Recenzja: Acrolink MEXCEL 7N-PC9700

Odsłuch cd.

Acrolink MEXCEL 7N-PC9700 vs Harmonix X-DC350M2R

Co by nie mówić – drogi precel.

   W praktyce audiofilskiej nieczęsto zdarza się coś, co bez praktycznego doświadczenia zdawać się powinno powszechnym – podobieństwo brzmieniowe. Tym razem jednak ów rzadki przypadek się zdarzył, przewody Acrolinka i Harmoniksa zaoferowały brzmienia podobne. Aż w pierwszej chwili podskoczyłem, przyzwyczajony do tradycyjnych różnic. Albowiem wbrew sceptykom, uparcie głoszącym, że kabla zasilającego nie sposób usłyszeć, mało jest rzeczy równie łatwych do usłyszenia jak zmiana takiego kabla. Tym razem jednak tak się nie działo, pojawił się dźwięk zbliżony. Przynajmniej w pierwszej sekundzie takim się zdawał i dopiero po w dwójnasób nadstawieniu uszu zjawiły się różnice. Te były po części podobne do tych z Gargantuą, pewnym ułamkiem tamtych. To znaczy Harmonix wszedł w skórę Acrolinka, kontrując Acoustc Zena tymi samymi cechami. Proponował dźwięk równie ciepły, bliski, intymny, namacalny i śpiewny; podobnie też gęsty i jednocześnie natleniony, a także podobnie ciemny. Nie było też różnic w złożoności (a ściślej minimalne) – w predyspozycji modulacyjnej i humanizacji pogłosu. Także nie w zaangażowaniu – rozedrganiu emocjonalnym. Gdyby trzymać się tych aspektów, trudno byłoby o różnice i można uogólniająco stwierdzić, że jeśli chodzi o brzmieniową zawartość dźwiękowego obrysu, tych różnic prawie nie było. Oba japońskie przewody okazały się sobie bliskie, ale zjawiła się jedna istotna rozbieżność, naprawdę zasadnicza. Ponownie odwołam się do malarstwa. Dźwięki produkowane pod obecność Acrolinka przypominały postaci spod pędzla Rafaela. Skończone, cyzelowane, w sposobie istnienia nastrojowe, magiczne. Finezyjnie oddane na obrysach w łączeniu poczucia bryły z przejściem kolorystycznym w tło, tak żeby kontur się jednoznacznie domykał, a jednocześnie wzbogacał obraz. To wszystko u Harmoniksa działo się całkiem inaczej i można to skomentować nawiązaniem do późnych płócien Goi, a jeszcze prędzej Turnera. Obrysy u Harmoniksa  zaczęły się rwać, tracić punktową jednoznaczność. Granice się zatarły, naszły na siebie i przestały domykać. A przez to dźwięki odchodziły, stapiały się z innymi, nie umierały własną ciszą.

Listwa okablowana wewnątrz Acrolinkiem 7N-PC9500.

Poczucie otwartości każdego brzmienia towarzyszyło słuchaniu Harmoniksa zawsze, tak samo jak Acrolinkowi towarzyszyło poczucie domknięcia. Tego nie należy identyfikować z wyobrażeniem, że dźwięki u Harmoniksa były rwane. Takie coś prędzej dałoby się przypisać przewodowi Acoustic Zen, przy którym końcówki rzeczywiście się słabiej wyrażały, natomiast przy Harmoniksie zupełnie tego nie było, a tylko impresjonistyczne odczucie nieoznaczoności brzmieniowych kształtów zmieniało odbiór muzyki z jednoznacznie wyrażanego na nieograniczony. Dźwięk – można powiedzieć – wyrażał siebie u Harmoniksa aż za koniec istnienia; nie finalizował się jednoznaczną granicą ciszy, tylko trwał aż po roztopienie w przestrzeni. Elegancję i poetykę czerpał więc z form nieostatecznych, roztapianych w bezkresie. Poza tym był jeszcze odrobinę ciemniejszy, a wraz z tym bardziej tajemniczy. To jednak, jak sobie zapisałem, bardziej w tle emocjonalnym aniżeli na pierwszym planie; na pierwszym zaś jeszcze trochę bardziej wydawał się zaangażowany, dalszy od neutralności i obiektywizmu, do którego Gargantuę zbliżało zdystansowanie od zdarzeń i lekkie ostudzenie, a Acrolinka perfekcyjność artykulacji przechodząca w domkniętą, idealną formę.

 Tu docieramy do sedna, krzyżowania się stylów. Acrolink stawiał na perfekcyjność, jej ostateczne wypowiedzenie, mając w tym wsparcie ze strony większej wyraźności i większej (a w każdym razie łatwiejszej do wypatrzenia) różnorodności. Dzięki jednoznacznie liniowym obrysom jego dźwiękowy obraz był łatwiejszy do rozłożenia na czynniki i tymi czynnikami bogaty, ale przez to bardziej statyczny. Harmonix dawał obraz w odczuciu bardziej ruchomy, ku czemuś zmierzający. Bardziej też eksplozyjny, niespokojny. Jego dźwięki wirowały, kłębiły się i nie chciały zakończyć, podczas gdy Acrolinka majestatycznie sunęły zapięte na ostatni guzik.

Japoński wąż kąsa dobrym prądem i każe sobie za to płacić.

Te Harmoniksa miały więcej z natury wiatru niż defilady, i ten ich dynamiczny obraz równie był piękny, oszałamiający. Tą samą kunsztowną muzykę portretował inaczej, na sposób bardziej ekspansywny niż figuratywny. Co nie znaczy, że Acrolink był zbyt statyczny. Też obrazował dynamikę, ale przy pomocy mniej ekspresjonistycznych, bardziej dookreślonych obrazów.

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy