Płyty maja

Naim_Label_03 HiFiPhilosophy   Dla wytchnienia po sprzętowych zmaganiach chciałem dla odmiany opisać dwie płyty. Niby różne w sensie muzycznym, bo kompozycje odgradza je dwieście lat, ale mimo to podobne, bo bazujące na uczuciach. Wiele zrobiono w ostatnich dekadach by tak zwaną muzykę poważną odciąć od uczuciowości i uczynić swego rodzaju matematyką bez reguł, co jest bez sensu podwójnie. Raz, że w efekcie nie ma tam żadnych wymagań intelektualnych i można robić co się chce, a dwa, że może to w efekcie obrazować jedynie bezsens, o ile nie jest drogą ku jakimś nowym regułom, a na to się nie zanosi. Osobiście nie wierzę bowiem w tak zwaną wolną twórczość i stwarzanie przez artystę całkowicie własnego, wolnego od wszelkich zobowiązań świata. To tylko przechowalnia dla miernot, nic więcej. Przekraczanie konwencji może być wprawdzie twórcze i bardzo cenne, jak na przykład w przypadku alternatywnych algebr, przestrzeni wielowymiarowych czy reguł kwantyzacji; w każdym z tych przypadków były to jednak właśnie nowe reguły a nie zabawa w brak reguł. Rozumiem, że artyści współcześni cierpią na brak konwenansu do złamania, bo wszystkie konwenanse zostały już dawno złamane, ale to nie moje zmartwienie. Niech się postarają o coś bardziej oryginalnego, a nie tylko drepczą w miejscu i bełkoczą. Może jednak za surowo ich oceniam. W sumie nie oni są winni a system oceniania. Ten to się dopiero wyrodził, promując miernoty a niszcząc wybitnych. Ale to inny temat, na inną rozmowę. Wracajmy do spraw bieżących.

Naim_Label_01 HiFiPhilosophySprawa bieżąca jest taka, że leży przede mną płyta Schubert Bertranda Chamayou z nagraniami fortepianowymi kilkunastu utworów Schuberta, który był ostatnim z klasyków i pierwszym z romantyków. Jego tragiczne i krótkie życie przełożyło się na wielki artyzm, potrafiący prostymi środkami, wolnymi od zbytnich popisów technicznych i wirtuozerskich, stwarzać właśnie własny świat, o którym tak marzą współcześni formaliści bez formy; świat romantycznej uczuciowości i tęsknoty za miłością, której Schubert nigdy nie zaznał. Obarczony fizyczną brzydotą, przytłoczony materialnym ubóstwem (za genialne kompozycje płacono mu grosze, a potem wydawcy zbili na nich fortunę), na dodatek wtrącony pod koniec życia w uwłaczającą śmiertelną chorobę, pozostał postacią tragiczną. Jakby tego było nie dość, jego najwspanialszą kompozycję – VIII Symfonię, zwaną teraz „Niedokończoną”, zatraciła w połowie osoba, której manuskrypt swego dzieła Schubert powierzył. Bułhakow twierdził, że rękopisy nie płoną. Może i nie płoną, ale połowa najwspanialszej symfonii Schuberta przepadła, a ten co ją zaprzepaścił nigdy nawet nie przyznał się jak do tego doszło. Tyle dobrego w tej mierze, że cudem udało się odzyskać ocalałą połowę, bo mało brakowało a i ona by przepadła.

Naim_Label_4 HiFiPhilosophySchubert jest jednym z moich ulubionych kompozytorów, tak więc mam sporo wykonań jego dzieł. Przyznać trzeba, że wykonania te okazują się dalece odmienne, stwarzając nieraz dość różne światy uczuciowe. Chciałem w związku z tym skupić się na jednym utworze zawartym na płycie; krótkim lecz jakże pięknym „Auf dem wasser zu singen”. Nim płyta teraz recenzowana wpadła mi w ręce, utwór ten znałem zwłaszcza z interpretacji wokalnych, ponieważ w oryginale jest pieśnią. Słuchałem go min. w wykonaniu sławnej Elisabeth Schwartzkopf i mojej ulubionej, kiedyś jeszcze sławniejszej a dziś zapomnianej Rity Streich. Często grany jest jednak także na fortepianie solo i tu paść muszą takie nazwiska jak Egon Petri, Murray Perahia, Jorge Bolet, czy Władimir Sofronicki. U Egona Petri tytułowa wasser to pędzący górski strumień, rwący z niezwykłą bystrością, u Murraya Perahi szeroka i głęboka struga egzystencjalnej zadumy, ciemna i posępna, chociaż czasami także szybko płynąca, a Sofronicki swoim zwyczajem zmienia tempa, a brzmienie ma lżejsze, delikatne. Najbardziej lubię jednak wykonanie Jorge Boleta, które jest najgłębsze interpretacyjnie i najpiękniejsze muzycznie. Rozwija się stopniowo, nasącza, nabiera mocy, by potem uderzyć prawdziwym uczuciowym tsunami.

W zestawieniu z tymi geniuszami klawiatury młody jeszcze (rocznik 1981) francuski pianista Bertrand Chamayou, mający już na koncie spore sukcesy w postaci nagród na konkursach i za najlepszą płytę oraz tytułów instrumentalisty roku, wypada znakomicie. Styl ma dość lekki, podobny do Sofronickiego, ale interpretację przemyślaną, podobną nieco do tej Boleta, chociaż od samego początku szybszą i nieco zmienną co do tempa. Klasą techniki nie ustępuje wielkim mistrzom, a jego dość wysoko nastrojony fortepian sypie na nas delikatnymi nutami uczuciowości wielkiego Franciszka. Dobrze wiedzieć, że wielka pianistyka jeszcze nie umarła, bo czasami kiedy słucham współczesnych wykonań nachodzą mnie smutne refleksje, bynajmniej nie związane z poetyką muzyki Schuberta. Schubert Chamayou niewątpliwie godzien jest polecenia, o ile wiedeński klasyk w subtelnym, eleganckim ujęciu leży w kręgu naszych zainteresowań.

Toujours   Druga płyta przykuwająca moją uwagę, to pierwszy po dwóch jazzowych popowy, i jak dotąd jedyny taki, album solowy urodzonej w Rzymie wokalistki i kompozytorki włosko-niemieckiego pochodzenia, Sabiny Sciubba. Sabina bezpretensjonalnie posługuje się pseudonimem estradowym Sabina, a zwróciła moją uwagę jednym głównym przymiotem, dla piosenkarza niewątpliwie najważniejszym, mianowicie głosem. Ma naprawdę wybitny głos, co w dzisiejszych czasach jawi się jako prawdziwa sceniczna rzadkość. Nie wiem kto wpuszcza na sceny te cienkie wyjce wyspecjalizowane w idiotycznych kroczkach, szerokich rozkrokach i innych obscenicznych pozach wszelkiego rodzaju, wyśpiewujące skończone bzdury ku nieopisanej radości tłumów idiotów. W sumie to wiem, ale nie będę tego tutaj rozwijał. Na tle tych wszystkich Madonn, Minogue i temu podobnej estradowej nędzy, pompowanej i utrzymywanej wyłącznie reklamą i złym gustem, Sabina jawi się niczym jakaś królowa, obdarzona władczym, wspaniałym głosem, zdolnym wywoływać głębokie muzyczne uczucia, a nie czymś przywołującym jedynie estradową sieczkę i cieczkę.

Naim_Label_05 HiFiPhilosophyPo latach przebywania w Nowym Jorku i liderowania zespołowi Brazilian Girls (którego nie należy podejrzewać o bycie jakimś girls bandem, bo Sabina była w nim jedyną dziewczyną), mieszka teraz Sabina w Paryżu, a Paryż kojarzy się z takimi kobiecymi głosami jak Edith Piaf, Dalida, Nana Muschuri, Juliette Gréco, Mireille Mathieu, Barbara (Monique Andrée Serf), czy Marie Laforêt. Głos Sabiny krytycy kojarzą jednak z wokalistką nie związaną z Paryżem, ze sławną Marleną Dietrich. Rzeczywiście, podobieństwo jest duże. To głos niski, pełny, wibrujący, taki trochę podszyty grozą. Głos w którym można wyczuć przyszłe nieszczęście mężczyzny, który chciałby się wiązać z kobietą o takim głosie; kobietą na pewno niezwykłą i trudną, prawdziwym błękitnym aniołem. Nie ma w tym głosie czułości i pocieszenia, tylko powaga, skarga i oskarżenie zmuszające do natychmiastowych przeprosin. Mimo to na płycie Sabiny znajdziemy obok repertuaru awangardowego także kilka pięknych ballad dających ukojenie. Pośród nich także tą poświęconą Ericowi Tabarly, sławnemu francuskiemu żeglarzowi samotnikowi, postaci kultowej. Tak jak on oddaje się Sabina odczuciu wolność w samotnym żeglowaniu pomiędzy oceanem a niebem.

Za zrecenzowane nagrania dziękujemy firmom: 

Warner Classics WO Black

 

 

logo

© HiFi Philosophy