Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

   Było już o tym w relacji z AVS, ale dla porządku powtórzę: Avatar Audio to polska firma, oferująca szeroki asortyment audiofilskich różności – w tym  przede wszystkim głośniki w czterech kategoriach wagowych: od podstawkowego modelu Numer 4 o wadze szesnastu kilogramów, po 3-drożny podłogowy Numer 1 o wadze pięćdziesięciu. Ale także streamery Livebit, również w czterech jakościach, a ponadto pełny asortyment okablowania (także na czterech półkach), platformy antywibracyjne, antywibracyjne podstawki i jeszcze dociążniki. Brak zatem jedynie wzmacniaczy i przetworników (streamery ich nie zawierają), które na użytek wystawowy pożyczane są od zaprzyjaźnionego i też polskiego wytwórcy Audio-Akustyka.

Firma lokuje się w osadzie o nazwie Osowicze, położonej w trójkącie pomiędzy Narewskim, Biebrzańskim i Białowieskim Parkiem Narodowym. Nie leży wszakże w dziczy; z Osowicz do centrum Białegostoku jest raptem dwadzieścia kilometrów. Lokalizacja to jednak w dwójnasób ciekawa, oznacza bowiem, że twórca ma stały kontakt z przyrodą, co jeszcze doznaje wzmożenia w świetle faktu, że jego drugim ja jest bycie fotografem pracującym dla National Geografic. A zatem artystyczne zapędy także w zupełnie innym kierunku, co jednak nie powinno dziwić, bowiem już dawno zauważyłem, że pośród audiofili jest duża grupa ludzi związanych z fotografią. Najwyraźniej uwiecznianie obrazów łączy się jakoś w psychice z dążnością do uwieczniania dźwięków, a chęć tego uwieczniania w jak najlepszej jakości stanowi wyznacznik obu. I to wyznacznik gwałtowny, rozbudzający emocje. Niedawno byłem świadkiem awantury pomiędzy zawodowymi fotografami, w której poszło bodajże o poziom techniczny body Nikona, i bardzo przypominało to gwałtowne spory między audiofilami.

Awantura założycielska w przypadku Avatar Audio to zaś negacja tego wszystkiego, co w ostatnich dekadach narzuciła komercja. Duże moce tranzystorowych wzmacniaczy i sztywne, twarde membrany do mocy tej pasujące. Tymczasem Avatar Audio to nawrót do dawnych czasów, w których królowały cieniutkie membrany z celulozy i małej mocy lampowe wzmacniacze OTL. Nawrót, tak samo jak w przypadku też polskiej firmy Destination, spowodowany odsłuchem czegoś z zamierzchłych czasów. U Destnation były to tuby, zaś u Avatara odgrody. Jedne i drugie wywołujące natychmiastowe olśnienie, że to co wciskają teraz masowo, to nie jest dźwięk prawdziwy.

To nas z miejsca odsyła w obręb poruszonej przeze mnie we wstępie do ostatniego AVS kwestii stylu muzycznej reprodukcji. Wyróżniłem tam trzy takie: realizm, umilacze i dziwadełka. Realizm, to wiadomo – usiłujemy czerpać z życia. Umilacz, jasna sprawa – chcemy, by było miło. A dziwadełka też nietrudne – poszukujemy odrealnienia; obrazów osobliwych i onirycznych stanów. Wszystkie owe kierunki są teraz mocno w cenie, z szeroką reprezentacją; i może nie mam racji, ale wydaje mi się, że błędne byłoby założenie, iż technologia wzmacniaczy oraz kolumn sama narzuca któryś styl. Zarówno lampy jak tranzystory mogą dać każdy z trzech kierunków, a podobnie da się zrealizować każdy w dowolnym typie kolumn. Niemniej papierowe membrany w zastosowaniu Avatar Audio to uparte poszukiwania najbardziej prawdziwego dźwięku. Takiego by cię zatkało, że taki aż prawdziwy. I muszę przyznać, że zatkało, na tym ostatnim AVS. Zatkało jednak w odniesieniu do najwyższych HOLOPHONY Nr1, a do mnie dotarły „dwójki”.  Chciałem wprawdzie „jedynki”, by je zweryfikować, ale się nie zmieściły do auta, którym rodzina producenta zjechała w Święta do Krakowa, do siostry jego żony. On sam zaś został w Osowiczach, tłumacząc to nawałem pracy, tak więc się nie spotkaliśmy i nie było okazji rozmawiać. A w ogóle cały ten test to tylko jedna sesja, bo kolumny przyjechały w przeddzień wigilii, a w drugi dzień Świąt odjechały. Nie wznosiłem zatem świątecznych toastów, bo wbrew niektórym osobom stanowczo utrzymuję, że picie alkoholu kompletnie zaburza ocenę. Winko podczas odsłuchu, albo kufelek piwka, to miłe uzupełnienie, ale ruina ocen. Nie da się na procentach osądzać obiektywnie, ani tym bardziej wnikliwiej; i kto jest innego zdania, ten się zwyczajnie oszukuje albo po prostu kłamie. Święta zeszły więc przy robocie i w całkowitej abstynencji. Trudno, tak czasem bywa, nie było innego sposobu, by ta recenzja powstała. Koszt wysyłania głośników na paletach, jedyny gwarantujący brak uszkodzeń, to w jedną stronę kilkaset złotych, co dla nie śmierdzącego groszem producenta oznacza spory wydatek. Nie chciałem na to narażać, przyjąłem warunki świąteczne. 

 Budowa

Dwa Avatary, jeden dźwięk.

  Holophony Nr2, podobnie jak Nr1, to konstrukcja duża, podłogowa, trójdrożna. Poza tym dwuczęściowa, co jest sporą osobliwością, aczkolwiek nie ewenementem. Podobnie jak u sławnych Vox Olympian, choć bez osobnego basowca, moduł wysokotonowy to osobna konstrukcja. A ściślej wysokotonowy wespół ze średniotonowym, których wspólną obudowę stawia się na wyosobnionej głośnika niskotonowego. Stawia nie tak po prostu, tylko na pięciu specjalnych podstawkach, z których każda ma wewnątrz – między dolnym i górnym walcem korpusu – trzy metalowe kulki dla redukcji wibracji. To samo dzieje się całkiem na spodzie, pod modułem niskotonowym, który od podłogi oddziela też pięć antywibracyjnych podkładek. Wszystkie one, a także uziemiające okablowanie, stanowią część integralną, to znaczy nie trzeba osobno płacić. Odnośnie tego okablowania, to składa się też z łączówek między częścią dolną a górną, bowiem tylko do dolnej doprowadzamy kable od wzmacniacza, chociaż poprzez bi-wiring. Ale oprócz łączówek mamy te kable ochronne, które od każdej kolumny poprowadzone być winny do sztucznego lub prawdziwego uziemienia. Prawdziwego, czyli do gruntu, albo sztucznego, czyli kondycjonera masy – lub czegoś innego w tym rodzaju, choćby kuwety z mokrym żwirkiem.

Kolumny są nominalnie 4-ohmowe i producent tego pilnuje. To znaczy prosi, by mieć taki wzmacniacz i żeby nie miał on mocy większej niż około 20W. Pytaniem pozostaje, czy ma na myśli każdy rodzaj, czy tylko lampę w klasie A, jako że jest całkiem czym innym 20W z tranzystorowej końcówki A/B, a czym innym z lampowego SET w klasie A. Pierwsze to moc stosunkowo niewielka, drugie bardzo pokaźna.

Jeden Avatar, pół dźwięku.

Gdybym miał więcej czasu, pożyczyłbym od znajomego integrę Vaica w klasie A na lampach 320B, mającą moc circa 20W/4Ω. Ale czasu nie było, tym bardziej że okres Świąt. Pozostawał więc własny Croft 25W/4Ω, który nie jest konstrukcją SET a hybrydą. Ale to nie powinno stanowić problemu, skoro na AVS też grały Avatary ze wzmacniaczem Audio-Akustyka Primus Hybrid, w dodatku o mocy 150W.

Odnośnie spraw konstrukcyjnych. Kolumny są, jak mówiłem, trójdrożne, z głośnikami każdym z papieru i każdym z lat 60-tych. Wszystkimi produkcji niemieckiej, ale marki Avatar nie zdradza. Średnice to 10 cm dla wysokotonowego, 20 cm dla średniotonowego i 30 cm woofera, co łatwo będzie spamiętać. Tak nawiasem są to te same średnice co w wyższym Nr1 – i nawet te same głośniki za wyjątkiem woofera, który w wyższej konstrukcji ma czysto papierową, nieimpregnowaną membranę i dzięki temu lepszą rozdzielczość. Główna różnica leży bowiem nie w głośnikach a w elementach zwrotnicy, która w modelu szczytowym składa się z samych wyselekcjonowanych elementów vintage. Także wyższego gatunku okablowaniu i bardziej dopieszczonej obudowie – elegantszej, lepiej dopracowanej akustycznie i z lepszych materiałów.

Zwrotnica jest pierwszego rzędu, co przy wyznaczniku realistycznym wydaje się oczywiste, a obudowa z 25-milimetrowych płyt MDF o dość wyszukanym kształcie. Waga to 40 kilogramów na sztukę przy wymiarach 1160 x 350 x 480 mm. Wykończenie jest lakiernicze z opcją dowolny kolor, a za drewniane forniry trzeba dopłacić cztery tysiące.

Wróćmy jeszcze na chwilę do zwrotnic, bowiem są dość osobliwe. Nie tylko z tego względu, że z elementów vintage, ale także dlatego, że strojone na ucho. Zdaniem pana Cezariusza Andrzejczuka – twórcy i właściciela Avatar Audio – inne podejście nie jest właściwe, bo nawet sposób mocowania i orientacja pion-poziom mają tutaj znaczenie, co nie tylko można wykazać odsłuchem, ale też precyzyjnym pomiarem. Wystarczy inaczej usytuować elementyw kolumnie, już pomiar będzie inny. Wszystkiego jednak się nie da zmierzyć, natomiast co się da usłyszeć, to będzie przez słuchających słyszane, więc dla ostatecznego rezultatu ważne. Stąd te zwrotnice na ucho. I jeszcze jedna sprawa: wewnętrzne okablowanie nie jest lutowane a łączone na ściski, bo wyższość takiej techniki także da się usłyszeć.

Ze świecą szukać?

Wszystko to razem w obu częściach, z kablami i podstawkami, dostajemy w trzech solidnych skrzyniach o sprytnym sposobie pakowania. Dostajemy za 36 000 złotych. A w zamian jakie brzmienie?

 

 

 

Odsłuch

A może pod choinką?

    Skoro aż tyle słychać, nawet orientację zwrotnicy, to weźmy się wreszcie za słuchanie. W tej mierze zacznijmy jednak znów nie od clou a ustawień – też, jak wiadomo, słyszalnych. Producent o tym nie wspomina, ani z nim o tym nie rozmawiałem, ale kolumny nie lubią odginania. Trzeba je stawiać równolegle do ścian bocznych albo najwyżej z minimalnym. (To drugie chyba lepsze.) Ten styl ustawień łączy je nie tylko z klasycznymi głośnikami monitorowymi, ale też na przykład z ekstremalnie ekskluzywnymi podłogowymi Lumen White White Light Anniversary, w przypadku których jest to oficjalne stanowisko wytwórcy.

Następna sprawa to dociążenie górne. Avatar Audio oferuje metalowe dociążniki własne, w postaci dużych krążków,  a sam użyłem myszy Entreqa, wypełnionych sproszkowaną miedzią i minerałami ziem rzadkich. Efekt okazał się dwuznaczny. Z jednej strony dźwięk się nieco obniżał i lepiej ogniskował, z drugiej tracił cokolwiek na swobodzie propagacji oraz kreatywnej lekkości. Bolesne w sumie coś za coś, ale ostatecznie zdecydowałem się myszy pozostawić, bo więcej ciut było z nimi realizmu, choć scena bardziej powszednia.

Rzecz następna to uziemienie. Kolumny powinny być wedle zaleceń producenta uziemione; czyli albo podpięciem do kaloryfera, albo innej rury mającej finalnie styczność z gruntem, lub ewentualnie do fingowanego uziemienia, jakie oferuje szwedzki Entreq czy polskie Verictum. Akurat tak się złożyło, że czeka u mnie na recenzję akuratny w tej roli moduł uziemiający także polskiego QAR, dzięki któremu wymogowi dodatkowego uziemiania stało się za dość. (Dodatkowego, bo przecież elektronika ma ten swój trzeci bolec.) Czy z uziemieniem grało lepiej, tego już nie sprawdziłem, bo mając ledwie jeden wieczór nie chciałem się rozpraszać sprawami pobocznymi. Kolumny zostały uziemione, miały zatem optimum – i niech to im wystarczy.

I jeszcze jedna sprawa – zatyczki bas refleksów. Wyloty tychże są małe i ulokowane przy podłodze, jednak mimo małości zmieniają charakter brzmienia. Cokolwiek w stylu dociążników, to znaczy z zatkanymi dźwięk się trochę obniża i lepiej ogniskuje, ale traci coś na swobodzie oddechu i przewiewność sceny. Też gotów byłem więc zatyczki zostawić, stawiając na lepsze ogniskowanie, ale przypadek gdy jedna z płyt zaczęła z zatkanymi wyraźnie dudnić basem, od razu zmusił mnie do ich usunięcia. Przy okazji także uwaga odnośnie tego dudnienia, że dodatkowo skutecznie je rugowało ustawienie na wprost wylotu bass-refleksów ustroi Audioforma. (I to mimo dwóch metrów luzu z tyłu.)

Górna połowa.

Na koniec kwestia: gdzie stawiać i gdzie siadać. Nie ma zmiłuj – Avatar Audio Nr2 cenią duży obszar powierzchni tylnej, toteż najlepiej grały właśnie z dwoma metrami luzu za sobą. Scena wraz z odsuwaniem od ściany tylnej ewidentnie się pogłębiała, a dźwięk coraz mocniej pozorował brak związku z membranami. I podobnie nie lubią bliskiego kontaktu z przodu. To nie podstawkowe monitory; słuchacz posadowiony mniej niż trzy metry od nich to już nie będzie optimum, scena znów się na głębię skróci. Nie żeby to były warunki sine qua non. Siadając dwa i pół metra przed i zostawiając metr z tyłu też będzie dobrze grało, ale skoro mogłem sobie pozwolić, to uskuteczniłem przyjemnościowe maksimum.

Odnośnie jeszcze kabli. Ostatnio używane Acoustic Zen Absolute trzeba było zastąpić Sulkami 6×9, ponieważ terminale głośnikowe są u Avatarów wysoko, wbrew czyniąc kablom krótkim i sztywnym. Żadna jednak związana z tymi strata – oba kable są pierwszorzędne. A swoją drogą chętnie bym je porównał dokładniej, ale to już przy innej okazji, bardziej sprzyjającej ergonomicznie i mniej ponaglającej czasowo.

Ostatnia jeszcze kwestia, to problematyka źródła. Też poszedłem tu na maksimum, choć wymagało częstszych spacerów. Wszystko przez to, że winyle są jak wiadomo dwustronne. A przy tym nie ma zabawy w pauzowanie, powtórki, fragmentyzację. Jest za to wyższa jakość analogu, w imię której zdarzają się też tłoczenia w czarnej masie po jednej tylko stronie, ale takich płyt nie mam. Są też takie tłoczone dla prędkości 45 obrotów, dającej efekt analogiczny jak szybszy przesuw taśmy, a takie już posiadam – i to nie jako single.

Weźmy się nareszcie za brzmienie. W opisanym powyżej ustawieniu plan pierwszy lokował się nieznacznie za linią głośników, w całkowitym od nich oderwaniu, rysując scenę całkowicie spójną i głęboką. Podłożenie przeźroczystych kryształów Acoustic Revive pod Crofta (tak jakoś mnie naszło), pogłębiło ją jeszcze i sprokurowało „pienistość” brzmienia. Co do jego cech esencjalnych, to trzeba resztą toru walczyć o dociążenie i panowanie nad sopranami, ale z tym taki w oparciu o lampowe wzmocnienie i gramofon bez problemu sobie poradził. Ukazała się wówczas niezwykła szczegółowość, gotowość subtelnych różnicowań i przede wszystkim czujność na najdelikatniejsze nawet tchnienia muzyczne. A równocześnie ciepło, namacalność, głębokie czernie tła oraz nośność i swoboda płynięcia.

I może rzecz najważniejsza – wszystko to razem składało się na realizm bardzo dosłowny, bez najmniejszego ukłonu w stronę złagadzania na rzecz przyjemnej łatwości. Instrumenty dęte, fortepian, perkusja – to wszystko żyło swoim prawdziwym życiem, jakbyś się rzeczywiście wybrał na koncert i usiadł blisko wykonawców. I przypomniałem sobie jak Jarek Waszczyszyn wspominał, że kiedy dla sprawdzenia realizmu w zbudowanym przez siebie torze zaprosił saksofonistę, to mu się w pokoju odsłuchowym tak dźwięk zagotował, że do przedpokoju uciekł. Tak to jest, kto ma w domu prawdziwy instrument większy od harmonijki ustnej i agresywniejszy od gitary, ten wie, że z nimi nie ma żartów i niektóre potrafią pokąsać.

Dolna połowa.

Synowa gra na saksofonie a syn na perkusji, więc jestem z tym na bieżąco. Dęciaki w Avatarach Nr2 mają wybitnie realistyczny posmak i chociaż nie są aż całkiem realne, to niewątpliwie naturalistycznie ofensywne. Z jednej strony to cieszy – kto bywa w jazzowych klubach, ten znajdzie ich atmosferę – z drugiej nie jest to granie by puszczać mimo uszu, tylko dojmujący realizm. Oczywiście płyta nierówna płycie i nietrudno o złagodzoną, ale te dobrze nagrane wrzucą nas prosto na koncert. To będzie zaś wymagało skupienia przy wyższych poziomach dźwięku, więc się od uważnego słuchania nie wyłgasz. Komu taki styl nie pasuje, ten oczywiście ma wielki wybór głośników-umilaczy, że góra poobcinana a bas owinięty szmatą. Tak jak ze wszystkim w życiu, trzeba dokonywać wyborów i dobrze zawczasu wiedzieć, którego stylu się jest amatorem. A można tu być w błędzie i wierzyć na przykład w realizm, podczas gdy w rzeczywistości woli się złagodzoną a nie żywą muzykę.

 

 

Odsłuch cd.

Choinka i tak świeci bardziej.

   Niezależnie jednak od takich wyborów kolumny Avatara oferowały piękne dmuchanie saksofonu – znakomicie trójwymiarowe, bez żadnej ospałości, przymknięcia i ograniczeń nośności. Lekkość i swoboda splecione z naturalnością, ciepłem, precyzją i obecnością. Obecnością niewątpliwie znacznie mocniej zaznaczoną niż w kolumnach uchodzących już za bardzo dobrze ją realizujące. Prokurowana głównie poprzez lekkość, nośność i wyczuwalny w każdym momencie ruch powietrza, co upodobnia je do jakże innych konstrukcyjnie Raidho. A równocześnie duży dźwięk, wypełniający całe pomieszczenie. Nie ograniczony do sceny za głośnikami, tylko wypełniający życiem cały pokój. Tak więc kolumny są duże, ale dźwięku stosownie do tego też nie żałują i dzięki małemu zapotrzebowaniu na moc ze słabego wzmacniacza wykroją wielki koncert.

Zwrócić też trzeba uwagę na ich wielką wrażliwość względem zapisanej na płycie stereofonii. Nie spotkałem chyba wcześniej podobnie na to uczulonych, tak dokładnie sprawę obrazujących. Od pały za skopaną, po nagrodę główną dla dobrego realizatora. A przy tam żadnych strachów przed monofonią; monofoniczne płyty prezentowały się bardzo dobrze.

Słowo osobne należy się reprodukcjom fortepianowym. Stopień złożoności dźwięku pod klawiszami, a jeszcze bardziej naturalna jego postać, robią u Avatarów szczególne wrażenie. Pojawia się postać mająca ów specyficzny charakter, dla kogoś obytego natychmiast rozpoznawalny, a niepoprawnie oddawany przez 99% kolumn. Bo przerodzony w samą jedynie dźwięczność, bez towarzyszącego jej charakterystycznego „plaśnięcia”.

Skomplikowana kablologia.

Na osobną pochwałę zasługuje też uwodzicielskie snucie melodii, mimo tej na wskroś realistycznej maniery z atakującymi dźwiękami. Nie ma wobec tego coś za coś – realizm niczego nie wyjmuje z duszy muzyki. Przeciwnie, ozdabia ją rozmaitością dźwięków, o formie jakże bogatszej od ujednolicającego umilania. Także dzięki wyjątkowej zdolności do reprodukcji wszelkich cyknięć, szumów przepływu powietrza, oddechów, wszystkiego co delikatne. To wszystko oczywiście w głównej mierze za sprawą realistycznie otwartych i obfitych sopranów; procentowo bardzo wydatnych i w stopniu prawie żadnym złagodzonych. Nie do końca wprawdzie trójwymiarowych, słyszałem pod tym względem kolumny lepsze, z tubowymi na czele, ale i tak dalece lepszych od bardzo już chwalonych. Wraz z tymi sopranami leciutkie sopranowe srebrzenie, bardzo ładnie uzupełniane przez ciepły ogólnie przekaz.

Na płycie Chris Rea Road Songs for Lovers bas z kolei wyskoczył taki, że aż mnie  zamurowało. Gigantyczny objętościowo i bardzo nisko schodzący, co szczególnie mocno kontrastowało z jego umiarkowaniem na wcześniej słuchanych. Tak więc nie tylko stereofonia, ale i miara basu, są przez Avatar Audio Holophony szczególnie starannie dawkowane. I nie mylmy tego ze skąpstwem, bo bas na tej płycie prawie mi wybił szyby. Aż wszystko się zatrzęsło, z takim impetem wkroczył. Na papierze recenzji, przytaczającej dane producenta, bas ten i całe pasmo wyglądają raczej umiarkowanie, ale na papierze głośnika basowego siła jest eksplozyjna. W efekcie nie tylko całe pomieszczenie nasycone muzyką, ale też dźwięk na piersiach i w brzuchu. Nie do tego stopnia jak z kolumn od TR-Studio, ale także dobitnie.

Do tego świetny timing – rytm wybijany wzorcowo, słuchacza wciągający. Żadnych opóźnień ani skrótów – odpowiedź membrany rewelacyjna. I mimo tego realizmu nie ma się co bać starych nagrań. Światosław Richter z płyty sowieckiej wytwórni МΕЛОДИЯ, nagranej w latach 60-tych, wypadł bardzo angażująco (głębokie, mięsiste, szczególnie dźwięczne brzmienie), a The Nutcracker – Fritz Reiner, Chicago w edycji Living Stereo RCA VICTOR z 1960 roku nawet olśniewająco.

Myszy na posterunku.

Trzeba jednakże także przestrzec. To nie głośniki dla lubiących się mało angażować, albo stawiać na brzmieniową pieszczotę w każdych okolicznościach. Kolumny są dla lubiących prawdziwą muzyczną brawurę i pełną porcję sopranów. Elegancko wprawdzie rozprowadzanych na przestrzeń (chociaż nie całkiem do końca), ale realistycznie drapieżnych. I z tego względu także raczej nie do muzyki rockowej, aczkolwiek nie z własnej ich winy. Bowiem albumy rockowe są często umyślnie podbijane na górze dla skontrowania siły basu, co przy realistycznych kryteriach zostanie obnażone. Niemniej rock bardziej psychodeliczny w wydaniu Pink Floyd wypadł olśniewająco.

Podsumowanie

   Można powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z planem. Holophony Nr2 nie okazały się aż tak dobre, jak słuchane na AVS Nr1, którym najmniejszego zarzutu odnośnie reprodukcji sopranowej nie mógłbym postawić, natomiast okazały się niewątpliwie wybitne pod względem skali realizmu i miary finezji. Dawna szkoła dźwięku, przywrócona do życia na pełną skalę, okazuje się nie tylko nie ustępować konstrukcjom szytym według recept współczesnych, ale pod wieloma ważnymi względami je przewyższać. Szczegółowość, niuansowość, reprodukcja wszystkiego co delikatne, realistyczny obraz sopranu i basu, a może przede wszystkim zdolność oddania prawdziwego dźwięku instrumentów dętych i klawiszowych. W mniejszym stopniu wokali, które minimalnie podbarwiały się sopranami, natomiast trąbki, saksofony i fortepiany prezentowały się nie gorzej niż u najlepszych z najlepszych.

Kolumny nie są więc dla tych, którzy wolą obniżenie tonacji, ekstra dodatek masy i cięcie góry skali. Nie oferują pogrubionej kreski, nadwymiarowego wypełnienia ani łagodzących uproszczeń. Ilość bitów na sekundę i sopranowa otwartość są po prostu realistyczne. I to nie realizmem umiarkowanym, którego na pełny nie stać. Realizm atakuje frontalnie, niczego sobie nie żałuje. Wspiera go ciepło, wena muzyczna i finezyjne oddanie własnego charakteru brzmień. Szczególnie ta ostatnia cecha stoi na zachwycającym poziomie, bezprzykładnym w tym zakresie cenowym.

Realizm Avatarów nie należy do łatwych, ten od Audioforma jest dużo łatwiejszy. W tym względzie tę ma wszakże zaletę, że ich producent oferuje duży kęs toru, a zaprzyjaźniona z nim firma Audio-Akustyka dodaje resztę. Poza tym wzmacniaczy na dużych triodach na rynku nie brakuje, a odpowiednie źródło inne niż firmowy Livebit też niejedno się znajdzie. Kto zatem pragnie wyruszyć w pełny realizm, ma po temu okazję. Dzięki Avatar Holophony. okazję niespecjalnie drogą, jak na konieczne wymogi stawiane technice, która w przypadku tych kolumn zagląda w lusterko wsteczne czasu. Widzi tam lata 60-te, a więc pięćdziesiąt wstecz. I okazuje się, że nieliche miano wówczas muzyczne gusta i nielichą technikę. Cokolwiek to zaskakuje, jako że pierwsze źródło dźwięku w dzisiejszym rozumieniu wybitne, to gramofon Linn Sondek z 1972-giego. Jednakże już te wcześniejsze musiały być nieliche, skoro ostały się wybitne płyty z tych dawnych 60-tych i tak wspaniałe głośniki.

W punktach:

Zalety

  • Dobitny realizm.
  • Żadnych cesji na rzecz łagodzenia.
  • Wspaniale rozciągnięte pasmo.
  • Wrażliwość na najmniejsze tchnienie.
  • Perfekcyjna szczegółowość.
  • Niemal nie spotykana umiejętność oddania cech indywidualnych brzmienia.
  • Nośność.
  • Dynamika.
  • Szybkość.
  • Widzialny ruch powietrza.
  • Rytm.
  • Muzykalność.
  • Wyczuwalne ciepło.
  • Żywa obecność przestrzeni.
  • Duża, głęboka scena.
  • Cały pokój owiany dźwiękiem.
  • Naturalnie drapieżne soprany u instrumentów dętych.
  • Niezwykłe bogactwo i naturalizm pod klawiszami fortepianu.
  • Młodzieńczo świeże i finezyjne wokale.
  • Potężny bas.
  • Wybitne różnicowanie nagrań, zwłaszcza pod kątem stereofonii i kwantum tegoż basu.
  • Pomimo dominanty realistycznej bezproblemowa reprodukcja starych nagrań.
  • Niełatwo o inne takie.
  • Celulozowe membrany najlepszych producentów.
  • Techniczne retro okazuje się mieć wiele przewag.
  • Pietystyczne podejście producenta do przedmiotu.
  • Wyjątkowo staranne wykonanie.
  • Kable uziemiające i podstawki antywibracyjne w komplecie.
  • Zwrotnice strojone na ucho.
  • Praktycznie zapakowane.
  • Całościowo pełny profesjonalizm.
  • Dobry stosunek jakości do ceny.
  • Producent i zaprzyjaźniona z nim firma oferują cały pasujący tor.
  • I nie są nowicjuszami.
  • Made in Poland.

Wady i zastrzeżenia

  • Duże gabaryty.
  • Najlepsze brzmienie przy dużej ilości miejsca wokół i z daleko siedzącym słuchaczem.
  • Idealne soprany dopiero w modelu najwyższym.
  • Potrzebny kondycjoner masy, a tego w komplecie już nie ma.

Dane techniczne:

  • Głośniki o membranach celulozowych – 1 x 100 mm; 1 x 200 mm; 1 x 300 mm.
  • Dwie zwrotnice pierwszego rzędu, osobne dla każdej sekcji.
  • Punkty odcięcia: nie mierzone, strojone wyłącznie na ucho.
  • Obudowa: dwuczęściowa, z płyt MDF 25 mm.
  • Przyłącze: bi-wiring, terminale złocone.
  • System dodatkowego uziemienia.
  • Pasmo przenoszenia: 27 Hz – 20 kHz
  • Moc: 15 W
  • Impedancja nominalna: 4 Ω
  • Efektywność: 98 dB
  • Wymiary (W x S x G): 1160 x 350 x 480 mm
  • Waga: 40 kg/szt.
  • Podkładki antywibracyjne oraz kable łączące sekcje i uziemiające w komplecie.
  • Cena: 36 000 PLN.

 

System:

  • Źródło: Transrotor La Roccia z ramieniem SME i wkładką ZYX Bloom 3.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Octave Phono Module.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Interkonekty: Ctystal Cable Absolute Dream, Sulek 6×9.
  • Głośniki: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Audio Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010.
  • Kondycjoner masy: QAR S-15.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

  1. Marek napisał(a):

    Naturalne dźwięki w nagraniach muzyki rockowej to chyba się skończyły na albumie Floydów „The Final Cut” nomen omen 🙂 a później to już czasy loudness war. Kolumienki w ogóle, a w szczególności na tle „streamerów” tegoż producenta prezentują się okazale 🙂 Ciekawa recenzja, jest klimat, jak zwykle można się smaczków odsłuchowych uczyć od Pana Piotra

  2. A.B napisał(a):

    Pewnie sie mylę, ale wlasńie o tych smaczkach odsłuchowych, ogólnie wyszukanym tu nazewnictwie i enigmatycznych klimatach. Fajnie sie to wszystko czyta.

    … lecz tak sobie myślę bom dziś szczery do bólu. Kto to tak na prawdę tu pisze? W Krakowie studentów jest sporo…

    Przy osobistym spotkaniu napotkałem z leksza inną rzeczywistość. Nie było esów floresów, asów z rękawa na lewo na prawo, nie było magika ni królika z cylindra..

    1. 3mmm napisał(a):

      Gimbaza, czy stres zżera przed maturą? Do rekrutacji na studia jeszcze trochę czasu…

    2. Marek napisał(a):

      w Krakowie to student za kanapkę z nożem takie teksty pewnie pisze

    3. Piotr Ryka napisał(a):

      A kiedyż to osobiste spotkanie? Studenci oczywiście piszą dla mnie na trzy zmiany. Ten post też jeden student napisał.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tak swoją drogą: tylu się spotyka komików, a w sumie jakoś nieśmiesznie.

  3. 3mmm napisał(a):

    Tekst jest tak intensywny, że trzeba go czytać kilka razy. Kwestie techniczne są tylko środkiem do realizmu, potrzeba wyobraźni i serca żeby tak odbierać muzykę, bo przecież ona jest…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy