Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

   Było już o tym w relacji z AVS, ale dla porządku powtórzę: Avatar Audio to polska firma, oferująca szeroki asortyment audiofilskich różności – w tym  przede wszystkim głośniki w czterech kategoriach wagowych: od podstawkowego modelu Numer 4 o wadze szesnastu kilogramów, po 3-drożny podłogowy Numer 1 o wadze pięćdziesięciu. Ale także streamery Livebit, również w czterech jakościach, a ponadto pełny asortyment okablowania (także na czterech półkach), platformy antywibracyjne, antywibracyjne podstawki i jeszcze dociążniki. Brak zatem jedynie wzmacniaczy i przetworników (streamery ich nie zawierają), które na użytek wystawowy pożyczane są od zaprzyjaźnionego i też polskiego wytwórcy Audio-Akustyka.

Firma lokuje się w osadzie o nazwie Osowicze, położonej w trójkącie pomiędzy Narewskim, Biebrzańskim i Białowieskim Parkiem Narodowym. Nie leży wszakże w dziczy; z Osowicz do centrum Białegostoku jest raptem dwadzieścia kilometrów. Lokalizacja to jednak w dwójnasób ciekawa, oznacza bowiem, że twórca ma stały kontakt z przyrodą, co jeszcze doznaje wzmożenia w świetle faktu, że jego drugim ja jest bycie fotografem pracującym dla National Geografic. A zatem artystyczne zapędy także w zupełnie innym kierunku, co jednak nie powinno dziwić, bowiem już dawno zauważyłem, że pośród audiofili jest duża grupa ludzi związanych z fotografią. Najwyraźniej uwiecznianie obrazów łączy się jakoś w psychice z dążnością do uwieczniania dźwięków, a chęć tego uwieczniania w jak najlepszej jakości stanowi wyznacznik obu. I to wyznacznik gwałtowny, rozbudzający emocje. Niedawno byłem świadkiem awantury pomiędzy zawodowymi fotografami, w której poszło bodajże o poziom techniczny body Nikona, i bardzo przypominało to gwałtowne spory między audiofilami.

Awantura założycielska w przypadku Avatar Audio to zaś negacja tego wszystkiego, co w ostatnich dekadach narzuciła komercja. Duże moce tranzystorowych wzmacniaczy i sztywne, twarde membrany do mocy tej pasujące. Tymczasem Avatar Audio to nawrót do dawnych czasów, w których królowały cieniutkie membrany z celulozy i małej mocy lampowe wzmacniacze OTL. Nawrót, tak samo jak w przypadku też polskiej firmy Destination, spowodowany odsłuchem czegoś z zamierzchłych czasów. U Destnation były to tuby, zaś u Avatara odgrody. Jedne i drugie wywołujące natychmiastowe olśnienie, że to co wciskają teraz masowo, to nie jest dźwięk prawdziwy.

To nas z miejsca odsyła w obręb poruszonej przeze mnie we wstępie do ostatniego AVS kwestii stylu muzycznej reprodukcji. Wyróżniłem tam trzy takie: realizm, umilacze i dziwadełka. Realizm, to wiadomo – usiłujemy czerpać z życia. Umilacz, jasna sprawa – chcemy, by było miło. A dziwadełka też nietrudne – poszukujemy odrealnienia; obrazów osobliwych i onirycznych stanów. Wszystkie owe kierunki są teraz mocno w cenie, z szeroką reprezentacją; i może nie mam racji, ale wydaje mi się, że błędne byłoby założenie, iż technologia wzmacniaczy oraz kolumn sama narzuca któryś styl. Zarówno lampy jak tranzystory mogą dać każdy z trzech kierunków, a podobnie da się zrealizować każdy w dowolnym typie kolumn. Niemniej papierowe membrany w zastosowaniu Avatar Audio to uparte poszukiwania najbardziej prawdziwego dźwięku. Takiego by cię zatkało, że taki aż prawdziwy. I muszę przyznać, że zatkało, na tym ostatnim AVS. Zatkało jednak w odniesieniu do najwyższych HOLOPHONY Nr1, a do mnie dotarły „dwójki”.  Chciałem wprawdzie „jedynki”, by je zweryfikować, ale się nie zmieściły do auta, którym rodzina producenta zjechała w Święta do Krakowa, do siostry jego żony. On sam zaś został w Osowiczach, tłumacząc to nawałem pracy, tak więc się nie spotkaliśmy i nie było okazji rozmawiać. A w ogóle cały ten test to tylko jedna sesja, bo kolumny przyjechały w przeddzień wigilii, a w drugi dzień Świąt odjechały. Nie wznosiłem zatem świątecznych toastów, bo wbrew niektórym osobom stanowczo utrzymuję, że picie alkoholu kompletnie zaburza ocenę. Winko podczas odsłuchu, albo kufelek piwka, to miłe uzupełnienie, ale ruina ocen. Nie da się na procentach osądzać obiektywnie, ani tym bardziej wnikliwiej; i kto jest innego zdania, ten się zwyczajnie oszukuje albo po prostu kłamie. Święta zeszły więc przy robocie i w całkowitej abstynencji. Trudno, tak czasem bywa, nie było innego sposobu, by ta recenzja powstała. Koszt wysyłania głośników na paletach, jedyny gwarantujący brak uszkodzeń, to w jedną stronę kilkaset złotych, co dla nie śmierdzącego groszem producenta oznacza spory wydatek. Nie chciałem na to narażać, przyjąłem warunki świąteczne. 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Avatar Audio HOLOPHONY Nr2

  1. Marek napisał(a):

    Naturalne dźwięki w nagraniach muzyki rockowej to chyba się skończyły na albumie Floydów „The Final Cut” nomen omen 🙂 a później to już czasy loudness war. Kolumienki w ogóle, a w szczególności na tle „streamerów” tegoż producenta prezentują się okazale 🙂 Ciekawa recenzja, jest klimat, jak zwykle można się smaczków odsłuchowych uczyć od Pana Piotra

  2. A.B napisał(a):

    Pewnie sie mylę, ale wlasńie o tych smaczkach odsłuchowych, ogólnie wyszukanym tu nazewnictwie i enigmatycznych klimatach. Fajnie sie to wszystko czyta.

    … lecz tak sobie myślę bom dziś szczery do bólu. Kto to tak na prawdę tu pisze? W Krakowie studentów jest sporo…

    Przy osobistym spotkaniu napotkałem z leksza inną rzeczywistość. Nie było esów floresów, asów z rękawa na lewo na prawo, nie było magika ni królika z cylindra..

    1. 3mmm napisał(a):

      Gimbaza, czy stres zżera przed maturą? Do rekrutacji na studia jeszcze trochę czasu…

    2. Marek napisał(a):

      w Krakowie to student za kanapkę z nożem takie teksty pewnie pisze

    3. Piotr Ryka napisał(a):

      A kiedyż to osobiste spotkanie? Studenci oczywiście piszą dla mnie na trzy zmiany. Ten post też jeden student napisał.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tak swoją drogą: tylu się spotyka komików, a w sumie jakoś nieśmiesznie.

  3. 3mmm napisał(a):

    Tekst jest tak intensywny, że trzeba go czytać kilka razy. Kwestie techniczne są tylko środkiem do realizmu, potrzeba wyobraźni i serca żeby tak odbierać muzykę, bo przecież ona jest…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy