Paradoks

4   Paradoks to sytuacja logicznie nieoczywista, wywołująca stan niezrozumienia, zaambarasowanie, niepokój. Paradoksy spotykamy na każdym kroku. Każdy sądzi o sobie, że jest dobrym człowiekiem, a jednocześnie suma tych dobrych ludzi daje świat pełen bezeceństw, godny zgorszenia i wzgardy. Darwinowski dobór selekcyjny działa podobno od miliardów lat, promując nagrodą przeżycia osobniki najlepiej przystosowane, a jednocześnie ludzkość nie składa się z pięknych i mądrych postaci, tylko w większości z tłumu głupawych pokrak. Świat zwący siebie demokratycznym dumnie tym sloganem o sobie głosi, że rządzi nim większość społeczeństwa i to jej wolę wyraża, a jednocześnie większość ta składa się z jednostek stosunkowo ubogich, podczas gdy bardzo nieliczna mniejszość skupia ogrom bogactwa.

Paradoksy nie dotyczą jedynie etyki, biologii, ekonomii i polityki. Spotykamy je nawet w matematyce, gdzie, wydawać by się mogło, nie mają racji bytu. Jedna nieskończoność okazuje się większą od drugiej, chociaż pojęcie nieskończoności zdaje się wykluczać możliwość by coś mogło być od niej większe, liczby różniące się wielkościami o niewyobrażalne eony okazują się w zasadzie identyczne (tak zwany paradoks wielkich liczb), a jedną kulę można tak pociąć, że z kawałków da się złożyć dwie z nią identyczne. Co gorsza, jak wykazano logicznie, nie istnieje coś tak oczywistego jak zbiór wszystkich zbiorów, a jednocześnie istnieją podzbiory pewnych zbiorów, mające dokładnie tyle samo co one elementów.

Paradoksy napotykamy też w filozofii. To właśnie ci malkontenci, zwani filozofami, miast zajmować się pożytecznymi sprawami, jak handel, krawiectwo, czy uprawa roli, wymyślili już tysiące lat temu paradoksy; i teraz nie wiadomo, czy kiedy kłamca mówi „Ja kłamię” – to kłamie, czy mówi prawdę. Gorzej jeszcze. Dowiedli z okrutną, metodyczną ścisłością, że nie można odróżnić świata realnego od wyobrażeń i że przyczynowość jest bzdurą. –  Jaka jest wartość poznawcza uogólnienia „kulka zawsze spada ze stołu”, po tym kiedy tysiąc razy zepchniemy ją poza krawędź i tysiąc razy spadnie? – pytał David Hume. Otóż jest żadna – odpowiadał. Indukcja nie posiada żadnej mocy dowodowej, a nie ma żadnego logicznego powodu tłumaczącego to spadanie. Nie wiadomo dlaczego świat nasz posiada obecną strukturę przyczynowo skutkową i nikt nie wymyślił na to lepszej odpowiedzi niż ta, że w przeciwnym razie istoty takie jak my nie mogłyby zadawać podobnych pytań, ponieważ ich egzystencja byłaby niemożliwa.

2Paradoksów nie skąpi także fizyka. Jeżeli ktoś mniema, że nauka może wszystko wyjaśnić, to wystarczy by podszedł do okna, aby przestało to być prawdą. Zobaczy wówczas zarówno świat za oknem, jak i własne słabsze czy silniejsze w tej szybie odbicie, co dowodzi, że szkło przepuszcza część światła, a część odbija. Fizycy doskonale wiedzą jaką część przepuszcza, a jaką odbija pod danym kątem, ale nie mają pojęcia dlaczego te miary są właśnie takie. To jednak i tak betka; światło stać na o wiele większe wyczyny. Pojedynczy foton przepuszczany przez jedną szczelinę przechodzi przez nią punktowo, pozostawiając na ekranie punktowe ślady, ale kiedy postawić naprzeciw niego nie jedną a dwie szczeliny, odpowiednio wąskie i w odpowiedniej od siebie odległości, przejdzie przez obie naraz. Gdy jednak przy szczelinach tych ustawić detektory, mające dowieść, że faktycznie przechodzi przez obie równocześnie, będzie przechodził przez tylko jedną, żeby zrobić nam na złość. Paradoksalność świata fizycznego znajduje jeszcze wyższy wyraz w słynnej nierówności Bella, stanowiącej odpowiedź intelektualną, potwierdzoną w eksperymentach, na tak zwany paradoks Einsteina-Podolskiego-Rosena. Wynika z niej, mówiąc najkrócej, że rzeczywistość w sposób całkowicie fundamentalny odrzuca determinizm jako podstawę swego zachowania. Żyjemy w przypadkowym świecie, w którym zajście jednego faktu nie determinuje zajścia innego. Trzeba przy tym odróżnić dwie zasadnicze płaszczyzny owej przypadkowości. Pierwsza, bardziej fundamentalna, z której istnienia nie zdaje sobie sprawy nawet większość naukowców, to przypadkowość samych praw fizyki. Równania opisujące rzeczywistość fizyczną mogłyby wyglądać inaczej. Wszechświat z logicznego punktu widzenia mógłby mieć całkiem inną formę – inaczej zakrzywioną przestrzeń, inną ilość wymiarów, inną metrykę, inną energię próżni, inne cząstki elementarne i inne pomiędzy nimi relacje. Świat nasz jest tylko jednym z mnóstwa możliwych wzorów. Druga przypadkowość tkwi wewnątrz tamtej i jest fundamentalną przypadłością już tego naszego świata. Świat ów – ten nasz, ten konkretny – jest fundamentalnie przypadkowy nie tylko w sensie swej całościowej postaci, ale także w swych immanentnych zachowaniach, tak więc zdarzenia w nim zachodzące mogą mieć wyłącznie miary prawdopodobieństwa, a nie znaczniki konieczności lub niemożliwości. Gdybyście w całości, jak jesteście gdzie jesteście, znaleźli się w jednej chwili na drugim krańcu Wszechświata, nie byłoby to niezgodne z fizyką, a jedynie potwornie mało prawdopodobne. Fizyka nie wyklucza takich zjawisk, a jedynie przypisuje im monstrualnej wielkości nieprawdopodobieństwa.

Wszystko to piszę w dniu Wszystkich Świętych, jak żaden inny będącym dniem Święta Paradoksu. Paradoksu życia i śmierci. W dniu tym, według wiekowej tradycji, tłumy żywych idą odwiedzać umarłych, wędrując na miejsca pochówku, by spotykać wspomnienia i rozmawiać z własnymi myślami. Jest bowiem cechą bycia umarłym niemożność prowadzenia dialogu, tak więc z nimi samymi rozmawiać już nie możemy. Nie możemy się dowiedzieć, co myślą o naszych obecnych poczynaniach nasi bliscy zmarli, nie możemy ich dotknąć, poczuć ich ciepła i przyjaźni – co bardzo jest smutne. Paradoksalnie życie wymaga śmierci. Zwłaszcza życie w wyższej jego formie, bo bakterie mnożą się bezstratnie przez podział, a stułbie z natury są nieśmiertelne. Każde życie podlega zagładzie, lecz tylko wyższe istoty wielokomórkowe mają śmierć w siebie wpisaną i czas ich życia jest nieuchronnie graniczny. Przyroda nie wynalazła sposobu ochronienia ich przed destrukcją, czy raczej należałoby powiedzieć: ta droga ewolucyjnego rozwoju przegrała z wydajniejszym sposobem pulsującego odradzania z pojedynczych komórek. Każdy z nas nosi w sobie te ziarna nieśmiertelności i w wieku rozrodczym może ich użyć dla podtrzymania gatunku. W tym jednokomórkowym sensie jesteśmy nieśmiertelni, mogąc wielokrotnie przekazywać potomstwu połowę swych genów; odradzając się w każdym dziecku jako połówki, za każdym razem nieco inne. To jednak nie pozwala na zachowanie ciągłości jaźni, czyli tego czegoś, co jest naszą tożsamością. Konglomeratu pamięci, sposobu zachowania, sądów, postaw, możliwości rozumowania, uczuć. Nasza świadomość wie, że w pewnym momencie się urwie i bardzo tego się boi. Oto kolejny paradoks – całymi sobą w toku ewolucyjnego rozwoju nakierunkowani zostaliśmy na podtrzymywanie własnego życia, a jednocześnie żyć musimy ze świadomością, że w całościowej perspektywie jest to zadanie niewykonalne i prędzej czy później zmuszeni będziemy ulec, a życie nasze dobiegnie kresu. Ta perspektywa przeraża, a nie godząc się na nią jaźń tworzy konfabulacje religijne, mające na gruncie wiary stanowić odrzucenie tego paradoksu w postaci życia pośmiertnego, a więc kolejnego paradoksu, tym razem pozytywnego. Umieramy by żyć, głoszą religie, snując najróżniejsze wizje tego pośmiertnego życia.

3Nie chcę nikomu odbierać nadziei, a już samo to, że, jak napisałem powyżej, nie można odróżnić jawy od snu, daje niezłą podstawę dla wiary w niekonieczność kresu. Śmieszą mnie natomiast wywody w rodzaju: „Bez boskiej ingerencji chrześcijaństwo nie mogłoby się rozwinąć, gdyż niemożliwe jest by sekta złożona z kilku osób mogła zatryumfować nad światem.” Albo, w nieco innym tonie: „Tak naprawdę wszystko jest sprawiedliwe i widać w tym boską opatrzność, wystarczy tylko głębiej pomyśleć.” Autorzy tego rodzaju wywodów zdradzają szczególny lęk przed śmiercią, nie chcąc spojrzeć jej w oczy. Sukces chrześcijaństwa można całkiem skutecznie tłumaczyć wieloma czynnikami, zwłaszcza nieobecną już dziś pomiędzy nimi miłością braterską i gotowością niesienia wzajemnej pomocy, kiedyś powszechną i żarliwą, rodzącą z bycia chrześcijaninem poważne profity; jak w praktyce się okazało, większe od znoju prześladowań. Oczywiście także wizją zbawienia i raju, a więc tego o co przede wszystkim w tym chodzi i co może być nagrodą za każdą udrękę, która to nagroda była tryumfu wiary chrześcijańskiej największym sprzymierzeńcem. Z kolei wiara w boską opatrzność jeszcze bardziej intelektualnie od tego socjologicznego wywodzenia boskości jest wątła, bo czego jak czego, ale sprawiedliwości na tym świecie próżno szukać i prosiłbym nie czynić z siebie pośmiewiska poprzez stawianie znaku równości pomiędzy biedą a bogactwem, pięknem a brzydotą i zdrowiem a chorobą. Żyjemy na świecie totalnej niesprawiedliwości, opartej na wzajemnym pożeraniu, będącym nieustającym świętem paradoksu życia i śmierci; zabijania dla życia, którego symbolem winna być pożerająca paszcza i chciwe, drapieżne kończyny. Warto mieć świadomość na jakim żyje się świecie. Zresztą, może i nie warto, ale sam tę świadomość mimo wszystko wybieram.

Nie wiem czy dla kogokolwiek może to być pociechą, ale jeżeli tak bardzo jesteście przywiązani do swojej świadomości, zechciejcie też do świadomości tej przyjąć, że tak jak żyje w tej chwili na świecie co najmniej parę osób genetycznie z wami niemal identycznych, z którymi możecie wymieniać się organami, a także szereg osób morfologicznie bardzo podobnych, waszych sobowtórów, tak też egzystują, egzystowały i prawdopodobnie nie raz jeszcze będą egzystować jaźnie do waszych bardzo podobne, mające ten sam repertuar postaw, uczuć i zachowań. Mają one wprawdzie inny zasób pamięci i czym innym w swym życiu się zajmują, są jednak jakby wami w innych wcieleniach. To wy z innych miejsc i czasów. A sobowtórów prawie każdy ma sporo. Kiedy byłem mały, matka znalazła w jednej z gazet zdjęcie chłopca na londyńskiej ulicy, łudząco podobnego do mnie. Kiedy indziej będąc u fryzjera w jednym z krakowskich hoteli, zaczął on do mnie mówić tak jakby mnie znał, sugerując, że jestem Polakiem z Ameryki. Bardzo to było zabawne i nawet zwracał się do mnie per panie Albercie, dopóki nie wyprowadziłem go z błędu, na co zareagował zdumieniem i nawet przyjrzawszy mi się nie był przekonany o fałszywości swej identyfikacji, podejrzewając, że się wygłupiam. Nie poznałem nigdy pana Alberta i nie spotkałem tego londyńskiego chłopca, lecz są powody by przypuszczać, że żyje teraz na świecie kilku ludzi o jaźniach bardzo podobnych do mojej, tyle że uformowanych innymi doświadczeniami, innymi językami i innym bagażem wiedzy operujących. Coś jak bracia bliźniacy w jaźni. W tym sensie dalece bardziej jesteśmy nieśmiertelni, podróżując przez rzeczywistość w różnych czasach i miejscach jako prawie te same osoby.

Idąc na groby zabieramy ze sobą znicze i kwiaty, chcąc zadać poprzez nie kłam śmierci, co znów jest paradoksalne, bo ogień może nieść śmierć, chociaż wydaje się jakby był żywy, a ścinając kwiaty zabijamy, raz jeszcze pozwalając zatryumfować śmierci. Ci z nas, którzy są wierzący, pójdą na msze, gdzie świętowana będzie ofiara z życia Chrystusa, oznaczająca paradoksalnie odkupienie i życie wieczne, a ci którzy są chorzy, będą się modlić o zdrowie. Oto kolejny paradoks. Wierząc w boską opatrzność i życie wieczne, prosić będą o przedłużenie życia ziemskiego i znajdować dowód tej opatrzności w wyleczeniu z choroby, nie dostrzegając sprzeczności. Wszak kto prawdziwie wierzy, tak jak wierzyli pierwsi chrześcijanie, powinien raczej cieszyć się, że oto do Boga odchodzi i w bramy raju wstępuje. Tak wierzą dziś jednak jedynie islamscy fanatycy, gotowi w imię Allacha umierać na każde zawołanie.

1Na koniec refleksja kulturowa. Staliśmy się w ostatnich latach świadkami walki tradycji z tradycją. Tradycji własnej, ojczystej, słowiańskiej, zgodnie z którą zmarłych traktujemy z miłością, oddając cześć ich życiu i pochylając się nad nim z szacunkiem, w wierze, że jakoś żyją oni wciąż, nadal, choćby w pamięci bliskich i kamieni po których stąpali. To w tej tradycji idziemy na groby z kwiatami i zapalamy znicze, a Rosjanie chodzą na groby w Wielkanoc z jedzeniem, by ucztować wraz ze zmarłymi. Naprzeciw tego występuje lansowana przez kręgi antychrześcijańskie tradycja wywodząca się z obrządków celtyckich, tradycja wiary w wiedźmy, czary i złe duchy, które należy przywoływać lub odganiać. Tradycja ofiar z ludzi i zwierząt płonących na stosach przebłagalnych i dwuznacznego flirtowania ze złem. Tradycja tak naprawdę bardzo stara, starsza nawet niż pismo, spisana po raz pierwszy w mitologii babilońskiej, przerobiona teraz na przebierańców żądających łakoci i w wydrążone dynie-lampiony, imitujące duchy, ale kiedyś mająca postać wrzucania niemowląt w ogień. Nie chcę moralizować. Każdy widzi w tej walce własny interes. Antyklerykałowie okazję dla swego antyklerykalizmu, dążącego do zamieniania na każdym kroku sacrum w profanum, a tradycjonaliści kolejny dowód zeświecczenia, trywializacji i upadku wartości. Za wszystkim stoi też ekonomia, gotowa dorzucić do zniczy i kwiatów także dynie, przebrania i torby z cukierkami. Im wszak więcej świętujący kupują, tym interes kręci się bardziej. Osobiście ten taniec przebierańców na grobach całkiem do mnie nie trafia, przede wszystkim z tych przyczyn, że jest próbą zakrzyczenia i zatupania własnego lęku, a bodaj jedno święto w roku powinno być czymś więcej niż wydawaniem pieniędzy i karnawałem, a ponadto bardziej odpowiada mi traktowanie tych co odeszli jako wspomnień tego co wartościowe i jako jakiegoś dobra, nawet gdy się ono ułomnie za życia realizowało. Tych co się źle zapisali, niech otoczy raczej milczenie, a nie jazgot zabawowiczów udających odganianie złych duchów. Wolę, by w dniu tym – dniu święta paradoksu naszego istnienia – zło nie było zamieniane w groteskę, a dobro minione miało poczesne miejsce w naszej pamięci.

1 komentarz w “Paradoks

  1. manio napisał(a):

    „Idąc na groby zabieramy ze sobą znicze i kwiaty, chcąc zadać poprzez nie kłam śmierci, co znów jest paradoksalne, bo ogień może nieść śmierć, chociaż wydaje się jakby był żywy, ”
    Chrześcijanie widzą światło świecy jako światło paschału – tej wielkiej świecy, którą w Triduum Paschalne wnosi się do kościoła – jako Światło Zmartwychwstania – czego pragną dla swoich zmarłych i w co wierzą …
    .
    stąd znicze na grobach …
    .
    można oczywiście wejść w spiralę wyścigu zbrojeń, w ilość i wielkość zniczy ale to inny filozoficzny dylemat nie mający nic wspólnego ze Świętem Zmarłych tylko z przypadłością przynależną każdemu z nas, nieprawdaż?…
    .
    poza tym refleksja jak zwykle ciekawa…
    że też komuś się chce zastanawiać nad takimi dziwnymi sprawami jak tu kasiore trza trzepać, hipera zwiedzić i nakupić sie po pachy, coby niezwłocznie skonsumować i przy okazji przetrawić, mecza wchłonąć przy browcu itp. i to całe SEDNO tej egzystencji …
    .
    a że „pójdę boso”, BEZ NICZEGO z tak skrupulatnie gromadzonego przez całe życie „bogactwa” ??? …
    „Panie, a kto to ma czas nad takimi głupotami się zastanawiać” …

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy