayon Scorpio Mono

Odsłuch cd.

Z tyłu jest tego trochę.

   Aż muszę temu poświęcić chwilę, bo to wydaje się ważne. Otóż jest często spotykanym zjawiskiem zachwyt nad brzmieniem bardzo wyrazistym, dynamicznym i barwnym, ale z płaskimi postaciami. O ile bowiem odruchowo, natychmiast i bez zastanowienia wyłapujemy brak szczegółów, spłaszczoną dynamikę, a także barwy zszarzałe, o tyle postaci określone wyrazistym konturem już się wydają właściwe, a na sposób ich interakcji z przestrzenią już się wcale nie zwraca uwagi. Więc dopiero kiedy porównać i zdać sobie sprawę z wagi, wówczas się objawiają różnice pomiędzy wyraźnym konturem a sferycznością i między wstawianiem byle jakim a prawidłową lokacją przestrzenną. A są to różnice zasadnicze, bo różnice stopnia istnienia. Postać okolona wyraźnym konturem i śpiewająca czystym, głębokim głosem może się wydać idealna, prawdziwie istniejąca. Lecz kiedy głębiej to analizować, gdy mieć wyrobioną świadomość rzeczy, ta postać ujawnia swoją sztuczność, tak samo jak obrazy na ekranie. Jest jednak (o czym wielokrotnie pisałem) wielką przewagą dobrej aparatury audio nad najlepszą nawet wizyjną, że umie przywołać perfekcyjną złudę przestrzennej obecności, że jakby ktoś obok naprawdę był. Takich postaci nie wyczaruje najlepszy telewizor, ani najlepsze nawet kino, a high-endowy sprzęt audio wyczaruje. I w mierze tego czarowania wraz z tymi lepszymi lampami monobloki Scorpio zrobiły przeskok dramatyczny i wyprzedziły Crofta. Nie dały takiej wyraźności, tyle poetyki i tyle brzmieniowej soli, ale sferyczne modelowanie i plasowanie tych modeli w przestrzeni okazało się u nich lepsze. A to jest strasznie ważne, bo to właśnie przekłada się na obecność – na realizm. Postać może być bledsza, nie tak barwna i nie tak czarująca trylem, ale kiedy jest lepiej uformowana i lepiej wstawiona w przestrzeń, to wyda się prawdziwsza. Z niekłamanym zatem podziwem przysłuchiwałem się produkcjom Scorpio i jednocześnie podziwiałem małe triody na jego przodzie, że tak na ten podziw wpływają. Zarazem to jest okropne, że teraz takie nie powstają, więc producenci, nie mając wyboru, muszą wstawiać tandetę. Zapewne jest wiele osób (nie chcę nikogo obrażać), którym styl lamp obecnie produkowanych wyda się znakomity.

Dwa identyczne kable zasilające są niestety tutaj wymogiem.

Czytałem w wielu recenzjach szanownych kolegów po piórze, że lampy z dawnych czasów to wydziwianie i zawracanie głowy. Sam powiem tak: jak komuś można wmówić, że Jackson Pollock czy Andy Warhol byli wielkimi malarzami, tak można też wmówić, że współczesne Harmonix, Tung-Sol czy Gold Lion są wielkimi lampami. Różnice nie są na pewno w przypadku lamp tak drastyczne, ale nie całkiem od rzeczy będzie stwierdzić, że mają coś z dystynkcji pomiędzy Tycjanem a Warholem. Jeżeli się stawia na emocje, na sekundowe wrażenia, to wygłupy Warhola i bazgroły Pollocka mogą się wydać na miejscu. Lecz trwałe z nimi obcowanie to już przejawy masochistycznych ciągot i ulegania wpływom. Nie dajcie sobie mieszać w głowach cudzymi idiotyzmami ani socjotechnicznym zabiegom. Wciskanie ludziom do głów brzydoty pod płaszczykiem artyzmu oraz modowych popisów, to w gruncie rzeczy wyraz pogardy ludzi bogatych i wpływowych dla słabszych i biedniejszych. Nierzadko też wyraz głupoty zbiorowej i zblazowania klas wyższych, obrazowany tylekroć w szyderczych opowieściach.

Czym jest sztuka? Wielu się nad tym głowiło, ale nieźle to ujął Schopenhauer. Sztuka jest pierwiastkiem ogólności i nieskończoności zawartym w rzeczach pojedynczych. Im mocniej się wpatrujesz, tym więcej, głębiej widzisz. Tak, przesyt się z czasem zjawia, tak już jesteśmy skonstruowani, ale poczucie napotkania czegoś szczególnego i głębokiego musi jej towarzyszyć. I by nie przedłużać dygresji od razu to skwituję: sposób organizacji przestrzennej, a więc przywoływania duchów, ma ten Scorpio przy dobrych lampach wybitny. O wiele wybitniejszy aniżeli przy sprzedażowych, co można wyłapywać lub nie. Dlatego jednym to słabsze nie będzie przeszkadzać, a dla innych stanowić cierń w oku. Oku, bo o obrazy idzie, aczkolwiek wewnętrzne, wyobraźnią słuchową inspirowane.

I bardziej całościowo.

Dlatego z wielką przyjemnością długie godziny wpatrywałem się w korowód postaci mocą muzyki tego Scorpio przywołanych. Postaci nie dających o sobie myśleć inaczej niż poprzez mimowolne odczuwanie istnienia i podziwianie wizerunkowego kunsztu. Zwłaszcza na tle poprzedniego ich widoku ze zwyklejszymi lampami. Tego, o ile lepiej łączą się teraz w całość z otoczeniem i o ile prawdziwsza jest forma. Że to wcześniej było niczym bogata i barwna lecz na poły płaska ikona, a teraz samo już życie. Może nie w stu procentach, nie całkiem dosłowne, ale właściwego kształtu i prawdziwego dotyku.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy