Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

 Budowa

Dwa Avatary, jeden dźwięk.

  Holophony Nr2, podobnie jak Nr1, to konstrukcja duża, podłogowa, trójdrożna. Poza tym dwuczęściowa, co jest sporą osobliwością, aczkolwiek nie ewenementem. Podobnie jak u sławnych Vox Olympian, choć bez osobnego basowca, moduł wysokotonowy to osobna konstrukcja. A ściślej wysokotonowy wespół ze średniotonowym, których wspólną obudowę stawia się na wyosobnionej głośnika niskotonowego. Stawia nie tak po prostu, tylko na pięciu specjalnych podstawkach, z których każda ma wewnątrz – między dolnym i górnym walcem korpusu – trzy metalowe kulki dla redukcji wibracji. To samo dzieje się całkiem na spodzie, pod modułem niskotonowym, który od podłogi oddziela też pięć antywibracyjnych podkładek. Wszystkie one, a także uziemiające okablowanie, stanowią część integralną, to znaczy nie trzeba osobno płacić. Odnośnie tego okablowania, to składa się też z łączówek między częścią dolną a górną, bowiem tylko do dolnej doprowadzamy kable od wzmacniacza, chociaż poprzez bi-wiring. Ale oprócz łączówek mamy te kable ochronne, które od każdej kolumny poprowadzone być winny do sztucznego lub prawdziwego uziemienia. Prawdziwego, czyli do gruntu, albo sztucznego, czyli kondycjonera masy – lub czegoś innego w tym rodzaju, choćby kuwety z mokrym żwirkiem.

Kolumny są nominalnie 4-ohmowe i producent tego pilnuje. To znaczy prosi, by mieć taki wzmacniacz i żeby nie miał on mocy większej niż około 20W. Pytaniem pozostaje, czy ma na myśli każdy rodzaj, czy tylko lampę w klasie A, jako że jest całkiem czym innym 20W z tranzystorowej końcówki A/B, a czym innym z lampowego SET w klasie A. Pierwsze to moc stosunkowo niewielka, drugie bardzo pokaźna.

Jeden Avatar, pół dźwięku.

Gdybym miał więcej czasu, pożyczyłbym od znajomego integrę Vaica w klasie A na lampach 320B, mającą moc circa 20W/4Ω. Ale czasu nie było, tym bardziej że okres Świąt. Pozostawał więc własny Croft 25W/4Ω, który nie jest konstrukcją SET a hybrydą. Ale to nie powinno stanowić problemu, skoro na AVS też grały Avatary ze wzmacniaczem Audio-Akustyka Primus Hybrid, w dodatku o mocy 150W.

Odnośnie spraw konstrukcyjnych. Kolumny są, jak mówiłem, trójdrożne, z głośnikami każdym z papieru i każdym z lat 60-tych. Wszystkimi produkcji niemieckiej, ale marki Avatar nie zdradza. Średnice to 10 cm dla wysokotonowego, 20 cm dla średniotonowego i 30 cm woofera, co łatwo będzie spamiętać. Tak nawiasem są to te same średnice co w wyższym Nr1 – i nawet te same głośniki za wyjątkiem woofera, który w wyższej konstrukcji ma czysto papierową, nieimpregnowaną membranę i dzięki temu lepszą rozdzielczość. Główna różnica leży bowiem nie w głośnikach a w elementach zwrotnicy, która w modelu szczytowym składa się z samych wyselekcjonowanych elementów vintage. Także wyższego gatunku okablowaniu i bardziej dopieszczonej obudowie – elegantszej, lepiej dopracowanej akustycznie i z lepszych materiałów.

Zwrotnica jest pierwszego rzędu, co przy wyznaczniku realistycznym wydaje się oczywiste, a obudowa z 25-milimetrowych płyt MDF o dość wyszukanym kształcie. Waga to 40 kilogramów na sztukę przy wymiarach 1160 x 350 x 480 mm. Wykończenie jest lakiernicze z opcją dowolny kolor, a za drewniane forniry trzeba dopłacić cztery tysiące.

Wróćmy jeszcze na chwilę do zwrotnic, bowiem są dość osobliwe. Nie tylko z tego względu, że z elementów vintage, ale także dlatego, że strojone na ucho. Zdaniem pana Cezariusza Andrzejczuka – twórcy i właściciela Avatar Audio – inne podejście nie jest właściwe, bo nawet sposób mocowania i orientacja pion-poziom mają tutaj znaczenie, co nie tylko można wykazać odsłuchem, ale też precyzyjnym pomiarem. Wystarczy inaczej usytuować elementyw kolumnie, już pomiar będzie inny. Wszystkiego jednak się nie da zmierzyć, natomiast co się da usłyszeć, to będzie przez słuchających słyszane, więc dla ostatecznego rezultatu ważne. Stąd te zwrotnice na ucho. I jeszcze jedna sprawa: wewnętrzne okablowanie nie jest lutowane a łączone na ściski, bo wyższość takiej techniki także da się usłyszeć.

Ze świecą szukać?

Wszystko to razem w obu częściach, z kablami i podstawkami, dostajemy w trzech solidnych skrzyniach o sprytnym sposobie pakowania. Dostajemy za 36 000 złotych. A w zamian jakie brzmienie?

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

  1. Marek napisał(a):

    Naturalne dźwięki w nagraniach muzyki rockowej to chyba się skończyły na albumie Floydów „The Final Cut” nomen omen 🙂 a później to już czasy loudness war. Kolumienki w ogóle, a w szczególności na tle „streamerów” tegoż producenta prezentują się okazale 🙂 Ciekawa recenzja, jest klimat, jak zwykle można się smaczków odsłuchowych uczyć od Pana Piotra

  2. A.B napisał(a):

    Pewnie sie mylę, ale wlasńie o tych smaczkach odsłuchowych, ogólnie wyszukanym tu nazewnictwie i enigmatycznych klimatach. Fajnie sie to wszystko czyta.

    … lecz tak sobie myślę bom dziś szczery do bólu. Kto to tak na prawdę tu pisze? W Krakowie studentów jest sporo…

    Przy osobistym spotkaniu napotkałem z leksza inną rzeczywistość. Nie było esów floresów, asów z rękawa na lewo na prawo, nie było magika ni królika z cylindra..

    1. 3mmm napisał(a):

      Gimbaza, czy stres zżera przed maturą? Do rekrutacji na studia jeszcze trochę czasu…

    2. Marek napisał(a):

      w Krakowie to student za kanapkę z nożem takie teksty pewnie pisze

    3. Piotr Ryka napisał(a):

      A kiedyż to osobiste spotkanie? Studenci oczywiście piszą dla mnie na trzy zmiany. Ten post też jeden student napisał.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tak swoją drogą: tylu się spotyka komików, a w sumie jakoś nieśmiesznie.

  3. 3mmm napisał(a):

    Tekst jest tak intensywny, że trzeba go czytać kilka razy. Kwestie techniczne są tylko środkiem do realizmu, potrzeba wyobraźni i serca żeby tak odbierać muzykę, bo przecież ona jest…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy