Recenzja: Ayon Scorpio Mono

   Ayon, Ayon i ciągle Ayon. A i to teraz recenzowanie to wcale jeszcze nie koniec, bo kroi się – i mam nadzieję serio – test szczytowego ich odtwarzacza CD-35 „High Fidelity”. A potem znów pewnie coś wymyślą, bo ciągle wymyślają, i austriacka firma wyrzuca z siebie lampowe urządzenia jak wulkan lawę. Lampowe, bo tylko takie robi. Pod szyldem „Powrót do lampowości” powstała i trwa w tym pierwotnym zamiarze, przyznać trzeba, stanowczo, na tranzystory jej nie zarzuca. Za to samych lampowych końcówek mocy oferuje aż dziewięć (trzy jednoczęściowe i sześć dzielonych), a zintegrowanych wzmacniaczy też trzy. Razem wobec tego dwanaście i do nich trzy przedwzmacniacze. Niezły wynik jak na przedsiębiorstwo, w którym za dowodzenie i projektowanie odpowiedzialny jest jeden człowiek – Gerard Hirt.

Coś jeszcze dodam, dla odmiany o sobie. Nie muszę chyba tłumaczyć, bo taka jest nasza natura i każdy wie to po sobie, że ciekawość goni stale za czymś najlepszym, co w audiofilizmie oznacza „drogo”. Odruchowo szukamy najdroższych urządzeń stojących na najwyższych półkach, a te ulokowane poniżej to szara rzeczywistość. Nie zawsze – czasem coś mniej drogiego zyskuje sławę i dusi tych najdroższych, ale zazwyczaj szczyt oferty „to jest to”, a poniżej bolesny kompromis. W przypadku Scorpio Mono jest to kompromis wręcz krańcowy, jako że spośród dzielonych końcówek mocy jest w ofercie najtańszy. Szesnaście tysięcy dziewięćset nas ten robaczek będzie kosztował, a taki Ayon Titan Evo dwieście czterdzieści pięć. Medal taniości ma jednak i drugą stronę – stara prawda o urządzeniach lampowych głosi, że im prostsza konstrukcja, tym efekt bardziej spektakularny. Nie oznacza to jednak banału, bo „prosty” w tym wypadku oznacza także zmyślny. Prosta linia wzornicza Christiana Diora zawojowała kiedyś świat mody, ale wpierw ją trzeba było wymyślić – nikt przed nim na nią nie wpadł. Prostota nie jest także i w tym wypadku czymś prostym; nie leżącym przy drodze patykiem, że wystarczy się schylić i podnieść.

Na ile proste są, mierząc tą miarą, monobloki tytułowego Ayona Scorpio, to się niebawem okaże, a od siebie jeszcze dorzucę, że mimo cenowej mizerii (choć nie takie znów one tanie), chętnie je do recenzowania wziąłem, jako probierz własnego Crofta. Ten też jest prosty, ale bardzo szczególny, i rzec można klasycznie angielski. Z małej manufaktury w Cambridge i już go dawno nie robią. Lecz zdobył kiedyś sławę i świetnie był oceniany, a mój jest jeszcze bardziej nietypowy, bo mocno przerobiony. W miejsce jednej niewielkiej sterującej ECC81, wspólnej dla obu kanałów, ma dwie, dla każdego z osobną, a są nimi od niedawna genialne Brimary z lat 50-tych. Dlaczego tak genialne, o tym było w odniesionej między innymi do nich recenzji lamp tego typu, a małe monobloki Ayona, pracując w słabszym mocowo trybie „triode”, mają akurat tyle samo 25 W mocy, idealnie więc się nadawały do porównania z Croftem.

Poza twórcą Gerardem Hirtem i moją skromną osobą są jeszcze – bagatelka – czytelnicy, i nie zapominajmy o nich. Producent i recenzent to jedna para kaloszy, a czytelnicy inne. Są między nimi tacy, co tylko sobie czytają i oczywiście najchętniej o gwiazdach, ale są też prawdziwie poszukujący, najczęściej rzeczy niedrogich. Więc dla nich przede wszystkim recenzja tego Ayona, co w sensie cenowym jest na tle innych takich robaczkiem, w nazwowym pajęczakiem-stawonogiem, a w audiofilsko-techniczynym parą monobloków na lampach KT-88.

Urządzenie na rynku znalazło się w 2016 i było już recenzowane, ta recenzja to zatem nie nowinka ani sensacja a przypomnienie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy