Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

Brzmienie

Bardziej czarny jednak od góry, bo en face już niekoniecznie.

   W dopiero co sporządzonej recenzji ekskluzywnych i niemalże, albo i nawet, kultowych słuchawek Abyss AB-1266 zdążyłem już napisać, że nowe dzieło Ayona znakomicie się ich zmaganiom testowym przysłużyło, wynosząc jakość sygnału na odpowiedni dla ich wygórowanych wymagań poziom. Lecz jeszcze wcześniej wiedziałem, że tak to wyglądać będzie, miałem bowiem okazję zakosztować owej jakości na ostatnim AVS, gdzie nowe wcielenie ayonowego high-endu popisywało się wespół z ekskluzywnymi kolumnami Lumen White. Była to istna defilada jakości, niezwykle udany występ, nie pozostawiający złudzeń, że mamy do czynienia z wydarzeniem. Tak więc nie było niepokoju; brałem urządzenie od dystrybutora ze świadomością, że to się nie może nie udać. To znaczy, że mnie jednak nie rozstrzelają i nie będę się musiał ukrywać. Ale świadomość wysokiej jakości rzecz jedna, a jakość ta w dokładnym rozpracowaniu druga. Więc także i ciekawość odnośnie poszczególnych osiągów: na ile analogowy okaże się analog, na ile mocna dynamika, ile w tym odnajdziemy żywej muzyki i jakie zdolności poetyckie.

Zacząłem od słuchawek, już tylko własnych AKG, by z ich pomocą sporządzić porównanie do własnego Cairna i retrospektywę względem wersji Signature oraz flagowego SACD Accuphase.

Zacznijmy od porównania z Cairnem. Różnica musiała być wyraźna, mimo iż „musi to na Rusi”. Satrapie traktowanie relacji wzajemnych nie okazało się jednak potrzebne i domniemania w świetle wielokrotnościowego dystansu cenowego w zupełności potwierdziły się same, jakkolwiek klasa modyfikowanego francuskiego klasyka wykluczała doszczętne pobicie. Niemniej dystans był zasadniczy, a stopnie satysfakcji i realizmu dalece różne. Odwołajmy się do konkretów. Najbardziej narzucała się różnica sopranów. Te z Cairna były o wiele cieńsze, wyraźnie mniej trójwymiarowe i w porównawczym odbiorze piskliwe, aż nawet nieprzyjemne. Oczywiście im słabsze nagranie, tym było to dobitniejsze, ale i przy najwyższej jakości dobrze słyszalne. Kolejne dwa aspekty to nasycenie i głębia barw. Na tle Ayona Cairn grał szaro i anemicznie.

Znaczenie ceramicznych podstawek, jak wykazały testy, jest nie do przecenienia.

Zszarzałymi, pozbawionymi blasku i gęstości kolorami, kładzionymi na dźwięki mizerniejsze, dalekie od bujnej cielesności. Na tłach zdecydowanie mniej czarnych bardziej piskliwym dźwiękiem rysowała się muzyka bardziej płaska, mniej barwna i mniej gęsta. O wiele mniej efektowna, o wiele mniej zbudowana, o wiele słabiej wybarwiona i przestrzenna. Nie jednak poprzez papuzią barwność konkurenta – jakąkolwiek u niego przesadę – tylko podającego te same barwy w większym natężeniu i na mocniejszym podłożu. Zarówno sama treść, jak i oblekająca ją forma, były po stronie Ayona o tyle lepsze, jakby Cairn prawie nic nie był wart, a przecież to nieprawda. Słuchany bez porównań potrafił zadowalać zarówno rozciągnięciem pasma, jak i nieobojętnym stosunkiem do muzyki. Także szczegółowością i wyrafinowaniem, jako że brak u niego trzeciego wymiaru dopiero Ayon wykazywał. A przy okazji też brak wypełnienia i nieco zbyt ujednoliconą paletę, za mocno częstującą szarościami. Co miało wprawdzie swój poetycki wymiar, czyniło pewien styl, ale od dosłownego realizmu odbiegało.

Różnice pod względem dynamiki i szybkości reakcji były już zdecydowanie mniejsze, natomiast jeszcze jedna bardzo duża. Ta w tle już się przewinęła, ale muszę ją bardziej wyeksponować. To różnica trójwymiarowości – w odniesieniu nie tylko do postaci i samych dźwięków, ale też do całości spektaklu. Niezwykle dobitna, podobnie niemal mocna jak sopranowa i po części z nią się wiążąca.

W kółko powtarzam, że sopran bez trzeciego wymiaru redukuje zasadniczo urodę, co odnosi się też do reszty pasma. Szczególnie po wymianie lamp w Twin-Head z KT-66 na 350B to się zaczęło rysować i stało wręcz niezwykłe. Ogólny stopień trójwymiarowości, a przede wszystkim dobitność przedstawiania kombinacji dźwiękowych nie tylko jako trójwymiarowych figur, ale rozstawień na szachownicach scenicznych w kontekstach bliżej-dalej był wręcz oszałamiający. Długo przypatrywałem się tej muzycznej camera obscura i było to zaiste bardziej widzenie niż słuchanie. Samo się wówczas narzuciło, że z taką dobitnością tego przestrzennego teatru dźwięków żaden odtwarzacz wcześniej nie wystawił. I jeśli to główna zasługa obróbki DSD (a nie ma powodu sądzić inaczej) to warto było się nad nią latami biedzić.

Z tyłu między innymi przedwzmacniacz i lepsze porty RCA.

Pora odnieś to wszystko do wersji wyjściowej CD-35 Signature. Porównania odczytu PCM z DSD poprzez naciskanie jednego guziczka zostały zachowane, tak więc diagnoza nie nastręczała trudności. I tu same najlepsze wieści, które dla łatwiejszego przeglądu ponownie wyłożę w punktach, tak samo jak miało to miejsce w recenzji CD-35.

 

 

 

  • Tryb DSD nie okazuje się już w wersji HF Edition głośniejszy, więc porównania tym łatwiejsze.
  • Zarazem wszystkie jego przewagi zostają zachowane.
  • I są teraz podawane umiejętniej, bez takiej nachalności.
  • Wyższa kontrastowość traci bowiem aspekt pejoratywny, staje się bardziej kontekstowa.
  • Gdyż nie przede wszystkim same krawędzie kreślone zostają ostrzej, a całe dźwiękowe bryły rysują się wyraźniej i oblej.
  • Partie wokalne wciąż bardziej wydobywane są z tła (co jest bardzo korzystne), natomiast same głosy nie są już twardsze ani sztywne.
  • Ogólnie biorąc cały dźwięk po transformacji do DSD zachowuje walory PCM, to znaczy mocno odczuwaną obecność medium i towarzyszącą dźwiękom aurę, a także naturalną plastyczność, śpiewność i spoistość materii.
  • Nie trwoni też wypełnienia, przeciwnie, wzmacnia je.
  • Nie tracąc też charakteru lampowego ani zdolności rozkosznego sączenia.
  • A nade wszystko odczyt PCM staje się w porównaniu do DSD płaski – zarówno w odniesieniu do dźwięków, jak i całej scenerii.

Czarny jest także pilot.

Efekt tego wszystkiego taki, że w trybie PCM nie chce się teraz słuchać. Ubytek satysfakcji zjawia się momentalnie i ręka sama sięga do przełącznika. Aż się musiałem zmuszać do robienia porównań, tak bardzo wydawały się zbędne. I gównie przez jeden aspekt – ową trójwymiarowość. O ile przedtem dostawaliśmy coś za coś – pewne nagrody w zamian za pewne kary – o tyle teraz nagroda rozciągnięcia na trzeci wymiar pożera wszystko inne i nie pociąga żadnych złych następstw. Więc w sumie nie ma nad czym deliberować i postulaty recenzenta zostały spełnione co do joty. Konsekwencją tego realizm, pozwalający nawiązywać do żywej muzyki w rzadko widywanej bliskości. I na AVS to słyszałem, i teraz znów u siebie. Tam, dzięki genialnym głośnikom, grało to bardziej namacalnie, u mnie bardziej trójwymiarowo.

I jeszcze odniesienie do referencji od Accuphase. Flagowy SACD DP-950/DC950 operuje cokolwiek niższym dźwiękiem. Nie powoduje to zwiększonego nacisku na dół pasma ani jego rozrostu, a tylko daje trochę spokojniejszą górę i nieco niżej osadzoną średnicę. Poza tym japońska referencja gra minimalnie cieplej i bardziej akcentuje melodyjność a mniej trójwymiarowość. Brzmienia ma substancjalnie bardziej spoiste, bo mniej nasycone powietrzem, i chętniej sięga po ciepłe barwy. Operuje przy tym spokojniejszym światłem, a czernie tła ma jeszcze gęstsze. Sumarycznie biorąc bardziej kieruje się ku ładności i jednocześnie brzmi dostojniej, czy może raczej bardziej statecznie. Nie umie natomiast tak dobrze akcentować kubiczności i nie rozstawia dźwięków z taką ostentacyjną odkrywczością na szachownicy przestrzennej. A ściślej – potrafi to robić, ale jedynie w odczycie SACD. I tu jest zdaje się pies pogrzebany, w tym miejscu docieramy do sedna. Flagowy odtwarzacz Ayona rozrzut jakości pomiędzy SACD a CD daje mikry, przenosząc zapis CD do sfery SACD dzięki zaawansowanej technologii transferu. I w wersji High Fidelity robi to już perfekcyjnie, przy czym nie będę zgadywał czy to sam transfer poprawiono, czy jego oprawę brzmieniową, czy może jedno i drugie. Fakt pozostaje faktem – Ayon CD-35 HF Edition ma w nazwie błąd zasadniczy.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Ayon CD-35 HF Edition

  1. Miltoniusz napisał(a):

    Właśnie męczę się z brzmieniem nowych kabli zasilających i aż miło poczytać, że komuś coś dobrze gra. Ciekawa jak zwykle recenzja.
    Wątpliwość naszła mnie taka, że skoro ten odtwarzacz tak bardzo zyskuje dzięki stopkom, to czy po przełożeniu ich do Pana odtwarzacza CD sytuacja mocno się nie zmieni i czy przypadkiem bohaterem nie zostaną stopki zamiast Ayona? Drugie pytanie: czy sekcja DAC jest dużo gorsza?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trudno ocenić samą sekcję DAC, lecz nie ulega wątpliwości, że odczytowi DSD służy fantastycznie. Co do stopek, to niewątpliwie są jednym z bohaterów. Trzeba będzie spróbować pozyskać je do recenzji.

  2. fon napisał(a):

    Stopki pod CD to niedoceniony element ,miałem pożyczone różne rodzaje i byłem mocno pod wrażeniem jak to zmienia brzmienie ,dobre niestety kosztują ,a każde wnoszą coś innego , ilość kombinacji nieskończona ,można wpaść w nerwicę polecam zabawę na nudny czas 😁

  3. fon napisał(a):

    Kiedy można liczyć na testy transportów CD ,tyle daców już było a firmy np CEC mają nowości w ofercie i fajnie by coś było na ten temat poczytać

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Test transportu Ayona niedawno też był. Ale co racja, to racja – asortyment trzeba poszerzyć.

  4. Tomasz napisał(a):

    Panie Piotrze, skąd pomysł, że napęd w tym odtwarzaczu to Philips, oraz że PRO 2 może być zdolne do odczytu dysków SACD?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To są napędy Philipsa modyfikowane przez samego Ayona.

      1. Tomasz napisał(a):

        Myślałem, że coś Pan może doczyta, przemyśli, skonsultuje, wybrnie jakoś z tej błędnej informacji powyżej oraz w teście CD-35 Signature, ale skoro idzie Pan w zaparte to napiszę już wprost: 1. W przeciwieństwie do CD-T, czy też CD-5s, zastosowano tutaj transport Stream Unlimited, która to firma ma z Philipsem tylko tyle wspólnego, że jej inżynierowie kiedyś tam pracowali. 2. Żaden Philips PRO-2 nie odczyta warstwy SACD, choćby zmodyfikował go David Copperfield. Powyższe nie zmienia faktu, że uważam CD-35 HF Edition za jeden z najlepszych brzmieniowo odtwarzaczy srebrnych krążków na świecie, pomimo zastosowania taniego, głośnego i zawodnego napędu.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Rozmawiałem z Gerardem Hirtem i mówił mi, że używa napędów Philipsa i ma ich wielki zapas. Faktycznie nie konsultowałem się w sprawie CD-35, ponieważ nigdzie w opisie tego odtwarzacza nie ma wzmianki o innym napędzie. Rozumiem, że czuje Pan teraz satysfakcję z przyłapania recenzenta na nieścisłości, ale może szlachetniej byłoby od razu napisać jaki to napęd? Tak mi się przynajmniej wydaje. Pozostaje do wyjaśnienia kwestia innych napędów w wersji HF Edition i zwykłej, ponieważ są niewątpliwie jakoś różne. Co do głośności, to ten z HF Edition jest dobrze wyciszony i nie nastręcza kłopotów. Pozdrowienia dla Dawida.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy