Filozofia: Rzeź

f87b9cfd-2d72-46fc-aab9-4926eaef6f31-2060x1236   Dzieje ludzkości to pasmo rzezi, zdrad, oszustw, podstępów i grabieży. To oczywiście także dzieje miłości, wierności, szlachetności i męstwa. Jak również sprytu, wynalazczości, kooperacji, inteligencji i wielkich osiągnięć. Dzieje ducha dobrego i złego, agresywnego i powściągliwego, mądrego i głupiego, zwróconego ku pięknu i ku podłości.

Ani myślę to wszystko wyważać i próbować oceniać, choć niewątpliwie ścierają się tu przede wszystkim dwie zasadnicze strategie: ta według której wyzyskać należy bezwzględnie najdrobniejszą nawet sposobność, a oponentów niszczyć do zera; oraz ta, według której należy stawiać dobro gromady nad osobistym, a wrogów sobie zjednywać. Miesza się to różnorako, bo można na przykład cenić własną gromadę a wrogów chcieć unicestwiać, jak również dbać tylko o własny interes, ale realizować go poprzez doraźne alianse i mniej czy bardziej pozorowane sojusze. Wiele jest takich strategii mieszanych i bardzo dziwne nieraz podejścia; zupełnie skrajne i całkiem nie przychodzące na myśl. Od pełnej izolacji i ucieczki w totalną mizantropię, po wyżywanie się w życiu stadnym i zabieganie o każdą znajomość. Od natychmiastowej gotowości zabicia, po jego całkowitą niemożność. Od zachłannego gromadzenia, po lekceważące zaniechanie. Od chęci życia łapczywej, po całkowite życiem rozczarowanie. Od twórczego zapału, po całkowitą bierność. Od pragnienia wiedzy, po pełną ignorancję. Od religijnych i erotycznych szałów, po zupełną oziębłość.

Bayt al-Hikma (Bagdadzki Dom Mądrości)

Bayt al-Hikma (Bagdadzki Dom Mądrości)

Wszystko to się zaczęło od małej kooperacji zbieracko łowieckiej i podziału ról według płci jeszcze parę milionów lat temu u gatunków przedludzkich, a doznało niezwykłego wzmożenia najpierw dwieście, a potem jakieś siedemdziesiąt tysięcy lat wstecz. Bo choć tego nie uczą w szkołach, gatunek homo sapiens pojawił się prawdopodobnie skutkiem pojedynczej mutacji około dwieście tysięcy lat temu, tak nawiasem mutacji u samca, który by ją utrwalić musiał spłodzić potomstwo z własnymi córkami. Nie było wszakże tak, iż wraz z tą założycielską mutacją równocześnie pojawiła się mowa. Ślady  wskazują na to, że powstała dużo później, aż kilka tysięcy pokoleń. Równolegle przebiegał proces stopniowego rozwijania umiejętności koncentrowania i błyskawicznego wyzyskiwania w odpowiednim momencie energii – od prymitywnego pięściaka, poprzez dzidę o wypalonym końcu a później grocie krzemiennym albo kościanym, aż po atlatl, proce i łuki. Nauczono się także korzystać z energii spalania, pozwalającej grzać się, odstraszać zwierzęta, obrabiać żywność, a na końcu na wytop metali, a także zaprzęgać do swoich poczynań energię odzwierzęcą, zarówno tą psiego stada, jak i od bydła, koni czy nawet słoni. A warto też zauważyć, że język jest również formą oszczędzania energii, zastępującą nie wymagającą wysiłku gardłową artykulacją o wiele bardziej męczące bicie czy gestykulację. Na koniec wynaleziono pismo, zastępujące snucie każdemu odrębnych nauk i konieczność uczenia wszystkiego też energetycznie męczącą drogą pamięciową, a w efekcie pojawiło się to wszystko, co dziś nazywamy kulturą. Miała ona liczne wzloty i nie mniej liczne upadki, krocząc poprzez różnej skali konflikty i różne osiągnięcia, a w XIII wieku naszej ery doprowadziła do jednej z największych tragedii.

Piszę o tym, ponieważ to zapomniane. Nikt dziś nie wspomina daty 13 lutego 1258 roku, a szkoda, bo miał ten dzień dla ludzkiej cywilizacji znaczenie brzemienne i do dziś bardzo odczuwane.

Rzućmy rys historyczny. Europa to wówczas zbiór niezbyt potężnych królestw, ciągle bardzo dalekich od odzyskania potęgi upadłego osiemset lat wcześniej Cesarstwa Rzymskiego. Cesarstwa, dla którego cywilizacyjnym równoważnikiem było odległe geograficznie Cesarstwo Chińskie, teraz z kolei podbite przez hordy koczowników pod wodzą Czyngis-chana. Wielki Chan już nie żyje, pochowany we wspaniałym, do dziś nie odnalezionym grobowcu, którego tajemnicę ukrycia tysiące budowniczych przypłaciło życiem. Lecz Mongołowie rządzą podbitymi Chinami, a ich macki sięgają po Ruś, Azerbejdżan i Królestwo Chorezmu. Napierają od północnego wschodu zarówno na Europę, z której jednak po męczącej kampanii w Polsce i na Węgrzech chwilowo się wycofują, a przede wszystkim na kalifaty, które po upadku Rzymu zajęły jego miejsce na obszarze od Indii po Hiszpanię. Ta luźna konfederacja państw muzułmańskich ma kilka kulturowych centrów, lecz jedno z nich wybija się bardzo nad inne. To Bagdad, ogromna metropolia, licząca grubo ponad milion mieszkańców – główne centrum kultury, nauki, handlu i gromadzenia dóbr. To serce cywilizacji arabskiej, próbującej kontynuować dokonania starożytnych, mającej już pewne osiągnięcia. Tu bada się Arystotelesa i sprawdza jego koncepcje kosmologiczne, tu rozkwita matematyka, na czele ze sławną algebrą. Tutaj rozwija się prawo, poezja i literatura, tu stoi kilkaset meczetów i wiele ośrodków badawczych. I pod te mury Bagdadu dociera mongolska armia. Liczy jakieś dwieście tysięcy zarówno samych Mongołów, jak i chińskich wojsk inżynieryjnych oraz znakomitej armeńskiej jazdy. Wspierana przez gruzińską piechotę nie ma w polu równych sobie, toteż kalif Bagdadu nawet nie próbuje wyjść jej naprzeciw, tylko chowa się za murami. Kilka miesięcy trwa oblężenie, ale nikt nie przychodzi z odsieczą i kapitulacja jest nieuchronna. Na koniec 10 lutego pamiętnego roku 1258 kalif kapituluje i rusza prosić o łaskę. Podejmuje go chan Hulagu, któremu Wielki Chan Wszystkich Mongołów Mongke, wnuk Czyngis-chana, rozkazał zdobyć i zniszczyć Bagdad. Wita z ironiczną uprzejmością i zapewnia o dobrych zamiarach. Poleca ludności opuścić miasto, obiecując w zamian dobre traktowanie, toteż dnia następnego pierwsze grupy faktycznie z miasta wychodzą. Co dokładnie wówczas się stało, tego nie wiemy z całą pewnością, niemniej pewne jest, że wszyscy co wtedy wyszli zostali zamordowani. Zaraz potem, dnia 13 lutego, Mongołowie wkroczą przez nikogo nie zatrzymywani do świętego przybytku kultury mahometańskiej, by wyrżnąć pozostałych. Krew popłynęła ponoć aż po kolana, a stosy obciętych głów piętrzyły się w wielkie kopce. Ocaleli jedynie ci, których Wielki Chan uważał za swych poddanych, to znaczy nieliczni żydzi i chrześcijanie. Muzułmanów wycięto do nogi.

Tak więc 13 lutego 1258 roku to dzień największej w dziejach rzezi, w którym najwięcej ludzi zginęło z rąk innych w okrutnym, bezsensownym morderczym szale. Szacunki badaczy europejskich mówią o co najmniej milionie zabitych, a według źródeł arabskich zginęły dwa miliony. Od czasu wybuchu superwulkanu Toba na Sumatrze około 75 tysięcy lat temu nigdy aż tylu ludzi nie umarło w tak krótkim czasie gwałtowną śmiercią, a największe nawet historyczne bitwy czy bombardowania Drezna, Hirosimy bądź Tokio, jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, są wobec tego drobnostką.

Jedyny pomnik poświęcony pamięci obrońców Salaminy...

Jedyny pomnik poświęcony pamięci obrońców Salaminy…

Nikt prawie o tym nie pamięta i nikogo to nie obchodzi. Zagłada wielkiej cywilizacji pozostaje teraz bez echa. Bo Mongołowie nie ograniczyli się do samego mordu, ale zrabowali, zburzyli i spalili doszczętnie ogromne miasto, które nigdy nie odzyska dawnej świetności. Kiedy siedemset pięćdziesiąt lat później Bagdad zdobędą Amerykanie, będzie on już tylko stolicą lokalnego kacyka a nie największym centrum światowej kultury. Ale Bagdad się mści, a jego rana wciąż krwawi. Każda zbrodnia ma konsekwencje, a wielka zbrodnia ma wielkie. Zburzenie Bagdadu i wymordowanie jego mieszkańców wyrwało wielką dziurę na cywilizacyjnej mapie, cofając świat rozwojowo o mnogie dekady, a sam obszar rzezi degradując na długie, mroczne stulecia. Nie dziwmy się przeto, że dziś wyrosło w tym miejscu dzikie państwo islamskie z jego barbarzyńskimi obyczajami. Dla świata na pewno byłoby lepiej, gdyby to teraz zawitała tam niezwyciężona mongolska armia i zaprowadziła porządek. Ale los nie bywa aż tak łaskawy i częściej niszczy niźli buduje.

W dziejach świata było parę momentów o szczególnym znaczeniu. A jest czymś znamiennym, dziwacznym i szczególnie przewrotnym, że o tych właśnie momentach się nie pamięta. Nikt nie obchodzi rocznicy bitwy pod Salaminą i nie stoją na rynkach europejskich miast pomniki Temistoklesa, a to ten właśnie człowiek ocalił europejską kulturę i tak obecną teraz na ustach wszystkich demokrację. Podobnie zapomniano o opisanej przed chwilą rzezi Bagdadu i rzadko się też przypomina, że dwa lata później mongolskie parcie na zachód powstrzymali mamelucy, w kluczowej także dla dziejów bitwie pod Ajn Dżalut. Rzadko też prawią o tym, jak cofający się pod naporem Hunów Wizygoci, a więc było nie było wojenni uchodźcy, zaproszeni zostali na ziemie Rzymu, który później, w roku 410 n.e., tak splądrowali, że już się nie pozbierał. Nieco częściej przypominają o tym, jak tychże Hunów pokonał na Polach Katalaunijskich (451 n.e.) w sojuszu z Galami i Burgundami ostatni wielki wódz rzymski Flawiusz Aecjusz, sprawiając, że to nie Hunowie teraz w Europie mieszkają. Ale pewien naród przez inne, zwłaszcza podczas I i II światowej wojny, wyzywany od Hunów, z którymi Germanie faktycznie się sprzymierzali, najwyraźniej za tym zatęsknił i próbuje zaprowadzić nam Azję. Wprawdzie nie za pośrednictwem koczowniczych Mongołów, którzy na stepach Chin i Rosji pomału przez stulecia się rozpuścili i pozostała ich garstka, tylko pobitych przez nich Arabów, którym jakże teraz daleko do dawnej kultury Bagdadu, Damaszku i arabskiego niegdyś Toledo. Dziwnie historia się miesza i niezwykłe miewa zakręty, a na przestrzeni ostatniego stulecia najważniejsza wydaje się dążność sił zabiegających o zniszczenie wyrosłej z antyku i chrześcijaństwa kultury europejskiej.

Popatrzmy na to z perspektywy strategii ludzkich zachowań. Ukształtowana po rewolucji protestanckiej w wojnie trzydziestoletniej Europa to zlepek monarchii oświeconych, w których parlamenty coś już mają do powiedzenia, a w Anglii parlament nawet obetnie królowi głowę, ale to nie jest pełna demokracja. Ważny jest wszakże nie sam centralizm bądź decentralizm sprawowania władzy, tylko indywidualne podejście obywateli, a to stanowi niezwykłą mieszankę chrześcijaństwa z naturalną dzikością. Z jednej strony buzują popędy, a wyzwalani przez kapitalizm chłopi wędrują do handlowych i przemysłowych ośrodków miejskich, by znaleźć lepsze życie znajdując jeszcze gorsze, a z drugiej wszystko to ma pewien zetlały gorset chrześcijańskiego miłosierdzia i konieczności wzajemnej pomocy. Nie ma już wiary tak żarliwej jak u najstarszych chrześcijan, a jeśli nawet jest, to wypaczona, modląca się przede wszystkim o siebie, albo zamknięta w klasztorach. Bo coś się bardzo zmieniło, jako że w pierwotnym chrześcijaństwie indywidualizm był drogą, ale środkiem wspólnota. Szło o zbawienie własnej duszy, ale do tego sposobem było wyrzekanie się siebie na rzecz dobra wspólnego. Oddawanie majątku biednym, dzielenie się każdą kromką, gotowość do pełnej pomocy. Tego teraz już nie ma albo zostało w szczątkowej formie. Chrześcijański indywidualizm duchowy wpleciony w społecznictwo i charytatywność zastąpił biologiczny pęd do własnego uzysku, bardzo to pierwotne podejście marginalizując. Tak więc bliskie sobie chrześcijańskie wspólnoty znów zastąpiło, tak jak w starożytnym Rzymie, bezosobowe, abstrakcyjne państwo i jego abstrakcyjnie skomplikowane prawo. Ale to daje efekty. Bo wciąż w stosunkach międzyludzkich obowiązuje ład zaprowadzający dekalog, a technologiczny postęp, otwarcie nowych rynków i szlaków handlowych oraz rosnącego poziomu organizacja społeczna powodują, że ten zbiór udających prawdziwych chrześcijan indywidualnych ciułaczy się naprawdę bogaci. Bardzo nierówno, niesprawiedliwie, kosztem ogromnego wyzysku, ale bogaci się bardzo. Ta widoma nierówność bogactwa wywoła jednak, bo musi, społeczne napięcia. Co ciekawe, w warstwie politycznie najistotniejszej przede wszystkim takie zwrócone przeciw nie tyle samej nierówności podziału dóbr, co systemowi kastowemu. Zarówno rewolucja francuska, jak i późniejsza rosyjska, to przewroty wymierzone w arystokrację. Oparte na rabunku i mordzie, a nie pokojowej redystrybucji po zmianie politycznej.

W tym momencie dochodzi do głosu ta siła nowa, oparta na innej intencji i strategii. Nie na duchowym indywidualizmie chrześcijańskim, co to się społecznikostwa wyrzekł i je tylko udaje, ale wciąż zachowuje podmiotowy, indywidualny charakter; i nie na kapitalistycznym, wyewoluowanym z chrześcijaństwa indywidualizmie chciwego bogacenia, tylko na zmodyfikowanym porządku grupowym. Na wierze, że jednostka jest bez znaczenia, a jedyną wartością pozostaje grupa – konkretnie polityczna partia albo społeczna warstwa. Ten rzekomo grupowy porządek też jednak okazuje się pozoracją, tak jak pozorowana u chrześcijańskich kapitalistów jest charytatywność i miłosierdzie, choć trzeba uczciwie przyznać, że protestanckie elity w wielu wypadkach doktrynę skromności i miłosierdzia traktowały bardzo serio i żyły w osobistej wstrzemięźliwości. Co więcej, jest rzeczą godną upamiętnienia, iż sam zalążek rewolucji przemysłowej w Anglii zawdzięczamy ludziom tak religijnym i tak w swej bogobojności skromnym, że aż nie pozwalającym wypisywać swych imion na grobach. Ufnym, że Bóg i tak je spamięta.

„Rewolucja jak Saturn, pożera własne dzieci…” Georges Danton

Tym razem, w ramach lewicowego przełomu, degradacja następuje natychmiast i w rzeczywistości okazuje się być ów prospołeczny ruch wyzwoleńczy drogą do władzy autorytarnej, którą sprawował będzie najpierw Robespierre i Napoleon we Francji, a potem Lenin i Stalin w Rosji. Władzy i sposobu jej sprawowania, ku której ma teraz ciągoty współczesna Komisja Europejska, a także współczesne partie polityczne oraz inne centra wpływu oraz ośrodki decyzyjne, jak kręgi prawnicze, naukowe, medyczne czy finansowe. To styl „my wiemy lepiej”, analogiczny jak chciwość u degradujących się chrześcijan. Bo doktryna doktryną, a my przecież wiemy lepiej. My jesteśmy chytrzejsi i nie damy się wrobić w jakieś opowieści o wspólnym dobru, zbawieniu, demokracji, sprawiedliwości czy innych kocopałach – że forsą trzeba się dzielić i wszystkich bliźnich miłować, albo że demokracja jest lepsza, bardziej słuszna i dobra. Niech sobie ksiądz z ambony czyta te swoje zamierzchłe mądrości, a w konstytucji niech stoi, że władza należy do ludu i każdy obywatel jest taki sam wobec prawa, ale my wiemy swoje i na swoje wyjdziemy. Tutaj się pomodlimy – oficjalnie za wszystkich, a tak naprawdę tylko za siebie; a przede wszystkim pospiskujemy cichutko z Panem Bogiem, by wymodlić lepsze u niego dla siebie traktowanie, a równolegle na drugim podwórku będziemy gardłować jakimi jesteśmy demokratami i jak to nam na sprawiedliwości powszechnej zależy, a cichaczem i między sobą, pośród tych co na rzeczy się rozumieją i nie myślą być frajerami, dogadamy co trzeba i wykręcimy demokracji ręce tak, żeby nas słuchała. Są na to przecież sposoby, zwłaszcza w dzisiejszej erze medialnej. Kit odpowiedni się wstawi: naobiecuje, naprzyrzeka, także przy okazji zagrozi – że jak nie my, to rządzić będą szaleńcy, oszołomy, albo zgoła jacyś tyrani, a my jesteśmy ci jedyni, ci słuszni, najcacańsi – super i hiper uczciwi. I idzie potem taka na przykład madamé Clinton szparkim krokiem po władzę, co z buzi jej bije na milę, jak bardzo demokrację ma w de i jak bardzo rządzenie jej leży, iż diabłu by duszę sprzedała i niejednemu już nawet faktycznie, byle tylko do tego rządzenia się dorwać i sobie użyć. I jeśli nawet cokolwiek uczyni dla dobra wspólnego, to tylko z uwagi na reelekcję.

Wszystko to nie są miłe widoki ani zachęcające perspektywy, choć z drugiej strony darcie szat byłoby na pewno przesadą. Świat w żadnym momencie nie był idealny, a chwile jego szybkiego rozwoju wcale nie wiązały się z okresami szczególnych swobód i jakiejś wyjątkowej sprawiedliwości. Bardzo często były to czasy wojen, katastrof i jakby na przekór okresy szczególnego wyzysku, wymuszające swym ekstremizmem gwałtowne poszukiwania wydobycia się z sytuacji. Ogólnie mówiąc stany graniczne, jakieś krawędzie przełomu. Wydaje się, że po latach zastoju spowodowanego wygaśnięciem zimnej wojny między USA a ZSRR, wracamy w ostatnich dwóch latach na tego rodzaju krawędź, zarówno poprzez aneksję Krymu przez Rosję i jej otwarty konflikt z Ukrainą, jak i globalny terroryzm i wywołaną przezeń w konflikcie z Zachodem sytuację od Iraku po Gibraltar. To oczywiście nie znaczy, że z automatu winniśmy oczekiwać czegoś pozytywnego w rodzaju ożywczych trendów politycznych czy istotnych przemian technologicznych. Niemniej wobec tego czym Europa żyła przez ostatnie dekady, nadzieje niewątpliwie wzrastają.

Warto poruszyć kwestię, czym żyła. A żyła nie przede wszystkim rozszerzeniem Unii Europejskiej na wschód, chociaż tym także, tylko wprowadzeniem waluty Euro. Bo samo polityczne rozszerzenie było przede wszystkim formalne, jako że kraje nim objęte już wcześniej leżały głęboko w strefie wpływów gospodarczych i politycznych Europy Zachodniej. Szedł handel, wymiana ludzi, przejmowanie przez Zachód wschodnich aktywów i kapitału oraz przechwyt najwartościowszych specjalistów. Tak więc rok 2004 to nic szczególnego i jak zwykle trąby w ruch poszły przy żadnej okazji. Natomiast wprowadzenie europejskiej waluty w roku 2002 to niewątpliwie nowa jakość i bardzo ważny moment. To chwila gospodarczego podporządkowania i początku ostrego wyzysku biedniejszych członków grupy przez bogatszych. Ci zyskujący to Niemcy, Holendrzy, Irlandczycy, Luksemburczycy i Austriacy, których gospodarki się na tym wzbogacą, z grubsza neutralni to Francuzi, Finowie i Belgowie, a zdecydowanie tracący to Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie i Grecy. Wielka Brytania, Dania i Szwecja odmówią udziału w hucpie. Oczywiście oficjalna wykładnia jest całkiem inna i zyskiwać rzekomo mają wszyscy. Dużo, zdecydowanie, wyraźnie. Naturalnie to bajki i każdy cokolwiek łapiący z ekonomii musi być świadom, że to czyste szalbierstwo. Bo własna waluta to przecież najważniejsze narzędzie prowadzenia polityki gospodarczej. Na względnej słabości swych lirów, peso i drachm gospodarki Włoch, Hiszpanii i Grecji wygrywały konkurencyjnie, oferując tańsze wczasy, tańsze auta i tańsze usługi. Niemiecki Volkswagen musiał być droższy od Seata i Fiata, a wczasy na Majorce i nad Morzem Egejskim o wiele tańsze niż w tyrolskich kurortach. Ale to teraz się zmienia, różnice się wyrównują. Produkty niemieckie, holenderskie i austriackie relatywnie tanieją, a włoskie i hiszpańskie stają wyraźnie droższe. Na efekty nie trzeba długo czekać; gospodarki dotkniętych wyzyskiem wpadają w zadłużenie, a zyskujących kwitną. Oczywiście szczytem bezczelności jest teraz pouczanie wyzyskiwanych przez wyzyskiwaczy, że źle się zachowywali i dlatego zbiednieli. Że żyli rozrzutnie nad stan i to ich zgubiło. Bo wprawdzie faktycznie żyli, ale nie różniąc się pod tym względem od Niemców czy Luksemburczyków, a jedynie nie mając w zaistniałej sytuacji możności skorzystania z mechanizmu kursu walutowego. Gdyby Gracja mogła teraz przecenić swą drachmę, jej kłopoty by zaraz ustały. Ale właśnie nie może, toteż Niemcy spokojnie przejmują jej majątek za długi. Cichutko, bez rozgłosu i jak to oni – bezczelnie. Już na przykład wszystkie co większe greckie lotniska są ich własnością. To rzeź ekonomiczna. Nie krwawa i prawie bez strat w ludziach, ale jakże brzemienna. Wszystko to Niemców – największych beneficjentów – wyraźnie rozzuchwala. Bez skrępowania zaczynają dyktować warunki, a Unia Europejska coraz bardziej przypominać jakąś nie wyartykułowaną oficjalnie  IV Rzeszę. Ale Niemcy mają jeden genetyczny mankament, który ich nieodmiennie dopada. Kiedy prawie już wygrywają, zawsze strzelą głupotę. Chytra sztuczka z falą rzekomych uchodźców, opracowana prawdopodobnie doraźnie w Berlinie i Moskwie, a mająca przywrócić Rosję po ukraińskich sankcjach do światowego obiegu gospodarczego, powoduje kłopoty większe od zamierzonych. Bo miała to być tylko mała lub najwyżej średniej wielkości rozróba, której zażegnanie przy rosyjskim udziale w Syrii miało pokazać jaka jest Rosja niezbędna i jak ją koniecznie należy przywrócić do politycznego stołu. Tymczasem  sytuacja pozornie w każdej chwili do opanowania wymyka się spod kontroli i zamieniła w drakę dużą, z otarciem o konflikt rosyjsko-turecki. A jeszcze na dodatek Amerykanie w złośliwy sposób nękają Rosję spadającymi na łeb cenami ropy i gazu, chytrze korzystając z okazji, by poszerzyć swe wpływy i skontrować rosnący strumień petrodolarów wpływających nie na ich konta. To zarazem cicha, niewypowiedziana wojna amerykańsko-niemiecka, będąca rezultatem prób budowania nieformalnej IV Rzeszy w ramach gospodarczego podporządkowania Europy.

"Powtórka z rozrywki", jak to mówią...

„Powtórka z rozrywki”, jak to mówią…

Te moje tu rozważania można naturalnie doprecyzowywać, po części kontestować, wzbogacać o wiele wątków pobocznych, a także mieszać czynniki przypadkowe i psychologiczne, zawsze w polityce i gospodarce obecne. Ale główne wektory z grubsza są takie, a gówna nadzieja taka, że coś pozytywnego, zupełnie nieprzewidzianego, może się z tego wyłonić. Ale rzecz może także zakończyć się klęską i rzezią naprawdę potężnego formatu, bo czasem skromne początki miewają gigantyczne następstwa.

Tego nie można powiedzieć o pierwszej rzezi Bagdadu, jako że orda Mongołów z góry ją zakładała, chociaż może nie aż tak wielką. Bardziej im początkowo chodziło o wyeliminowanie potężnego militarnie Chorezmu, a dopiero gdy kalif nie zgodził się dobrowolnie na ich zwierzchność, jego też postanowili zniszczyć. Ale za to planowo, od razu wielką armią. Armią aż tak ogromną, że dwa lata zajęło jej przemieszczanie z Chin na tereny konfliktu. Tego samego nie da się powiedzieć o drugim zdobyciu Bagdadu, tym przez Amerykanów. To miała być szybka akcja wyeliminowania lokalnego kacyka, który ośmielił się zadrzeć z rodziną państwa Bushów. Takie coś przy okazji, na kanwie walki z Al-Kaidą, odpowiedzialną za masakrę z 11 września. A przy tej okazji jakże słodka iracka ropa, nad którą zdobyto by kontrolę, a więc akcja samofinansująca i jeszcze z potencjalnymi ogromnymi zyskami. Bagdad faktycznie zdobyto, ale to miasto jest najwyraźniej pechowe i jego zdobywanie miewa tragiczne następstwa. Mongołowie zniszczyli głównie zasoby ludzkie a wraz z nimi kulturę, a Amerykanie przede wszystkim stabilność polityczną. Jedni i drudzy na długą metę przegrali. Nic nie przyszło Mongołom ze zniszczenia Bagdadu i ich imperium niedługo potem upadło, a zamiast zniszczyć Al-Kaidę i zdobyć iracką ropę, Amerykanie wyhodowali państwo islamskie. I choć na koniec im posłużyło do chytrego flankowania gospodarczego Rosji, to jednak słaba to rekompensata w zamian za zaistniały ferment.

Skorupa świata drgnęła, tu i ówdzie pokazała się lawa. Coś z tego musi wyniknąć i raczej na samym dymie się nie skończy. Małe i średnie rzezie już są za nami, a wielka być może z przodu. Czwarta Rzesza się sypie zanim jeszcze nastała, czym nawiązuje do trzeciej. Unia Europejska pęka, a dominujące w niej lewicowe trendy ideowo-propagandowe tracą grunt pod nogami. Wizja pseudo demokratycznej tyranii unijnych komisarzy w oparciu o lewacką ideologię ruchów studenckich z 1968 i z niemieckiego nadania politycznego staje się coraz bledsza, a jej marionetkowi aktorzy coraz śmieszniejsi i bardziej obnażeni. Ale chwila jest przełomowa i nie wiadomo na który stok się sprawy świata przetoczą. Scenariusze można mnożyć do woli, chociaż ten z lewicową twarzą nowego ZSRR od zachodnich rubieży wydaje się już mało prawdopodobny. Wróćmy jednak na chwilę do niego.

Dla nas, zwłaszcza tych starszych, którzy żyliśmy w strefie rządzenia sowieckiego potwora, jego powrót, w dodatku dobrowolnie przyjęty, wydaje się jakimś szaleństwem. Ale ludzie z Europy Zachodniej, którzy tamtych smaków nie skosztowali, wcale nie są tacy przeciwni powszechnej rewindykacji komunizmu. Kiedy byłem w Oxfordzie, widziałem na uniwersyteckich murach pięcioramienne gwiazdy i lewicowe hasła. Podobnie we Włoszech i Francji. Oni wciąż tam wierzą w komunizm, nic ich z niego nie wyleczyło. Myślą, że ZSRR miał wprawdzie pewne wady, ale takie do naprawienia. Że idea była słuszna, a kapitalizm i religia to dwa straszne bezeceństwa, bez których świat rozkwita i staje się kwietną łąką. Że multi-kulti i internacjonalistyczny komsomoł. Że dzieci kwiaty wszystkich ras i narodów zjednoczą się w braterskim uścisku i kopulować będą do woli na elizejskich polach od Bieguna po Antarktydę. (Czego początki pokazywał i chwalił na przykład Fellini w swym Rzymie.) Wiara, że wszyscy są mądrzy i dobrzy, a jak nie są, to się ich odpowiednio wychowa i będą. Tych zaś co w to nie wierzą, trzeba wsadzać do więzień i odbierać im prawo głosu, bo tylko wówczas zapanuje powszechne szczęście i demokracja.

To wcale nie są kpiny, takich ludzi widziałem na własne oczy. Z takimi dyskutowałem. Autentycznie rozmawiałem z facetem, na dodatek będącym teraz profesorem filozofii, według którego literalnie wszyscy ludzie są dobrzy. Nie wiem czy dalej tak uważa, ale na pewno są liczni tacy, dla których to jest aksjomat. I tych właśnie należy wyzyskać. Ci, o których mówiłem wcześniej, ci co cwańsi i w ideologiczne bzdury lewaków zupełnie nie wierzący ale udający że wierzą, wyzyskają tych głupców jako narzędzie tyranii. Oczywiście pod płaszczykiem pozorowanej demokracji, takiej samej jak ta w ZSRR. Bo w sumie o to chodzi, by ludzi przerobić na paszę. By żyli w świecie iluzji swojej rzekomej wolności, tak naprawdę pracując na garstkę innych, podporządkowani ich woli. To w sensie ideowym jest naturalna postawa sobkowstwa tych co chcą rządzić, a w warstwie praktycznego zaprowadzania wyzysku przede wszystkim kwestia materialnego poziomu. Ten istniejący w ZSRR był zbyt niski, by stłumić wewnętrzny opór, dlatego terror musiał być jawny lub pół jawny, a praca niewolnicza zorganizowana w system gułagu jedynym środkiem przetrwania. Jeżeli jednak status podniesiony zostanie do tego z dzisiejszych Niemiec czy Szwecji, z dodatkowym oprzyrządowaniem w postaci globalnego wyzysku zwanego globalizacją, wystarczy sam sprytnie dozowany terror medialny i psychogrupowy. Taki zbiorowy szantaż na wszystkich płaszczyznach, działający jak ideologiczny gorset nie do przebicia. Nie podoba ci się władztwo banków i wielkich koncernów? Zauważyłeś, że wszyscy w koło tkwią po uszy w długach a Coca-Cola ma nieporównanie gorszy smak niż kiedyś? Że idący do wyborów obiecują to, czego potem nie robią, a nie obiecują tego, co robią? A kimże ty jesteś, żeby to podważać? Armia bankowych i korporacyjnych prawników w każdej chwili może ci udowodnić, że kredyty to jedyny sposób na postęp, a Coca-Cola jest teraz o wiele lepsza. I taką grzywnę ci wrzepią, że do końca życia więcej nie piśniesz. A gdybyś mimo to chciał protestować, to medialne koncerny mają całe armie płatnych szczekaczy, którzy zaraz cię zaszczekają. Tak – rzeczywiście – raz na kilka lat masz prawo zabrania głosu. Możesz wrzucić tą swoją głupią kartkę do wyborczego pudła, tyle że w większości krajów jest tak, że banki i korporacje mają nawiniętych wszystkich liczących się kandydatów i jest im prawie wszystko jedno kto wygra. A kiedy czasem, naprawdę nieczęsto, zdarza się, że nie wygra żaden z tych nawiniętych, to albo można tego nowego zaraz sobie nawinąć, albo wszczyna się przeciw niemu nagonkę. Podkłada świnie, wyje w mediach (wszak te od dawna są nasze), rzuca pod nogi ekonomiczne kłody. Ale czasami to nie pomaga, tak jak nie pomogło w przypadku Cháveza w Wenezueli. Wtedy cóż, trudno. Ameryka Łacińska ma swoje wariackie prawa i trzeba przez chwilę to znosić. Zresztą, taki trybun ludowy zwykle okazuje się mało sprawny, bo żyje z rozdawnictwa i chełpi się swoim zwycięstwem, zamiast porządnie i z pomysłem zabrać się do roboty. Tak więc w niedługim czasie można już kiwać głową z politowaniem i wykazywać niezbicie, ileż to szkód wyrządził i jak głupio zrobiono go wybierając. Bo on jest przecież taki malutki wobec światowego systemu bankowego i pozbawiony doradców (chyba że rządzi takim krajem jak Chiny, Indie czy Rosja), a ten światowy system bankowy nagrabił kapitału i technologii takie zasoby, że łatwo może pozorować swą dobroczynną, zbawczą obecność. Że przy okazji łupi? No, takie jego zbójeckie prawo. Wszak właściciele banków z czegoś przecież żyć muszą. A nie są to ludzie zwykli, byle czym się zadowalający. To szczerzy demokraci, ale tacy na poziomie od miliarda dolarów w górę, bo inaczej straszna dzieje się im krzywda. A przecież nie możemy dopuścić, żeby się działa. Oni ponoszą największą odpowiedzialność, dbać muszą o losy świata i – ma się rozumieć – coś w zamian mieć z tego muszą.

Rzeczywiście, jakby nie patrzyć, odpowiedzialność ponoszą… Z tym, że odpowiedzialność ponosić można od innych i do siebie. A rzadko zdarza się tak, by ci goście ponieśli odpowiedzialność z rąk innych w sensie osobistej za coś podłego. W jakże niemiłym sensie kary lub choćby infamii. Natomiast wypracowanie systemu osobistej odpowiedzialności do siebie w sensie ogromnych bonifikat pieniężnych wyszło im znakomicie. Zrobić innych w balona, to dla nich sens życia. Nie wierzycie? Ktoś temu nie chce dać wiary? To rzucę jednym przykładem.

Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów.

Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów.

Mieliśmy w Polsce ten upragniony przez lewaków komunizm. Kulawy, byle jaki, pokraczny, narzucony, ale taki przynajmniej, że narodowy majątek w postaci fabryk, dróg, teatrów czy kopalń pozostawał formalnie wspólną własnością. Komunizm potem upadł. Czego więc należałoby oczekiwać? Że oczywiście w dobie własności prywatnej majątek ten zostanie podzielony. A skoro ta własność prywatna mieć miała oparcie na demokracji, to jest też czymś oczywistym i nie podlegającym dyskusji, że ten majątek winien być podzielony równo. Że każdy obywatel dostanie równy udział, a jak to się zorganizuje praktycznie, to już tylko kwestia techniczna. To ja się teraz pytam, kto z was takie udziały otrzymał i ile one wyniosły? Bo jakoś sobie nie przypominam, bym sam dostał cokolwiek. A jednak prawie cała ta własność państwowa ma teraz prywatnych właścicieli, natomiast całe społeczeństwo ma z tego dokładnie frico. Jeżdżę dość często autostradą z Krakowa do Katowic, która została wybudowana za komunizmu a nie przez kapitał prywatny. I płacić muszę słono jej prywatnemu właścicielowi. To działa właśnie w ten sposób. Tak goli się frajerów, co zwą się społeczeństwem. I wierzą w demokrację, w sądy i w sprawiedliwość. Tak robi się ich w wała. Każe im się oddawać i jeszcze za to płacić. Ale spokojna głowa, jakby co, to przyjdzie od razu jakiś profesor, a nawet cała zgraja załganych ekonomów, i do upadłego będą gardłować, że tak stać się musiało i tak jest właśnie najlepiej. Że przecież trzeba było zainwestować, że ktoś musiał wyłożyć modernizacyjny kapitał, tak więc jeszcze zrobiono nam łaskę, że ktoś to w ogóle wziął. Oto rzeź zaplanowana, każdego dnia się stająca. Obdzierać ze skóry głupich, łupiąc ich do nagich kości. W gąszczu politycznego bagna to zawsze jest możliwe. A cała sztuka polega, by odpowiednio wyważyć proporcje. By ideologia pracowała dla nas, stwarzając pozorne konflikty i pozorne ich rozwiązania, a status społeczny łupionych pozostawał na tyle wysoki, by nie byli gotowi wszczynać otwartych buntów. I by wierzyli w postęp. Bo postęp to ich perspektywa. Niech sobie w niego wierzą. Cóż więcej im pozostaje?

4 komentarzy w “Filozofia: Rzeź

  1. Grzegorz Bilski pisze:

    Robią nas, jak chcą.
    Tak było, jest i będzie, niestety…
    Chciałoby się rzec: Komuno – wróć.
    Zresztą, mamy taki kapitalizm, na jaki zasłużyliśmy i tyle.

    1. manio pisze:

      „komuno wróć” ????????????

      z 1 megasyfu czyli komuny wyszliśmy i dlatego że nie umieliśmy zrobić czegoś nowego lepiej [ tu przyczyn można wymieniać dziesiątki ] – to mamy do tego gó.na wracać ???

      super recepta – to do roboty … zaczynamy od octu na półkach czy też totalny hardcore … i od pustych półek?

      jesteśmy narodem głupków i sprzedajnych świń – dlatego poszło „im” gładko i idzie nadal – bo są mocni – ale może jakiś cud nastąpi i otrzeźwienie się ziści ? …

      ale historia jest często nieprzewidywalna …
      więc wbrew wszystkiemu – nadzei nie traćmy … i działajmy … każdy na swoim małym poletku… [np. autor tekstu jest tu świetnym przykładem – jego tekst daje do myślenia i o to chodzi, a mógłby przecież coś napisać o celebrytach i pewnie czytalność by wzrosła …]

      najlepiej zaczynać od siebie – wbrew pozorom to trudniejsze niż zbawianie całego świata …;)

  2. gość44 pisze:

    „to jest też czymś oczywistym i nie podlegającym dyskusji, że ten majątek winien być podzielony równo”

    Dokładnie, a część przeznaczona na ZUS byśmy na emeryturze nie musieli delektować się mirabelkami. Ale jak wyżej „robią nas jak chcą”.

  3. Andrzej pisze:

    Zacytuję tu po części z modyfikacją „naszego” (po ujawnieniu już kilkanaście lat temu jego przeszłości to jaki właściwie jaki on nasz?) klasyka a zarazem politycznego trupa: Jestem za… a nawet nie przeciw.
    Ten opis rzeczywistości świata w zupełności oddaje moje odczucia i jak domniemywam, jest nas już dwóch, którzy tak myślą.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy