Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

   Rok i półtora miesiąca temu pisałem recenzję wersji CD-35 Signature, będącej wzbogaceniem standardowej o przetwarzanie z PCM w DSD. Wyraziłem wówczas opinię, iż to DSD pachnie wprawdzie sukcesem, jednak do pełni szczęścia zabrakło, by bez uszczerbku zachowując a nie redukując bardziej analogowe uroki odczytu PCM, potrafił flagowy odtwarzacz Ayona doprawiać je większą dynamiką, wyraźnością i wyciąganiem artystów z tła – które to cenne własności niewątpliwie stały przy DSD. Być może siebie przeceniam, może to całkiem bez związku, ale jak by na to nie patrzyć, jestem świadkiem odzewu. Zapewne nie na moje wycie, ale może też trochę moje. W każdym razie stoi teraz przede mną wersja jeszcze bardziej flagowa, sygnowana jako HF Edition, które to HF jest skrótem od High Fidelity, czyli nawiązaniem do tytułu audiofilskiego magazynu redaktora Wojciecha Pacuły, który jak wieść niesie wraz ze swym przyjacielem Januszem Stopą namówił Gerharda Hirta – właściciela Ayona – na kontynuacyjne rozwinięcie odtwarzacza z funkcją PCM-DSD, tak by się już żaden krytyk nie czepiał. Bo wiecie jak to jest – krytykować co prawda można i wolność słowa na pierwszym miejscu, jednakże pod warunkiem, że się nie krytykuje. Zimnej wody za kołnierz nie lubią duzi ani mali, każdy woli pochwały. Więc z założenia ten HF Edition ma być brzmieniową perfekcją, czyli dokładnie tym o co postulowałem. Bezstratnym przeniesieniem odczytu PCM do sfery DSD, w której już samo szczęście. I jeśli teraz coś skrytykuję, to mnie rozstrzelają na miejscu…

Rzucać krytyki łatwo, spełniać ich postulaty trudno. To jest tak oczywiste, że nic oczywistszego nie ma. Bo gdyby tak nie było, mielibyśmy raj tu, na Ziemi. A nie wygląda na to – oj, bardzo nie wygląda. W mierze tego ziemskiego raju, wizualizowanego już pięćset lat temu przez Hieronima Boscha w wysublimowanych odcieniach zieleni i błękitu, ma dla nas Ayon Audio czarniejszy jego skrawek, w postaci tego HF Edition. (Ciekawa sprawa – to piekło a nie raj u Boscha pełne jest instrumentów muzycznych, a muzyka tam to tortura.)

Odtwarzacz jest cały czarny, jeszcze czarniejszy niż poprzednik, czy może raczej punkt wyjścia. Ayon CD-35 Signature miał srebrne kratki wentylacyjne, srebrne przyciski operacyjne i srebrny uchwyt pokrywy. Te wszystkie srebrne akcenty zostały poczernione i teraz staje przed nami czarniejsza jeszcze bryła, ale również nie całkiem czarna (co by już zalatywało Tartarem). Uchował się srebrny kołnierz napędu, więc okazały okrąg z metalu, a także nie jest czarne coś, co początkowo miało być czarne i w wersji poprzedniej było – grubaśne nóżki podstawy. Te miały być identycznie czarne, ale Ayon wszedł w kooperację z firmą Franc Audio Accessories (wbrew nazwie polską zresztą) i z jej oferty wybrał najbardziej elitarne Ceramic Disc Classic w wersji białej, czyli poniekąd anielskiej. (Czarne, diabelskie też są.) Staje więc nowa inkarnacja szczytowa w ofercie odtwarzaczy Ayona na śnieżnobiałych, ceramicznych, chropawych w dotyku walcach, mających za cały akcent czerni jedynie stożkowe, mocno ścięte przyziemienie, i czerpie czterema garściami z ich niedościgłej ponoć sztuki niwelowania wibracji, aczkolwiek firma Symposium Acoustics mogłaby mieć co do tej niedościgłości anse. Czarny też pozostał pilot, mający dla uszlachetnienia wyglądu aluminiowy wierzch, a na rzecz mniejszej wagi spód z tworzywa; z pomocą którego to pilota można będzie weryfikować, czy rozwinięta do maksimum wersja szczytowa CD-35 spełnia już wszystkie zachcianki i marzenia. Lecz że to duża sprawa, obszerny zakres przeróbek i rozszerzeń, przenieśmy się z nią w następny rozdział.

Zmiany, zmiany, zmiany

Ayon CD-35 HF Edition.

   Tośmy już poczernili to i owo, a inne rzeczy pobielili – i teraz myk do wnętrza. Zacznijmy od samej góry, od ładowanego wierzchem napędu. Ten uległ modyfikacji, aczkolwiek się nie chwalą, co mianowicie zmieniono. Widać jedynie kolejne poczernienie, bowiem nie tylko sczerniał uchwyt pokrywy, ale też łoże płyty. Srebrzyste wcześniej aluminiowym połyskiem jest w nowej wersji topowej matowo czarne, sugerując inną odmianę klasycznego napędu Philips Pro, być może najnowszą i najbardziej zaawansowaną 2LF. Cyferki i literki mniej są istotne, ważne natomiast to, że napęd stał się cichy. Zachowuje się teraz bardzo dyskretnie i nikomu już nie będzie uprzykrzał życia poświstem wirującej płyty. Słychać go wprawdzie troszeczkę, ale naprawdę jedynie z bliska i jako niższy, nie wadzący nikomu cichy turkot. Pyszna sprawa i odetchnąłem z ulgą, bo ten wcześniejszy mógłby być cichszy.

Kolejna ważna modyfikacja dotyczy kości przetwornika. Wciąż są to najlepsze dostępne na rynku Asahi Kasei AKM AK4490, ale teraz w ekskluzywnej, selekcjonowanej wersji EQ. Wbudowane na dodatek w nowo opracowany elektroniczny obwód, którego możliwość dopuszczenia do sprzedaży zatwierdziło samo Asahi Kasei, zastrzegające sobie kontrolę układów używających wersji EQ. Cały obwód przetwarzający cyfrowy zaczyn w analogowy sygnał jest teraz bardziej rozbudowany i brzmieniowo dopracowany, co ma skutkować ciemniejszym, bardziej gęstym i przede wszystkim bardziej analogowym dźwiękiem.

Sięgnięto też po lepsze i dużo niestety też droższe oporniki tantalowe w ilości łącznej kilkudziesięciu (po dwadzieścia euro przy większych partiach zakupu), implementując je w nowym, także bardziej rozbudowanym, lampowym obwodzie zasilania. Ilość lamp też przyrosła i pracę ich wspomagają teraz jeszcze potężniejsze kondensatory.

Poprawiono również sekcję zasilania, i to poprzez kompletną jego przebudowę, tak aby lepiej pasowała do nowej sekcji przetwornika i rozwiniętej lampowej wyjścia.

Bardziej czarny niż Signature.

Ostatnia zmiana, choć niby drobna, też może dawać poprawę. Porty RCA wymieniono na najnowsze, oferowane dopiero od niedawna wtyki WBT NextGen.

Ogólnie więc bez mała nowy odtwarzacz, od laserowego napędu i zasilania poczynając, aż po stopień wyjściowy i osadzenie całości na nóżkach. Co osiągnięto nie tylko dużym nakładem inżynierskim, ale też podwajając budżet. Wersję CD-35 Signature budowano w oparciu o założenie nie przeskoczenia granicy dziesięciu tysięcy euro, a wersję High Fidelity dwudziestu. Tyle też ona finalnie kosztuje i dla łakomych posmakowania jej brzmieniowej urody będzie to konieczny wydatek. Mało to nie jest, lecz na osłodę wieść, że odtwarzacz stanowić ma bezpośrednią konkurencję dla  maszyn dwa i więcej razy droższych, czyli konstrukcji szczytowych wiodących producentów – dCS, MBL, Accuphase czy MSB. W praktyczniejszym na dodatek układzie jednopudełkowym i przy odczycie formatu SACD za pośrednictwem najbardziej uznanego w historii napędu top-load Philipsa. Z mnogimi na rzecz poprawy brzmienia lampami i rozbudowaną bardziej niż u większości najlepszych nawet konkurentów sekcją analogu, że tylko stawać w szranki i się mierzyć.

Cała reszta przeszła do nowej referencji ze starej, w tym dwa potężne transformatory R-Core, potężny dławik redukcji zakłóceń, nadzorujący pracę lamp, dziesięć stabilizatorów napięcia rozsianych po obwodach, markowe kondensatory olejowe Mundorf Silver/Gold, montaż modułowy na kilkunastu łącznie płytkach, w wielu miejscach piętrowy, obligatoryjny upsampling do 768 kHz/32-bit, możliwość przełączania próbkowania pomiędzy 128 a 256 próbek. Nie uległ też zmianie garnitur portów wejścia i wyjścia, z wejściami cyfrowymi SPDIF, USB, I2S, BNC, AES/EBU i 3 x BNC oraz analogowymi 2 x RCA i 1 x XLR (wbudowany przedwzmacniacz), kierującymi sygnał na wyjściowe 1 x RCA i 1 x XLR. Wciąż także mamy trzy skobelkowe regulacje: Gain w ustawieniach High (5,0V) i Low (2,5V), włączony lub dezaktywowany obwód analogowej regulacji głośności (0 do -40 dB) oraz trzy ustawy dla gniazd wyjściowych: XLR-only, RCA-only i oba jednocześnie (z zastrzeżeniem niższej jakości dźwięku). Maszyna waży po modyfikacjach równe 17 kg, czyli prawie nic nie przytyła, za to w portfelu poczyni spustoszenia aż dwa razy większe. Pytanie, czy w zamian zaoferuje dźwięk też dwa razy lepszy – i teraz właśnie o tym.

I też z czerwonym okiem wyświetlacza.

Lecz zanim, jeszcze o kwestii limitu. Odtwarzacz miał początkowo powstać w limitowanej ilości pięćdziesięciu sztuk, jednak z uwagi na presję rynku i skalę zainteresowania odstąpiono od tego. Limitu zatem nie ma i można wciąż zamawiać (tych początkowych pięćdziesiąt rozeszło się od razu), tyle że nie czeka na półce; trzeba odstać ładnych parę tygodni w kolejce, aż nam pod zamówienie zrobią.

 

 

Brzmienie

Bardziej czarny jednak od góry, bo en face już niekoniecznie.

   W dopiero co sporządzonej recenzji ekskluzywnych i niemalże, albo i nawet, kultowych słuchawek Abyss AB-1266 zdążyłem już napisać, że nowe dzieło Ayona znakomicie się ich zmaganiom testowym przysłużyło, wynosząc jakość sygnału na odpowiedni dla ich wygórowanych wymagań poziom. Lecz jeszcze wcześniej wiedziałem, że tak to wyglądać będzie, miałem bowiem okazję zakosztować owej jakości na ostatnim AVS, gdzie nowe wcielenie ayonowego high-endu popisywało się wespół z ekskluzywnymi kolumnami Lumen White. Była to istna defilada jakości, niezwykle udany występ, nie pozostawiający złudzeń, że mamy do czynienia z wydarzeniem. Tak więc nie było niepokoju; brałem urządzenie od dystrybutora ze świadomością, że to się nie może nie udać. To znaczy, że mnie jednak nie rozstrzelają i nie będę się musiał ukrywać. Ale świadomość wysokiej jakości rzecz jedna, a jakość ta w dokładnym rozpracowaniu druga. Więc także i ciekawość odnośnie poszczególnych osiągów: na ile analogowy okaże się analog, na ile mocna dynamika, ile w tym odnajdziemy żywej muzyki i jakie zdolności poetyckie.

Zacząłem od słuchawek, już tylko własnych AKG, by z ich pomocą sporządzić porównanie do własnego Cairna i retrospektywę względem wersji Signature oraz flagowego SACD Accuphase.

Zacznijmy od porównania z Cairnem. Różnica musiała być wyraźna, mimo iż „musi to na Rusi”. Satrapie traktowanie relacji wzajemnych nie okazało się jednak potrzebne i domniemania w świetle wielokrotnościowego dystansu cenowego w zupełności potwierdziły się same, jakkolwiek klasa modyfikowanego francuskiego klasyka wykluczała doszczętne pobicie. Niemniej dystans był zasadniczy, a stopnie satysfakcji i realizmu dalece różne. Odwołajmy się do konkretów. Najbardziej narzucała się różnica sopranów. Te z Cairna były o wiele cieńsze, wyraźnie mniej trójwymiarowe i w porównawczym odbiorze piskliwe, aż nawet nieprzyjemne. Oczywiście im słabsze nagranie, tym było to dobitniejsze, ale i przy najwyższej jakości dobrze słyszalne. Kolejne dwa aspekty to nasycenie i głębia barw. Na tle Ayona Cairn grał szaro i anemicznie.

Znaczenie ceramicznych podstawek, jak wykazały testy, jest nie do przecenienia.

Zszarzałymi, pozbawionymi blasku i gęstości kolorami, kładzionymi na dźwięki mizerniejsze, dalekie od bujnej cielesności. Na tłach zdecydowanie mniej czarnych bardziej piskliwym dźwiękiem rysowała się muzyka bardziej płaska, mniej barwna i mniej gęsta. O wiele mniej efektowna, o wiele mniej zbudowana, o wiele słabiej wybarwiona i przestrzenna. Nie jednak poprzez papuzią barwność konkurenta – jakąkolwiek u niego przesadę – tylko podającego te same barwy w większym natężeniu i na mocniejszym podłożu. Zarówno sama treść, jak i oblekająca ją forma, były po stronie Ayona o tyle lepsze, jakby Cairn prawie nic nie był wart, a przecież to nieprawda. Słuchany bez porównań potrafił zadowalać zarówno rozciągnięciem pasma, jak i nieobojętnym stosunkiem do muzyki. Także szczegółowością i wyrafinowaniem, jako że brak u niego trzeciego wymiaru dopiero Ayon wykazywał. A przy okazji też brak wypełnienia i nieco zbyt ujednoliconą paletę, za mocno częstującą szarościami. Co miało wprawdzie swój poetycki wymiar, czyniło pewien styl, ale od dosłownego realizmu odbiegało.

Różnice pod względem dynamiki i szybkości reakcji były już zdecydowanie mniejsze, natomiast jeszcze jedna bardzo duża. Ta w tle już się przewinęła, ale muszę ją bardziej wyeksponować. To różnica trójwymiarowości – w odniesieniu nie tylko do postaci i samych dźwięków, ale też do całości spektaklu. Niezwykle dobitna, podobnie niemal mocna jak sopranowa i po części z nią się wiążąca.

W kółko powtarzam, że sopran bez trzeciego wymiaru redukuje zasadniczo urodę, co odnosi się też do reszty pasma. Szczególnie po wymianie lamp w Twin-Head z KT-66 na 350B to się zaczęło rysować i stało wręcz niezwykłe. Ogólny stopień trójwymiarowości, a przede wszystkim dobitność przedstawiania kombinacji dźwiękowych nie tylko jako trójwymiarowych figur, ale rozstawień na szachownicach scenicznych w kontekstach bliżej-dalej był wręcz oszałamiający. Długo przypatrywałem się tej muzycznej camera obscura i było to zaiste bardziej widzenie niż słuchanie. Samo się wówczas narzuciło, że z taką dobitnością tego przestrzennego teatru dźwięków żaden odtwarzacz wcześniej nie wystawił. I jeśli to główna zasługa obróbki DSD (a nie ma powodu sądzić inaczej) to warto było się nad nią latami biedzić.

Z tyłu między innymi przedwzmacniacz i lepsze porty RCA.

Pora odnieś to wszystko do wersji wyjściowej CD-35 Signature. Porównania odczytu PCM z DSD poprzez naciskanie jednego guziczka zostały zachowane, tak więc diagnoza nie nastręczała trudności. I tu same najlepsze wieści, które dla łatwiejszego przeglądu ponownie wyłożę w punktach, tak samo jak miało to miejsce w recenzji CD-35.

 

 

 

  • Tryb DSD nie okazuje się już w wersji HF Edition głośniejszy, więc porównania tym łatwiejsze.
  • Zarazem wszystkie jego przewagi zostają zachowane.
  • I są teraz podawane umiejętniej, bez takiej nachalności.
  • Wyższa kontrastowość traci bowiem aspekt pejoratywny, staje się bardziej kontekstowa.
  • Gdyż nie przede wszystkim same krawędzie kreślone zostają ostrzej, a całe dźwiękowe bryły rysują się wyraźniej i oblej.
  • Partie wokalne wciąż bardziej wydobywane są z tła (co jest bardzo korzystne), natomiast same głosy nie są już twardsze ani sztywne.
  • Ogólnie biorąc cały dźwięk po transformacji do DSD zachowuje walory PCM, to znaczy mocno odczuwaną obecność medium i towarzyszącą dźwiękom aurę, a także naturalną plastyczność, śpiewność i spoistość materii.
  • Nie trwoni też wypełnienia, przeciwnie, wzmacnia je.
  • Nie tracąc też charakteru lampowego ani zdolności rozkosznego sączenia.
  • A nade wszystko odczyt PCM staje się w porównaniu do DSD płaski – zarówno w odniesieniu do dźwięków, jak i całej scenerii.

Czarny jest także pilot.

Efekt tego wszystkiego taki, że w trybie PCM nie chce się teraz słuchać. Ubytek satysfakcji zjawia się momentalnie i ręka sama sięga do przełącznika. Aż się musiałem zmuszać do robienia porównań, tak bardzo wydawały się zbędne. I gównie przez jeden aspekt – ową trójwymiarowość. O ile przedtem dostawaliśmy coś za coś – pewne nagrody w zamian za pewne kary – o tyle teraz nagroda rozciągnięcia na trzeci wymiar pożera wszystko inne i nie pociąga żadnych złych następstw. Więc w sumie nie ma nad czym deliberować i postulaty recenzenta zostały spełnione co do joty. Konsekwencją tego realizm, pozwalający nawiązywać do żywej muzyki w rzadko widywanej bliskości. I na AVS to słyszałem, i teraz znów u siebie. Tam, dzięki genialnym głośnikom, grało to bardziej namacalnie, u mnie bardziej trójwymiarowo.

I jeszcze odniesienie do referencji od Accuphase. Flagowy SACD DP-950/DC950 operuje cokolwiek niższym dźwiękiem. Nie powoduje to zwiększonego nacisku na dół pasma ani jego rozrostu, a tylko daje trochę spokojniejszą górę i nieco niżej osadzoną średnicę. Poza tym japońska referencja gra minimalnie cieplej i bardziej akcentuje melodyjność a mniej trójwymiarowość. Brzmienia ma substancjalnie bardziej spoiste, bo mniej nasycone powietrzem, i chętniej sięga po ciepłe barwy. Operuje przy tym spokojniejszym światłem, a czernie tła ma jeszcze gęstsze. Sumarycznie biorąc bardziej kieruje się ku ładności i jednocześnie brzmi dostojniej, czy może raczej bardziej statecznie. Nie umie natomiast tak dobrze akcentować kubiczności i nie rozstawia dźwięków z taką ostentacyjną odkrywczością na szachownicy przestrzennej. A ściślej – potrafi to robić, ale jedynie w odczycie SACD. I tu jest zdaje się pies pogrzebany, w tym miejscu docieramy do sedna. Flagowy odtwarzacz Ayona rozrzut jakości pomiędzy SACD a CD daje mikry, przenosząc zapis CD do sfery SACD dzięki zaawansowanej technologii transferu. I w wersji High Fidelity robi to już perfekcyjnie, przy czym nie będę zgadywał czy to sam transfer poprawiono, czy jego oprawę brzmieniową, czy może jedno i drugie. Fakt pozostaje faktem – Ayon CD-35 HF Edition ma w nazwie błąd zasadniczy.

Odsłuch cd.

Napęd wciąż od Philipsa, ale jego wersja już inna.

   Powinien się nazywać SACD-35. Nazwa użyta przez producenta sugeruje sam odczyt CD i w najmniejszym stopniu nie nawiązuje do tego, że urządzenie zwykłe płyty CD przerabia na SACD. A jeśli się komuś zdaje, że SACD to była lipa i marketingowe dymanie, to z całą stanowczością oświadczam, że zabrnął w błąd całkowicie. Stała się nam wielka krzywda, że SACD w pierwotnej formie wielokanałowej się nie rozwinęło, bo wprawdzie wielogłośnikowość w miejsce stereofonii nie daje specjalnych pożytków z uwagi na trudność akustyczną, ale transfer SACD multi-channel do dwukanałowego, opracowany przez Eda Meitnera, to już genialna sprawa. Ale nawet odkładając to na bok SACD 2-ch. jest lepsze od CD, a zarazem mało prawdopodobne, byśmy wszyscy w dającej się przewidzieć przyszłości zostali właścicielami Ayon-ów CD-35 HF Edition, czy innych podobnych maszyn. Obym się mylił i dzięki grzebaniu przy plikach oraz w odtwarzaczach CD taki transfer stał się codzienny, ale szans na to bym nie przeceniał.

 

Na finał sesja przy głośnikach. Rzecz ciekawa, pewne rzeczy były za ich pośrednictwem lepiej słyszalne, podczas gdy inne mniej. Generalnie jednak więcej można się było dowiedzieć o cechach HF Edition – i znów same dobre rzeczy. Zwłaszcza że minimalnie niższy i ciemniejszy dźwięk kolumn Audioforma pasował nieco lepiej, idealnie się dopasowując.

Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli ponownie od różnic pomiędzy odczytem PCM a przeniesionym do DSD. Znów okazały się wyraźne, jeszcze aż wyraźniejsze. I ponownie z wyraźną przewagą DSD, dobitnie jednoznaczną. Tym razem jednak nie przede wszystkim odniesioną do sfery sopranowej, albowiem głośniki wysokotonowe kolumn same z siebie produkowały bardziej masywny i trójwymiarowy sopran. Co nie znaczy, że tej różnicy nie było. Zjawiała się jak najbardziej, niemniej nie była już najważniejsza. Najważniejsze stało się co innego, mianowicie pewien „specjalny składnik”. Nie tajny, słychać go było cały czas i ani trochę się nie ukrywał, a rzecz polegała głównie na tym, że dźwięk w domenie DSD stawał się o wiele ciekawszy. I nie tylko dlatego, że był bardziej trójwymiarowy i sopranowo lepszy, ale w nie mniejszym stopniu z tego względu, że był bogatszy harmonicznie i teksturowo bardziej złożony. Momentalnie to było słychać, a już zwłaszcza w partiach wokalnych oraz potocznej mowie. Jako lekkie grasejowanie, pewną szczyptę podniety oraz, ogólnie mówiąc, więcej składników brzmienia.

Nie tylko tło ma czarne, ale także pracuje dyskretniej.

O ile jednak w przypadku zwykłej mowy uboższa forma PCM nie wydawała się zgrubna, przypominając słuchanie tych samych osób jakby z dalsza, o tyle w przypadku samej muzyki sprawa stawała się dramatyczna. Dołączała się bowiem trójwymiarowość brzmień pojedynczych i zespołów, czyniąc (i to wyraźnie) brzmienie bez DSD nudniejszym. Cóż z tego, że było gładkie, spoiste i muzykalne, skoro nie było tak przestrzenne i bogate? Wyraźnie zubożone, w odbiorze niemal postne. Albowiem te porównania to są… Bez przełączania powiedziałbym, że PCM brzmi świetnie, znakomicie nawiązując do brzmień gramofonowych. Fakt, nie mając tej energii i stopnia zaangażowania, ale dzięki mózgowej adaptacji szybko się o tym da zapomnieć i można się cieszyć gładko, płynnie i barwnie podawaną muzyką z dobrymi wszystkimi aspektami od dynamiki po przestrzeń i z muzykalnością we wszystkim. Ale bez DSD jakież to się stawało ubogie… Działanie tego procesora podobne było do wizyjnego Darbee Vision; i kiedy wklepiecie te dwa słowa w wyszukiwarkę, popatrzcie sobie na porównania obrazów z procesorem i bez. Tak samo to wyglądało w odniesieniu do dźwięku z DSD i bez niego w Ayon CD-35 HF Edition. Przeskakujemy w inny wymiar, ilość i jakość informacyjna lawinowo przyrasta. I to nie tylko w odniesieniu do tekstur oraz postaci, ale też całej organizacji przestrzennej, nakładania się dźwięków. Nuda i monotonia bez DSD dosłownie biła po uszach, słuchać się tego nie chciało. W tym miejscu jedno pytanie: – Nie można było tak od razu?

Przeniesienie odczytu DSD na wyższy zdecydowanie poziom w wersji HF Edition dzieje się głównie za sprawą czterech czynników. Po pierwsze obecność medium nie redukuje się a wzrasta. Po drugie wypełnienie też się intensyfikuje. Po trzecie nie doznaje żadnego uszczerbku muzykalność. Po czwarte poetyka nic nie traci, tylko także się wzmaga. Nie ma żadnego szatkowania, skracania wybrzmień, sztywności. Muzyka staje się bogatsza, uderzająco bardziej ciekawa i jeszcze na dodatek piękniejsza. Przesycona powietrzem, figuratywna, trójwymiarowa, poparta siłą i witalnością przedstawień. A jednocześnie nieobojętna, uczuciowa. Tajemniczość ech i pogłosów, magia odczuwanej przestrzeni, druga magia jej trójwymiaru, poetyka smutku, realizmu i śmiechu. Bogactwo harmoniczne melodyki oraz złożoność tekstur. To wszystko składa się na magię całościową, na przesiadkę do szybszego pociągu. Przestajemy się wlec koło za kołem, krajobrazy zmieniają się, świat pędzi. Nie ma czasu na osuwanie się jaźni w popatrywanie i dygresje, przestajesz się z nudów drapać za uchem. Te same dobrze znane utwory nabierają nowego smaku i tylko złość ci wzbiera, że tak ich wcześniej nie słuchałeś. Ale zarazem wzbiera radość, że teraz to możliwe i za żadne skarby nie chciałbyś wrócić do audiofilskiej przeszłości. Bo wszystko stało się prawdziwsze i bardziej magiczne zarazem.

Plakietki numeracyjne powinny być eleganckie, złote. I takie są rzeczywiście, ale nie w egzemplarzu demonstracyjnym dystrybutora.

A może najlepsze w tym wszystkim, że kiepskie nagrania tak zyskują. Bo ta wszechstronna trójwymiarowość i to bogactwo z melodyką czynią z najgorszych nawet nagrań widowisko, unicestwiając możność, że czegoś nie da się słuchać. Tak w każdym razie było u mnie, ze wzmacniaczami lampowymi i kolumnami Audioforma. I jeszcze to dopowiem, czego się nie spodziewacie. Wiecie jaka muzyka zyskiwała najbardziej? Nie zgadniecie – rockowa. Jedna po drugiej wchodziła najlepsze kapele, by dawać popis mocy w trójwymiarze. A jest zupełnie czym innym słuchać ich jako ściany dźwięku, a czym innym jako przestrzennego spektaklu.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie: o ile w słuchawkach różnice między płytami CD a SACD były umiarkowane i odnosiło się wrażenie, że wszystkie są SACD, to kolumnowy zestaw głośników potrafił pogłębić te różnice i z jego udziałem wyższość SACD stawała się wyraźna. O wiele lepsza separacja źródeł, wyraźnie większa głębia sceny i odczuwalnie większa wyraźność – wnikanie w strukturę brzmienia. A na dodatek mocniej odczuwane najważniejsze – trójwymiarowość dźwięków i postaci. Także mocniejsze czucie przestrzeni i piękniejsze pogłosy. O tych ostatnich trzeba dorzucić, że się zjawiły wybitne. Nic nie dające z poczucia obcości, jedynie tajemniczości i magii.

Jeszcze jedno muszę podkreślić, tę różnorodność brzmieniową. Bo z jednej strony głosy ludzkie liryczne, modulowane i naelektryzowane, lecz z drugiej struny bez śladu naprężenia – spokojne, melodyjne, głębokie. Więc efekt ekscytacji czy mrowienia tekstur uzyskiwany bez żadnej sztuczności, bez naprężania i utwardzania. Prawie zatem jak w haśle z epoki realsocjalizmu, że: „Więcej! Lepiej! Taniej!” Ale nie, to ostatnie nie… Zapłacić trzeba słono. Ale, jak już wspomniałem, to sprawa relatywna. Z jednej strony odtwarzacz swój pieniądz kosztuje, z drugiej inne podobne kosztują znacznie drożej, przeważnie dwa razy albo więcej. A w takim razie gratka, chociaż jedynie niektórym. – Lepsza taka niż żadna, powie ten, kogo stać. – Co mnie to wszystko obchodzi, pozostali mu rzucą.

Skromniutkie, mylące oznakowanie nieskromnych możliwości.

I jeszcze mała dygresyjka, nawiązująca do spraw poprzednich. Dzięki pomocy znajomego sprawdziłem jakość zamontowanych w odtwarzaczu podstawek Franc Audio Accessories Ceramic Disc Classic względem uważanych za najlepsze na świecie Symposium Acoustics Rollerblock Seris 2+. Nazwy skomplikowaniem zabijają, robi się z nich kakofonia, ale biorąc w nawias te oratorskie popisy działanie jest wyraźne. Bez podstawek – bo i tak posłuchałem – dźwięk stawał się okropny: soprany wyły jak opętane a sybilacja cięła uszy. Odnośnie zaś Disc Ceramic vs Symposium Rollerblock, to te ostatnie sprawiały coś, co można nazwać przekazem podkręconym. Znosiły oczywiście wcześniej to wszystko straszne bez podkładek, natomiast same czyniły dźwięk bardziej podekscytowanym, rozwibrowanym, aktywnym. To może być bardzo pomocne w przypadku zwykłych odtwarzaczy, natomiast transfer do DSD sam wystarczająco tę stronę potrzeb załatwiał i w efekcie brzmienie z polskimi Disc Ceramic było od opartego na amerykańskich kulkach lepsze. Pełniejsze, spokojniejsze i przede wszystkim bardziej realne.

Podsumowanie

   Wracając do ekonomii, będącej sednem podsumowań. To jednak nie do końca tak, że jak kogoś na tego HF Edition nie stać, to może mieć jego innowacje w nosie i nie jego interes. Albowiem przejawia się w tym zasadniczy element postępu i istotnej poprawy. Opracowana procedura zamiany CD w SACD dająca wyraźny profit. Już teraz nie kosztem czegoś, a jako jednoznaczne uszlachetnienie.

„Świat jest darmowym obiadem”, ocenił kiedyś fizyk John Wheeler, mając na myśli to, że powstał z punktu zero. Wbrew tezie ekonomisty-noblisty Miltona Friedmana, że nie ma takich obiadów. Niestety, odtwarzacze płyt kompaktowych nie są całymi światami. Potrzebują prądu, nośnika, kolumn, kabli, wzmacniaczy i słuchacza wraz z jego domem. Ba, potrzebują całego Kosmosu, który jest ponoć darmo. Tu natrafiamy na paradoks – całości tańszej od części. Nie chce mi się po raz kolejny odtańczać kontredansa cenowo-nie-lub-tak-opłacalnego. Mogę powiedzieć tyle, że gdybym miał osiemdziesiąt tysięcy i zamiar kupić odtwarzacz, wybrałbym właśnie ten. Do tej pory tkwiłem w konwencji, że gdybym miał, sprawiłbym sobie Audio Research CD-9 z uwagi na trójwymiarowość jego brzmienia. Ayon CD-35 HF Edition jest według dzisiejszych cenników o czternaście tysięcy droższy, ale tę trójwymiarowość posiada o tyle lepszą, że nie ma nad czym się zastanawiać.

W punktach

Zalety

  • Spełnione wszystkie postulaty odnośnie wersji CD-35 Signature.
  • Żadnego ubytku spójności i muzykalności.
  • Żadnego utwardzenia, skracania i szatkowania dźwięku.
  • Żadnej przesady i nachalności.
  • Żadnej też zbytniej nerwowości.
  • Lepiej nawet niż w PCM odczuwana obecność i żywość przestrzeni.
  • Także lepsze, piękniej podawane pogłosy.
  • Dźwięk po cieplejszej stronie, dogłębnie realistyczny.
  • Zjawiskowa poprawa trójwymiarowości brzmienia.
  • A także trójwymiarowości i głębokości sceny.
  • Niezwykle rzadka umiejętność łączenia muzycznego nerwu z brakiem podostrzania i naprężania.
  • Dzięki temu dźwięk jednocześnie angażujący i niezniekształcony.
  • Wybitna umiejętność zwalczania nudy czy obojętności słuchacza w odniesieniu do znanego repertuaru.
  • Wybitna też umiejętność poprawy słabych nagrań, przy jednoczesnym braku ich deformacji.
  • Bajecznie przestrzenny bas, potrafiący stawiać zdumiewające kurtyny dźwięku.
  • Wielopostaciowe, niezwykle bogate i różnorodne brzmienie głosów.
  • Strzeliste, trójwymiarowe soprany o dużej substancjalności.
  • Wybitna nastrojowość bez żadnych przechyłów emocjonalnych.
  • W porównaniu do DSD odczyt PCM zupełnie traci atrakcyjność.
  • Nie ma też sensu próbkowanie 128 w porównaniu z 256.
  • Płyty CD brzmią jak dobre SACD, a SACD jeszcze lepiej.
  • Zdecydowanie cichsza praca napędu. (Zapewne też lepsza jego wersja.)
  • Najlepsze na rynku kości DAC w ulepszonych obwodach i w wersji EQ.
  • Poprawione stopnie wejścia, wyjścia i zasilania.
  • Znakomicie się spisujące i poprawiające wygląd podstawki od Franc Audio.
  • Na tle porównywalnych jakościowo konkurentów bardzo korzystny stosunek jakości do ceny.
  • Bogactwo przyłączy i opcji, w tym wbudowany przedwzmacniacz.
  • Renoma marki.
  • Polski dystrybutor.
  • Moja rekomendacja.

Wady i zastrzeżenia

  • Podwojona cena względem wersji CD-35 Signature.
  • Dobór toru powinien uwzględniać tendencję sopranów do dominacji w paśmie.
  • Dynamika nie jest ekstremalna (chociaż jest bardzo dobra).
  • Myląca nazwa, która powinna brzmieć SACD-35 HF Edition.

Dane techniczne Ayon CD-35 HF Edition:

  • Odczyt CD: 768 kHz/32-bit.
  • Odczyt SACD: 256 fs.
  • Procesor DSP (obligatoryjnie i włączony na stałe) z przetwarzaniem PCM-DSD & DSD-DSD.
  • Nadpróbkowanie DSP dla PCM-DSD & DSD-DSD: 128 lub 256 sampli.
  • DAC: 2 x Asashi Kasei Microdevices AK4490 EQ z przetwarzaniem asynchronicznym.
  • Lampowy stopień wyjściowy: 2 x 6H30 + 2 x 5867.
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 50 kHz.
  • Dynamika: powyżej 120 dB.
  • S/N: powyżej 119 dB.
  • THD: poniżej 0,001%.
  • Regulowane napięcie wyjściowe: 2,5 V i 5,0 V.
  • Impedancja wyjściowa (RCA, XLR): 300 Ω.
  • Wejścia cyfrowe: SPDIF, USB, I2S, BNC, AES/EBU, 3 x BNC dla DSD.
  • Wejścia analogowe przedwzmacniacza: 1 x XLR; 2 x RCA.
  • Wyjścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA).
  • Wymiary: 480 x 390 x 120 mm.
  • Waga: 17 kg.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Nautilus

System:

  • Źródła: Ayon CD-35 HF Edition, Cairn Soft Fog V2.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis).
  • Kolumny: Audioform Adventure 304.
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek Audio 6 x 9 RCA.
  • Kable głośnikowe: Crystal Cable Ultimate Dream, Sulek Audio 6 x 9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Solid Tech Discs of Silence, Symposium Acoustics Rollerblock Seris 2+.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/B.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

9 komentarzy w “Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

  1. Miltoniusz napisał(a):

    Właśnie męczę się z brzmieniem nowych kabli zasilających i aż miło poczytać, że komuś coś dobrze gra. Ciekawa jak zwykle recenzja.
    Wątpliwość naszła mnie taka, że skoro ten odtwarzacz tak bardzo zyskuje dzięki stopkom, to czy po przełożeniu ich do Pana odtwarzacza CD sytuacja mocno się nie zmieni i czy przypadkiem bohaterem nie zostaną stopki zamiast Ayona? Drugie pytanie: czy sekcja DAC jest dużo gorsza?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trudno ocenić samą sekcję DAC, lecz nie ulega wątpliwości, że odczytowi DSD służy fantastycznie. Co do stopek, to niewątpliwie są jednym z bohaterów. Trzeba będzie spróbować pozyskać je do recenzji.

  2. fon napisał(a):

    Stopki pod CD to niedoceniony element ,miałem pożyczone różne rodzaje i byłem mocno pod wrażeniem jak to zmienia brzmienie ,dobre niestety kosztują ,a każde wnoszą coś innego , ilość kombinacji nieskończona ,można wpaść w nerwicę polecam zabawę na nudny czas 😁

  3. fon napisał(a):

    Kiedy można liczyć na testy transportów CD ,tyle daców już było a firmy np CEC mają nowości w ofercie i fajnie by coś było na ten temat poczytać

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Test transportu Ayona niedawno też był. Ale co racja, to racja – asortyment trzeba poszerzyć.

  4. Tomasz napisał(a):

    Panie Piotrze, skąd pomysł, że napęd w tym odtwarzaczu to Philips, oraz że PRO 2 może być zdolne do odczytu dysków SACD?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To są napędy Philipsa modyfikowane przez samego Ayona.

      1. Tomasz napisał(a):

        Myślałem, że coś Pan może doczyta, przemyśli, skonsultuje, wybrnie jakoś z tej błędnej informacji powyżej oraz w teście CD-35 Signature, ale skoro idzie Pan w zaparte to napiszę już wprost: 1. W przeciwieństwie do CD-T, czy też CD-5s, zastosowano tutaj transport Stream Unlimited, która to firma ma z Philipsem tylko tyle wspólnego, że jej inżynierowie kiedyś tam pracowali. 2. Żaden Philips PRO-2 nie odczyta warstwy SACD, choćby zmodyfikował go David Copperfield. Powyższe nie zmienia faktu, że uważam CD-35 HF Edition za jeden z najlepszych brzmieniowo odtwarzaczy srebrnych krążków na świecie, pomimo zastosowania taniego, głośnego i zawodnego napędu.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Rozmawiałem z Gerardem Hirtem i mówił mi, że używa napędów Philipsa i ma ich wielki zapas. Faktycznie nie konsultowałem się w sprawie CD-35, ponieważ nigdzie w opisie tego odtwarzacza nie ma wzmianki o innym napędzie. Rozumiem, że czuje Pan teraz satysfakcję z przyłapania recenzenta na nieścisłości, ale może szlachetniej byłoby od razu napisać jaki to napęd? Tak mi się przynajmniej wydaje. Pozostaje do wyjaśnienia kwestia innych napędów w wersji HF Edition i zwykłej, ponieważ są niewątpliwie jakoś różne. Co do głośności, to ten z HF Edition jest dobrze wyciszony i nie nastręcza kłopotów. Pozdrowienia dla Dawida.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy