Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

Odsłuch

A może pod choinką?

    Skoro aż tyle słychać, nawet orientację zwrotnicy, to weźmy się wreszcie za słuchanie. W tej mierze zacznijmy jednak znów nie od clou a ustawień – też, jak wiadomo, słyszalnych. Producent o tym nie wspomina, ani z nim o tym nie rozmawiałem, ale kolumny nie lubią odginania. Trzeba je stawiać równolegle do ścian bocznych albo najwyżej z minimalnym. (To drugie chyba lepsze.) Ten styl ustawień łączy je nie tylko z klasycznymi głośnikami monitorowymi, ale też na przykład z ekstremalnie ekskluzywnymi podłogowymi Lumen White White Light Anniversary, w przypadku których jest to oficjalne stanowisko wytwórcy.

Następna sprawa to dociążenie górne. Avatar Audio oferuje metalowe dociążniki własne, w postaci dużych krążków,  a sam użyłem myszy Entreqa, wypełnionych sproszkowaną miedzią i minerałami ziem rzadkich. Efekt okazał się dwuznaczny. Z jednej strony dźwięk się nieco obniżał i lepiej ogniskował, z drugiej tracił cokolwiek na swobodzie propagacji oraz kreatywnej lekkości. Bolesne w sumie coś za coś, ale ostatecznie zdecydowałem się myszy pozostawić, bo więcej ciut było z nimi realizmu, choć scena bardziej powszednia.

Rzecz następna to uziemienie. Kolumny powinny być wedle zaleceń producenta uziemione; czyli albo podpięciem do kaloryfera, albo innej rury mającej finalnie styczność z gruntem, lub ewentualnie do fingowanego uziemienia, jakie oferuje szwedzki Entreq czy polskie Verictum. Akurat tak się złożyło, że czeka u mnie na recenzję akuratny w tej roli moduł uziemiający także polskiego QAR, dzięki któremu wymogowi dodatkowego uziemiania stało się za dość. (Dodatkowego, bo przecież elektronika ma ten swój trzeci bolec.) Czy z uziemieniem grało lepiej, tego już nie sprawdziłem, bo mając ledwie jeden wieczór nie chciałem się rozpraszać sprawami pobocznymi. Kolumny zostały uziemione, miały zatem optimum – i niech to im wystarczy.

I jeszcze jedna sprawa – zatyczki bas refleksów. Wyloty tychże są małe i ulokowane przy podłodze, jednak mimo małości zmieniają charakter brzmienia. Cokolwiek w stylu dociążników, to znaczy z zatkanymi dźwięk się trochę obniża i lepiej ogniskuje, ale traci coś na swobodzie oddechu i przewiewność sceny. Też gotów byłem więc zatyczki zostawić, stawiając na lepsze ogniskowanie, ale przypadek gdy jedna z płyt zaczęła z zatkanymi wyraźnie dudnić basem, od razu zmusił mnie do ich usunięcia. Przy okazji także uwaga odnośnie tego dudnienia, że dodatkowo skutecznie je rugowało ustawienie na wprost wylotu bass-refleksów ustroi Audioforma. (I to mimo dwóch metrów luzu z tyłu.)

Górna połowa.

Na koniec kwestia: gdzie stawiać i gdzie siadać. Nie ma zmiłuj – Avatar Audio Nr2 cenią duży obszar powierzchni tylnej, toteż najlepiej grały właśnie z dwoma metrami luzu za sobą. Scena wraz z odsuwaniem od ściany tylnej ewidentnie się pogłębiała, a dźwięk coraz mocniej pozorował brak związku z membranami. I podobnie nie lubią bliskiego kontaktu z przodu. To nie podstawkowe monitory; słuchacz posadowiony mniej niż trzy metry od nich to już nie będzie optimum, scena znów się na głębię skróci. Nie żeby to były warunki sine qua non. Siadając dwa i pół metra przed i zostawiając metr z tyłu też będzie dobrze grało, ale skoro mogłem sobie pozwolić, to uskuteczniłem przyjemnościowe maksimum.

Odnośnie jeszcze kabli. Ostatnio używane Acoustic Zen Absolute trzeba było zastąpić Sulkami 6×9, ponieważ terminale głośnikowe są u Avatarów wysoko, wbrew czyniąc kablom krótkim i sztywnym. Żadna jednak związana z tymi strata – oba kable są pierwszorzędne. A swoją drogą chętnie bym je porównał dokładniej, ale to już przy innej okazji, bardziej sprzyjającej ergonomicznie i mniej ponaglającej czasowo.

Ostatnia jeszcze kwestia, to problematyka źródła. Też poszedłem tu na maksimum, choć wymagało częstszych spacerów. Wszystko przez to, że winyle są jak wiadomo dwustronne. A przy tym nie ma zabawy w pauzowanie, powtórki, fragmentyzację. Jest za to wyższa jakość analogu, w imię której zdarzają się też tłoczenia w czarnej masie po jednej tylko stronie, ale takich płyt nie mam. Są też takie tłoczone dla prędkości 45 obrotów, dającej efekt analogiczny jak szybszy przesuw taśmy, a takie już posiadam – i to nie jako single.

Weźmy się nareszcie za brzmienie. W opisanym powyżej ustawieniu plan pierwszy lokował się nieznacznie za linią głośników, w całkowitym od nich oderwaniu, rysując scenę całkowicie spójną i głęboką. Podłożenie przeźroczystych kryształów Acoustic Revive pod Crofta (tak jakoś mnie naszło), pogłębiło ją jeszcze i sprokurowało „pienistość” brzmienia. Co do jego cech esencjalnych, to trzeba resztą toru walczyć o dociążenie i panowanie nad sopranami, ale z tym taki w oparciu o lampowe wzmocnienie i gramofon bez problemu sobie poradził. Ukazała się wówczas niezwykła szczegółowość, gotowość subtelnych różnicowań i przede wszystkim czujność na najdelikatniejsze nawet tchnienia muzyczne. A równocześnie ciepło, namacalność, głębokie czernie tła oraz nośność i swoboda płynięcia.

I może rzecz najważniejsza – wszystko to razem składało się na realizm bardzo dosłowny, bez najmniejszego ukłonu w stronę złagadzania na rzecz przyjemnej łatwości. Instrumenty dęte, fortepian, perkusja – to wszystko żyło swoim prawdziwym życiem, jakbyś się rzeczywiście wybrał na koncert i usiadł blisko wykonawców. I przypomniałem sobie jak Jarek Waszczyszyn wspominał, że kiedy dla sprawdzenia realizmu w zbudowanym przez siebie torze zaprosił saksofonistę, to mu się w pokoju odsłuchowym tak dźwięk zagotował, że do przedpokoju uciekł. Tak to jest, kto ma w domu prawdziwy instrument większy od harmonijki ustnej i agresywniejszy od gitary, ten wie, że z nimi nie ma żartów i niektóre potrafią pokąsać.

Dolna połowa.

Synowa gra na saksofonie a syn na perkusji, więc jestem z tym na bieżąco. Dęciaki w Avatarach Nr2 mają wybitnie realistyczny posmak i chociaż nie są aż całkiem realne, to niewątpliwie naturalistycznie ofensywne. Z jednej strony to cieszy – kto bywa w jazzowych klubach, ten znajdzie ich atmosferę – z drugiej nie jest to granie by puszczać mimo uszu, tylko dojmujący realizm. Oczywiście płyta nierówna płycie i nietrudno o złagodzoną, ale te dobrze nagrane wrzucą nas prosto na koncert. To będzie zaś wymagało skupienia przy wyższych poziomach dźwięku, więc się od uważnego słuchania nie wyłgasz. Komu taki styl nie pasuje, ten oczywiście ma wielki wybór głośników-umilaczy, że góra poobcinana a bas owinięty szmatą. Tak jak ze wszystkim w życiu, trzeba dokonywać wyborów i dobrze zawczasu wiedzieć, którego stylu się jest amatorem. A można tu być w błędzie i wierzyć na przykład w realizm, podczas gdy w rzeczywistości woli się złagodzoną a nie żywą muzykę.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

  1. Marek napisał(a):

    Naturalne dźwięki w nagraniach muzyki rockowej to chyba się skończyły na albumie Floydów „The Final Cut” nomen omen 🙂 a później to już czasy loudness war. Kolumienki w ogóle, a w szczególności na tle „streamerów” tegoż producenta prezentują się okazale 🙂 Ciekawa recenzja, jest klimat, jak zwykle można się smaczków odsłuchowych uczyć od Pana Piotra

  2. A.B napisał(a):

    Pewnie sie mylę, ale wlasńie o tych smaczkach odsłuchowych, ogólnie wyszukanym tu nazewnictwie i enigmatycznych klimatach. Fajnie sie to wszystko czyta.

    … lecz tak sobie myślę bom dziś szczery do bólu. Kto to tak na prawdę tu pisze? W Krakowie studentów jest sporo…

    Przy osobistym spotkaniu napotkałem z leksza inną rzeczywistość. Nie było esów floresów, asów z rękawa na lewo na prawo, nie było magika ni królika z cylindra..

    1. 3mmm napisał(a):

      Gimbaza, czy stres zżera przed maturą? Do rekrutacji na studia jeszcze trochę czasu…

    2. Marek napisał(a):

      w Krakowie to student za kanapkę z nożem takie teksty pewnie pisze

    3. Piotr Ryka napisał(a):

      A kiedyż to osobiste spotkanie? Studenci oczywiście piszą dla mnie na trzy zmiany. Ten post też jeden student napisał.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tak swoją drogą: tylu się spotyka komików, a w sumie jakoś nieśmiesznie.

  3. 3mmm napisał(a):

    Tekst jest tak intensywny, że trzeba go czytać kilka razy. Kwestie techniczne są tylko środkiem do realizmu, potrzeba wyobraźni i serca żeby tak odbierać muzykę, bo przecież ona jest…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy