Audio Show 2012 Dzień Drugi

Jak wiadomo główny zasób wystawowy warszawskiego Audio Show skumulowany jest na siedmiu piętrach hotelu Radisson Blu Sobieski, koło którego nawet gdy nie ma w nim żadnego show przejść obojętnie nie sposób. Zdobi go bowiem, choć słowo „zdobi” wydaje się w tym wypadku bardzo naciągane, elewacja, dla której inspiracją musiał być poimpezowy ambaras, zwany potocznie pawiem, godny zdaniem autora upamiętnienia aż w postaci wielkiego malowidła elewacyjnego. Dobra, dajmy spokój tym architektonicznym złośliwościom i wejdźmy do środka.

Już na parterze, okolone tłumami zwiedzających, witały nas cztery systemy zapowiadające duże emocje. Przepatrzmy je po kolei.

Pierwszy po lewej złożony był z elektroniki Mark Levinson napędzającej głośniki JBL Everest. Bez owijania w bawełnę pan prezenter już na wstępie oznajmił, że całość wyceniona jest w zależności od sposobu wykończenia głośników na 600 do 660 tysięcy złotych,  wyjaśniając przy okazji, w odpowiedzi na pytania, iż ten a nie inny zestaw napędzający JBL’e jest wynikiem współnależenia firm JBL i Mark Levinson do koncernu Harman Kardon. Dodał również, iż system jest w bardzo niewielkim stopniu podatny na wpływy okablowania, w związku z czym na nim możemy znacznie zaoszczędzić, natomiast głównym jego atutem są najlepsze w całej przeszło sześćdziesięcioletniej historii firmy JBL głośniki Everest, przenoszące pasmo 45-50 000 Hz i wymagające przy swej 96 decybelowej skuteczności wzmacniacza o mocy około 500 W. Wymogowi temu monobloki Mark Levinson №53 ze swoimi 500 watami przy ośmiu Ohmach dokładnie sprostały (jak to się w życiu nieraz korzystnie składa), przy czym ich mocą zarządzał przedwzmacniacz № 326S, czerpiący sygnał od odtwarzacza CD Mark Levinson № 512.

Co się z tego dobyło? W pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z dźwiękiem kinowym. Potężny huk przetaczał się przez bardzo prowizorycznie przystosowaną akustycznie salę, przytłaczając swoim rozmiarem. W przerwie między prezentacjami poprosiłem o ściszenie, na co pan prowadzący natychmiast się zgodził, dzięki czemu mogłem odbyć drugą turę odsłuchową w znacznie bardziej normalnych warunkach, przynajmniej jak na moje o normalności wyobrażenia. Dźwięk natychmiast stał się przyjemniejszy, bardziej uporządkowany i ciekawy. Bardzo dźwięczny fortepian, wyrazisty kontrabas, świetnie wyartykułowane wokale. Towarzysząca mi córka znalazła perkusję trochę zbyt ostrą, ale sam nie odniosłem takiego wrażenia. Właśnie perkusja wydała mi się wyjątkowo realistyczna i trójwymiarowa. Podobnie trąbka i saksofon. Przy wcześniejszym, głośniejszym graniu scena była zlana, przy cichszym okazała się dobrze uporządkowana i koherentna. Prezentacja była całościowo spokojna, spektakularna i z bardzo dużym dźwiękiem. Przy odpowiedniej adaptacji akustycznej i siedząc w najlepszym miejscu byłoby zapewne niesamowicie, ale i tak było świetnie. Ten dźwięk bez wątpienia warty jest głębszych analiz i badań.

Na prawo od Levinsona z JBL’ami rozlokowała się w dwóch salach firma Audio System, dystrybutor wielu znakomitych marek.

W sali pierwszej grały natychmiast rozpoznawalne „cebulki” MBL’a 101E Mk2, ale nie z własną elektroniką, tylko ze sławnymi amerykańskimi monoblokami Spectral DMA-360 V2, zarządzanymi przez dedykowany im przedwzmacniacz Spectral DMC-30SS. Sygnał temu międzynarodowemu towarzystwu podawał Universal Media Transport,też amerykańskiej firmy MSB, wspierany przez stanowiący jego firmowe uzupełnienie Signature DAC IV MSB. W ulepszony prąd system był zaopatrywany przez najnowszy kondycjoner firmy PS Audio – PerfectWave Power Plant 10, za pośrednictwem kabli sieciowych Tara Cobalt. Okablowanie głośnikowe stanowił van den Hul The Cumulus 3T Hybrid, interkonektem przy CD był MIT MAX XLR, a przy DAC’u van den Hul The Platinum Hybrid.

Ufff! Ale się tego nazbierało. Czy było warto?

System pokazał dużą dynamikę, całkowite oderwanie dźwięku od kolumn i bardzo homogeniczną scenę. Zakres sopranowy był niezwykle satysfakcjonujący, a zarazem bardzo silnie skorelowany z resztą pasma. Nadzwyczaj realistyczna okazała się perkusja, która wydała mi się najlepiej oddaną spośród wszystkich dotąd i później słuchanych. Trójwymiarowa, z naturalną dynamiką i wybrzmieniami. Wokale były „wilgotne”, ale odrobinę wydudnione i nieco mniej wyraziste aniżeli na moich AKG K1000. Trzeba tu nadmienić, że prezentacji towarzyszyły liczne ustroje akustyczne, ale kształt sali był daleki od optymalnego i jak na te trudne warunki system spisał się naprawdę świetnie.

W sali obok Audio System ulokował aż dwa systemy, oba niewątpliwie godne uwagi.

W pierwszym brylowały świeżego chowu głośniki Avalon Isis, głośna na cały audiofilski świat nowość znanego amerykańskiego producenta, którą usiłował zadowolić sygnałem ten sam  Universal Media Transport i Signature DAC IV od MSB, ale za pośrednictwem stereofonicznej końcówki mocy Constellation Audio Centaur (2 x 250 W/8Ω) i dedykowanego jej przedwzmacniacza Virgo. Okablowanie było to samo co w sali sąsiedniej.

Dźwięk okazał się jednak rozczarowujący. – Dęciaki zbyt mało przestrzenne, a fortepianowi zabrakło wykończającej góry pasma. Najlepsza okazała się perkusja, ale słabsza niż na głośnikach MBL’a. Po chwili wsłuchiwania się doszedłem do wniosku, że puszczona płyta to sampler dla idiotów, sztucznie nagraniowo egzaltowany, co może się przysłużyć słabszym systemom, ale w przypadku tych o bardzo wysokiej jakości wypada karykaturalnie. Na dłuższe badanie zabrakło niestety czasu, ponieważ zarządzona została przez wystawcę przesiadka na stojący obok system napędzający również bardzo znane i wielokrotnie owacyjnie wręcz komplementowane głośniki Harbeth 40.1.

Im z kolei za napęd posłużyła najniższa katalogowo, ale bynajmniej nie tania, elektronika MBL’a, w postaci wzmacniacza zintegrowanego C51 (32 600 zł) i odtwarzacza C31 (27 300 zł).

Odsłuch rozpoczął się od wpadki, bo odtwarzacz nie był w stanie odtworzyć płyty, każdorazowo w innych pokojach bez żadnych problemów odczytywanej. Poradził sobie z kolejną i wówczas okazało się, że dźwięk jest barwny, nasycony i sympatyczny, ale zbyt miękko nakreślony; ze zbytnio złagodzonymi sopranami i gładkością gubiącą w sobie należną prawdziwej muzyce chropowatość tekstury. Po sali przeszedł szmer, że w poprzednim roku te kolumny znacznie lepiej zagrały i szkoda, że nie zostały sparowane ze wzmacniaczem lampowym. Nie wiem jak to tam kiedyś grało, ale tym razem prezentacja nie była jak na moje oczekiwania błyskotliwa, toteż podążyłem ku innym atrakcjom. Dodać tylko wypada, iż dwa systemy ulokowane obok siebie w jednym bardzo szerokim pomieszczeniu, to na pewno nie jest dobry pomysł w sensie warunków akustycznych, co z pewnością bardzo negatywnie odbiło się na prezentacji Avalonów i Harbethów.

Kolejną atrakcją był salon firmy TRIMEX, która także ulokowała w jednej sali dwa systemy, ale na zupełnie innej zasadzie. Miast stawiać je obok siebie w zupełnie do słuchania się nie nadającej bardzo szerokiej sali, ustawiła je powszechnie przyjętym zwyczajem „dwa w jednym”, lokując większe głośniki dystrybuowanego przez siebie Focala po zewnętrznej stronie mniejszych.

Akurat gdy wchodziłem grały te mniejsze, to jest Focal Electra 1028 Be, napędzane stosunkowo niedrogą elektroniką marki NAD, w postaci wzmacniacza M3 (17 000 zł) i odtwarzacza M50 (10 400 zł) z zewnętrznym M51 Direct Digital DAC (7 000 zł). Naprawdę kapitalnie to grało. Precyzyjnie, wyraziście, z ładnymi sopranami i całkowitym oderwaniem dźwięku od kolumn. Scena była dosyć rozległa, a bas nisko schodzący. W miejsce wszechobecnego niemal gdzie indziej dźwięku smarowanego masłem, tu mieliśmy do czynienia z należytą chropowatość tekstur i na dokładkę głęboką, wyrazistą wokalizą. Całość przypominała sposób grania własnych AKG K1000, co mi bardzo odpowiadało. Na szczególną pochwałę zasługuje jakość niespecjalnie drogiego cyfrowego źródła, podającego sygnał znacznie lepiej od wielu dużo droższych konkurentów. Naprawdę, mile mnie ten NAD zaskoczył.

To jednak dopiero początek atrakcji. Firma TRIMEX podeszła bowiem do swej prezentacji na Audio Show rzeczywiście poważnie, a już zwłaszcza w odniesieniu do droższych głośników Focala – Maestro Utopia. Napędzał je wzmacniacz Lynkdorf Millennium Mk IV (57 000 zł), a źródłem – rzecz wyjątkowa – okazała się żywa muzyka dobywająca się ze strun głosowych i spod palców Władysława Komendarka, posiłkującego się mikrofonem i klawiszowym elektronicznym instrumentarium Rolanda i Norda.

W moim odczuciu był to najlepszy dźwięk wystawy – wszechobecny, wszystko sobą ogarniający, nie pozostawiający miejsca na jakąkolwiek krytykę. Z pewnością pomogły mu prawidłowe proporcje sali oraz fakt, że cała była otulona pluszowymi kotarami.

Opodal Trimeksu ulokowany został salon doskonale mi znanych, przesympatycznych kolegów z Chillout Studio, ale to co tam mieli, będę miał u siebie, więc nie było sensu się przysłuchiwać mając nad sobą sześć pięter do zwiedzania.

 

 

 

 

 

Stamtąd trafiłem do sali z systemem Reimyo, skąd dość szybko wyszedłem, bardzo rozczarowany. Ta marka to wielka auiofilska sława, na pewno  potrafiąca grać fantastycznym dźwiękiem. Ale nie tym razem, nie przy mnie… Dlaczego? Nie wiem. Może to ja się na chwilę popsułem? Nie było czasu na analizę, zbyt wiele innych miejsc pozostawało do odwiedzenia.

Potem zrobiło się na szczęście znacznie lepiej. Wszedłem do sali firmy Audio Center z głośnikami Monitor Audio PL200 (25 000 zł), którym towarzyszyła elektronika Cambridge Audio w postaci odtwarzacza 851C i wzmacniacza 851A oraz przetwornik Arcam FJM D33 DAC. Kondycjonerem i kablami wspierał to Chord.

Dźwięk okazał się wyrazisty i taki jak lubię; z chropowatością tekstur, dużą dynamiką, mocno zarysowaną górą, sporą ilością powietrza i głębokim wejściem w nagranie. Sumarycznie rzecz biorąc – dobrze i niedrogo.

 

Następnie zaliczyłem salę firmy Q21, w której uraczyłem się głównie własnymi płytami na smakowitym kąsku, jakim były elektrostatyczne kolumny Martin Logan Theos (19 000 zł), napędzane niemiecką elektroniką firmy B.M.C. – wzmacniaczem B.M.C. AMP C1 i dzielonym odtwarzaczem złożonym z napędu B.M.C. BD1 i przetwornika z wbudowanym przedwzmacniaczem B.M.C. DAC 1 Pre HR. Same kolumny podpięte były kablami van den Hul The Cloud 3T Hybrid, a za interkonekty służyły kable Cardas Quadlink.

W niewielkiej salce, bardzo porządnie zaadoptowanej akustycznie, obdarowany zostałem prezentacją na bardzo dobrym poziomie; z pięknie brzmiącymi strunami harfy i doskonałą wokalizą z zawsze wywierającej duże wrażenie „Main ganche”. Jedynie flet był ciut za ostry, ale tej ostrości zupełnie nie było przy puszczanych przez gospodarza płytach analogowych z gramofonu Rega P9. Dowodzi to, podobnie jak przypadek prezentacji u Eter Audio/Nautilus, że zestawienie w jednym systemie gramofonu i źródła cyfrowego jest zadaniem z pewnością niełatwym, być może nawet niemożliwym do realizacji w wymiarze całkowicie dźwiękowo satysfakcjonującym.

Stamtąd poszedłem do JAG i stając w progu pomyślałem, że tu nic wielkiego mi się nie przydarzy, ale nie wypadało już się cofać. Bardzo się pomyliłem. W pokoju przyrządzonym przez znanych konstruktorów wzmacniaczy lampowych – Dariusza Gryglewskiego i Krzysztofa Jasińskiego – czekała mnie duża niespodzianka. Dość niepozorny, ale ładnie prezentujący się wzmacniacz JAG 300B single ended w klasie A, zgodnie ze swą nazwą zaopatrzony był w triody 300B (którymi na użytek wystawy były znakomite Psvane 300B-T) i w luksusowej tej wersji wyceniony był na 9300 zł (ze zwykłymi 300B – 7500 zł). Był on zasilany przez napęd CD Jadis JD2, podający sygnał przetwornikowi JAG 24bit DAC. Wespół w zespół napędzało to firmowe monitory JAG – PM (6 500 zł, zaledwie!).

 

I to jak napędzało! Efekt tego napędzania wprawił mnie w osłupienie. Dźwięk był spokojny, o lampowym charakterze i ze znakomitą wokalizą. Największe wrażenie robiła jednak przestrzenność, z nareszcie wszechobecną głębią sceny, a także całościowa elegancja brzmienia. To był głęboki haust cudownie przejrzystego i przyjemnie ciepłego powietrza, którym trudno się było nie napawać. Wszystko czego słuchałem sprawiło mi wielką radość i aż żal było stamtąd wychodzić. Rewelacja! – zapisałem sobie w notesie – i podkreśliłem.

To trzeci, obok monitorków Waszczyszyna i monitorów Sveda Audio zestaw za niewielką kwotę z fantastycznym brzmieniem. Dla wszystkich trzech moja silna rekomendacja.

Z JAG trafiłem ponownie w objęcia Audio Systemu, który na piętrze prezentował głośniki Audio Physic Classic 20 (9 900 zł), napędzane elektroniką Burmestera, a konkretnie odtwarzaczem 061 (34 500 zł) i wzmacniaczem zintegrowanym 082 (39 000 zł).

To zestawienie również zagrało porywająco i wielce wychodziłem stamtąd uradowany. Świetny, głęboki, wciągający dźwięk, z doskonałym akcentem przestrzennym i mocną, a jednocześnie pozbawioną agresji całościową prezencją. Głośniki Audio Physic dowodnie potwierdziły słuszność znakomitych o sobie opinii, a elektronika Burmestera nie pozostała w tyle.

W kolejnym pokoju panoszącego się najwyraźniej na Audio Show Audio Systemu grały z kolei głośniki Duevel Bella Luna diamante (35 000 zł), sparowane ze sławnym wzmacniaczem Cary 300B SEI (19 500 zł) i zasilane sygnałem przez Cary Audio CD-306 SACD (28 000 zł).

To według mnie nie zabrzmiało już tak dobrze jak system poprzedni, w każdym razie jak dla mnie nieco zbyt ostro, ale wyraziście i z dobrą przestrzennością. Trochę zabrakło mi magii, ale może trafiłem akurat na słabsze nagrania.

Audiofilskie szczęście nie opuściło mnie w kolejnym pokoju, w którym prezentowały się głośniki Bodnar Audio Sunglass (35 000 zł). Te szeroko już znane szerokopasmowce z Katowic zasilane były muzyką zapisaną w komputerowych plikach, które na audiofilski użytek przysposabiał M2Tech Voughan DAC/Preamp 32/384 oraz wzmacniacz CTI – Calyx The Integrated, pospołu z okablowaniem i kondycją prądową Entreqa, dostarczonymi przez firmę GFmod z Częstochowy. Dźwięk był żywy, intrygujący, ogarniający i wsysający słuchacza. Miał kulturę, głębię, dynamikę i ujmującą gibkość. Słuchanie sprawiało wielką satysfakcję.

 

Potem zawadziłem o pokój Harpii z Abbyssem, ale jak już mówiłem przy okazji salonu Chillout Studio, gdzie Abbyss też był prezentowany, system ten mam mieć u siebie, toteż nie było sensu wsłuchiwać się, a potem pisać zdawkowej relacji w oparciu o przelotną impresję.

W pokoju warszawskiego Audio Forte grała z kolei elektronika Pliniusa pospołu z głośnikami Sonus Faber Cremona M (36 000 zł). Dosyć średnio mi się to podobało. Dźwięk był wyrazisty, na pograniczu ostrości, a bas zbyt dudniący; lecz na tym tle, o dziwo, wokal ciekawy i spokojny. Nie zagłębiałem się w odsłuchy, bo czas naglił, a jeszcze wiele pozostawało do zaliczenia.

Oczywiście nie będę o wszystkim pisał. Z niektórych pokoi trzeba się było salwować ucieczką, niektóre okazały się być zamknięte, a jeszcze inne opuszczone przez gospodarzy i muzykę stały puste i milczące. Kilka jednak zasługuje na szersze omówienie.

Jednym z tych właśnie była sala firmy Amare Musica, miejsce pokazu jej lampowego przedwzmacniacza De Forest, opartego na triodach 30A od Emission Labs, wysterowującego końcówki mocy Trinity, generujące wzmocnienie w oparciu o lampy 300B tej samej firmy. Sygnał dla tej lampowej magii czerpany był z odtwarzacza MBL 1531 i po wielostopniowym lampowym uszlachetnieniu podawany prototypowym głośnikom trójdrożnym CLOCKWORK, skonstruowanym specjalnie dla tego lampowego czaru.

Zestaw nie był tani, jako że para monobloków wyceniona jest na 40 000 zł plus VAT, a przedwzmacniacz na połowę tej ceny. Kolumny to z kolei około 25 000 zł (już z VAT-em), przy czym z ich nabyciem może być kłopot, ponieważ to prototyp. Jednakże grało to fantastycznie i w najlepszym lampowym rozumieniu lampowej magii. Dźwięk był łagodny, bardzo przestrzenny, z wyjątkowo głęboką i dość szeroką sceną. Świetne okazało się przy tym oddanie atmosfery muzycznego spektaklu, a soprany były wręcz spektakularne.

Specjalnie dla mnie puszczono płytę XRCD ze sławnym berlińskim koncertem Pepe Romero i przyznać muszę, że wypadła wyśmienicie, łącząc kulturę i bogactwo przekazu ze zjawiskową dynamiką i energią. Struny gitary grały miękko i głęboko, a uderzenia stepujących tancerzy miały siłę grzmotu i moc wzbijającą kurz z desek sceny.

Całościowo był to płynny dźwięk, potrafiący sprostać wszystkim wymogom świetnego brzmienia, z towarzyszącą temu piękną oprawą estetyczną wszystkich urządzeń. Szczere gratulacje.

Kolejnym ciekawym miejscem był pokój zagospodarowany przez kolegów DIY-towców z forum audiostereo. Liczna ta, energiczna i nie pozbawiona silnych tarć wewnętrznych grupa zapaleńców wyprodukowała na użytek odsłuchujących ich siedzibę wizytatorów bardzo udany zestaw za bardzo umiarkowane pieniądze. Trzeba przy tym nadmienić, że nie dane mi było posłuchać wcześniej grającego tam wzmacniacza lampowego o bardzo okazałym i niezwykłym wyglądzie, który odmówił niestety posłuszeństwa skutkiem jakiejś błahej usterki, a grał ponoć pierwszorzędnie. Pierwszorzędnie grał na szczęścia także dzielnie trzymający do końca formę dzielony wzmacniacz BIART, autorstwa PeteraK, zasilany przez wyposażony w znakomity philipsowski czytnik Pro2 transport płyt CD autorstwa Rica, który podawał sygnał lampowemu przetwornikowi cyfrowo-analogowemu autorstwa kolegów Le_4 oraz Muzg. Głośników temu towarzystwu użyczył kolega Jarokar, a kable „były wzięte z ulicy”, ponieważ ich dostawca podobno się obraził i trzeba było w pośpiechu łapać co popadnie. Na pierwszym planie pysznił się też piękny gramofon Andrzeja Analogowego, ale niestety nie dane mi było go usłyszeć.

Odnośnie dźwięku.

System wolał analogowo brzmiące płyty, ale z każdymi grał bardzo dobrze. Wokaliza była wyrazista, dzwoneczki bardzo misterne, a fortepian dźwięczny, co na tym Audio Show nie zdarzało się fortepianom zbyt często. Perkusję cechowała dobra przestrzenności i należycie dynamiczny atak, a dźwięk ogólnie rzecz biorąc był szybki, nasycony barwą i pozbawiony zniekształceń nawet w trudnych momentach muzycznych. Do tego ładnie komponował się w całość sceniczną, na której pojawiający się wykonawcy okazali się obdarzeni życiem i emocjami. Akcent położony był z lekka na sferę sopranową, której kultura była jednak dostatecznie wysoka, by nie stanowiło to żadnego problemu. Największe wrażenie robiło całkowite oderwanie dźwięku od kolumn i piękna głębia sceny.

Za wszystko to należą się szczere gratulacje, które niniejszym składam wszystkim, którzy do tego dźwiękowego i organizacyjnego sukcesu się przyczynili.

Ostatnim miejscem które odwiedziłem, i które mam szczerą ochotę i sprzyjającą sposobność opisać, był salon z zapowiadaną od dawna największą – w każdym razie na pewno w sensie ekonomicznym – atrakcją wystawy, jaką był system sławnego, japońskiego Kondo – Audio Note, zaprezentowany przez warszawski Szemis Audio Konsulting. Zgodnie z klasyczną systematyką jakościową jego domniemana najwyższa jakość została ulokowana na najwyższym piętrze wystawy i stamtąd, z góry, dumnie popatrywała na pozostałych, odgradzając się od nich nie tylko sufitem, ale na dokładkę także papierem toaletowym, co może być rozumiane w różny sposób, ale nie będę w to wnikał.

Zacznę nietypowo, bo od wyglądu, a wygląd ten został osadzony na estetycznej kategorii kontrastu. Elegancka powierzchowności i łagodność brzmienia samego systemu, została bowiem skontrastowana z jaskrawym oświetleniem, nawiązującym do „srebrzystego światła księżyca”, będącego japońską nazwą wystawianego w ramach systemu wzmacniacza, i opatrzona krzykliwą wizytówką „SEX”, mającą zapewne dynamizować akcję i wywoływać u słuchaczy podprogowe emocje. Dodatkowy kontrast stanowiły wspomniane rolki papieru toaletowego, na których ustawiono Kondo KSL-DAC. Dodać trzeba, iż papier ten był nie byle jaki, dokładnie nawiązując wyglądem do tego stanowiącego w czasach komunistycznego niedostatku dóbr wszelakich przedmiot gorliwego społecznego pożądania. (Do pożądania czego można ludzi przywieść totalitarną ideologią, jest  odrębnym tematem.) Nie wiem czy papier ów pochodził z zasobów muzealnych, czy też jeszcze gdzieś taki produkują, lecz tak czy inaczej zalatywał minioną żądzą i aktualnym kontrastem, co jak na papier toaletowy jest i tak wyjątkowo przyjazną formą zalatywania.

Zajmijmy się systemem. Pod tym względem prezentacja też była nietypowa, ponieważ oryginalne japońskie głośniki już na terenie Japonii uległy w transporcie uszkodzeniu, w związku z czym nie dotarły. W tej nieprzyjemnej sytuacji musiały zostać zastąpione czymś innym i wybór padł na Snell Acoustic Type A, kolumny głośnikowe pochodzące z prywatnej kolekcji właściciela Szemis Audio i przez niego na własny użytek udoskonalone. Dodajmy, że stanowią one kawałek audiofilizmu z gatunku vintage, jako że były oferowane przez firmę Snell w latach 80-tych. W tym miejscu kończy się jednak wszystko co nie jest japońskie i nie jest marki Kondo. Cała reszta pochodziła już od tego producenta. Nie kończą się jednak w niezwykłości, ponieważ niezależnie od faktu, że sama marka Kondo jest wystarczająco niezwykła, dodatkową niezwykłością na tamtej usadowioną był wzmacniacz nie pochodzący z normalnej oferty. Po śmierci swego założyciela – Hiroyasu Kondo – osierocona przez niego firma postanowiła uczcić jego pamięć specjalną edycją dziesięciu najznamienitszych wzmacniaczy Gakuon w udoskonalonej ich wersji, ochrzczonej imieniem Shinden. Nie dość, że słowo „ochrzczony” w przypadku japońskiego wyrobu nie pasuje, to jeszcze nie wiadomo, na czym owe ulepszenia polegają, ponieważ nie zostało to ujawnione. Wiadomo jedynie, że w miejsce normalnych pięćdziesięciu pięciu watów mocy, mamy do czynienia z sześćdziesięcioma czterema, co każe domniemywać, iż zmieniono lub przerobiono transformatory. Resztę spowija mrok tajemnicy. Pozostała część toru była już normalna, choć i to słowo do tego systemu nie pasuje, ponieważ wyroby marki  Kondo w żadnym sensie normalnymi nie są. Napiszmy zatem, że było to normalne Kondo. W skład tego normalnego Kondo wszedł wspomniany KSL-DAC i przede wszystkim imponujący gramofon Ginga, z ramieniem Omega i wkładką gramofonową IO. Pomiędzy niezwykłym wzmacniaczem a imponującym gramofonem miejsce zajął najwyższy w ofercie Kondo przedwzmacniacz M1000 – bo inaczej przecież nie wypadało. Całość, łącznie z głośnikami, została okablowana srebrnymi kablami Kondo i prezentowała się wytwornie oraz, nie da się ukryć, deprymująco.

Przejdźmy do brzmienia.

Zagrało to miękko, przestrzennie i na szerokiej scenie. Z lekkim ociepleniem i na pierwszej słuchanej płycie z pewnymi niedostatkami na górze i dole pasma. Druga płyta już tego na szczęście nie potwierdziła. Soprany okazały się dobrze wyrażone i przestrzenne. Wyjątkowo zaprezentował się kontrabas, całkowicie wyzwolony od zlewania się dźwięków. Po nim zawitał spokojny, bardzo elegancki fortepian, a na kolejnej płycie Jessye Norman śpiewając pieśni Schuberta udowodniła, że partie wokalne są dla tego systemu polem do wyjątkowego popisu jakościowego.

Przysłuchując się kolejnym płytom utwierdzałem w sobie przekonanie, że system nieustannie balansuje pomiędzy naturalnością a magią, przy czym potrafi robić rzeczy innym aparaturom audio niedostępne. Płyta Monteverdiego ukazała bowiem zrazu piękne, spokojne, lampowe muzykowanie, w którym po chwili okazała się być zanurzona dojmująco dramatyczna i przeszywająca wokaliza. Tym samym ujawniła się zupełnie niespotykana gdzie indziej umiejętność łączenia łagodnego orkiestrowego akompaniamentu – z wybijającymi się na pierwszy plan delikatnymi, pieszczącymi ucho instrumentami smyczkowymi – z tchnącymi dramatyzmem, bardzo ostro nakreślonymi partiami wokalnymi. Wywarło to na mnie duże wrażenie. Człowiek podświadomie do pewnych rzeczy przywyka, za dobrą monetę, a w każdym razie rzecz normalną, mając iunctim ostrość ludzkich głosów z ostrością smyczków. Dla przeciętnej aparatury audio jest to normą i jeśli już, to ewentualnie ludzki głos może być pieszczotliwy, a smyczki ostre, a nie na odwrót. Trzeba dopiero Kondo, by stało się odwrotnie, a zwłaszcza, by zostało to ukazane dobitnie.

Inną wyjątkową cechą prezentowanego zestawu była umiejętność – może już nie tak rzadka, ale jednak bardzo nieczęsta – całkowitego przezwyciężenia ograniczeń lokalowych i przeistoczenia niewielkiej sali hotelowej w wielką scenę koncertową.

Trzecią rzeczą na którą muszę zwrócić uwagę było zupełnie wyjątkowe ukazanie sfery emocjonalnej, czego przejawem – o paradoksie – była zdolność obnażenia sztucznej egzaltacji solistów, wydobywająca na wierzch z realistyczną obrzydliwością ich aktorski warsztat; całą tę udawaną egzaltację w miejsce egzaltacji prawdziwej. Brutalność z jaką system Kondo tego dokonał, owa swoista artystyczna pornografia i warsztatowy striptiz, też mi się mocno wryły w pamięć.

Podsumowując. Najdroższy system wystawy, kosztujący jak powiadają dwa miliony złotych z okładem, nie był wolny od ograniczeń. Słyszałem takie, które lepiej radziły sobie z najniższym basem i oferowały dźwięk szybszy tudzież bardziej atakujący. To jednak nie zmienia faktu, że pewne cechy są u Kondo całkiem wyjątkowe, a inne bardzo rzadko spotykanie. Nie sposób oczywiście ferować ostatecznych wyroków na podstawie wyrywkowego, trwającego kilkadziesiąt minut odsłuchu, na dokładkę opartego wyłącznie o nieznane sobie nagrania. Nie sposób też oceniać całościowo w oparciu o jedne głośniki, z pewnością znakomite, ale z pewnością też nadające odsłuchowi własnego charakteru. Można jedynie powiedzieć, że było to niezwykłe spotkanie z czymś wyjątkowym i to wyjątkowym nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, z uwagi na wartość materialną.

Słuchawki na Audio Show

Na koniec parę uwag o słuchawkach. Jako ich miłośnik muszę coś w tej marginalnej niestety dla Audio Show materii napisać. Wspominałem już, że w salonie Grobel Audio drugiego dnia można było słuchać wszystkich zestawów Staksa. Na parterze Radisson Blue Sobieski prezentowała się też firma Audiotech, przedstawiciel Ultrasona, cały czas udostępniająca wiele słuchawek tej marki, w tym także modele flagowe. Nie słuchałem, ponieważ wszystkie one są mi dobrze znane, a na niższe szkoda było czasu. Nie żebym gardził, po prostu co innego było do roboty. Opodal przedstawiciel Grado na Polskę – wszechobecny Audio System – prezentował nowe Grado PS-500, podpięte do także nowego wzmacniacza słuchawkowego Cary HH-1. Słuchałem przez krótką chwilę i brzmiało to obiecująco. Na piętrach można też było posłuchać Audio-Techniki, ale ze smutkiem dowiedziałem się, że jej polski przedstawiciel – firma Konsbud Audio – nie zdołał pozyskać dla siebie ani jednej sztuki nowego flagowca, modelu ATH-W3000 ANV. Podobno powstało jedynie pięćset sztuk, z których tylko bardzo niewielka ilość trafiła poza Japonię. Nie ma i nie będzie też bardzo chwalonych otwartych ATH-AD2000, bo producent nie chce ich do Polski eksportować. Mało pocieszająca była także wiadomość, że firma Rafko nie zdołała zorganizować na użytek wystawy najnowszego wzmacniacza HiFiMAN EF-6, w związku z czym świetne słuchawki tego producenta stały sobie bezczynnie w gablotkach, wzbudzając irytację odwiedzających. Jakby tego było mało, pan Sebastian, właściciel Grobel Audio, powiedział mi, że nie dogadał się z nowojorskim Woo Audio w kwestii dystrybucji ich szeroko znanego wzmacniacza dla słuchawek elektrostatycznych, toteż nie zawita on do jego sieci sprzedaży. Powód – kwestie ekonomiczne. No i masz ci los!

Z rzeczy pocieszających, dostałem obietnicę pozyskania na odsłuch sławnego wzmacniacza słuchawkowego Naim i wszelkich dostępnych u polskiego dystrybutora Audio-Technic, a także nowych słuchawek Focala. Grado PS-500 i Cary 300B SEI też powinny do mnie zawitać, podobnie jak nowy flagowy Denon i Fostex. No i tyle o słuchawkach.

Podsumowanie

Impreza się niewątpliwie udała. Możliwość obejrzenia i posłuchania takiej ilości doskonałego w zdecydowanej większości sprzętu, stanowi wartość samą w sobie. Oczywiście można narzekać. Teren wystawowy był rozproszony i rozłożony nierównomiernie, a przede wszystkim sam czas trwania zbyt krótki. Na zwiedzanie poświęciłem pełne dwa dni, a i tak nie udało mi się być wszędzie i nawet gdybym z samozaparciem doprowadził do bycia tam, gdzie być mi się nie udało, musiałbym z braku czasu nie być gdzie indziej. Poza tym każdorazowo pod wieczór miałem już szczerze dosyć i solidnie szumiało mi w głowie. Nie ma jednak co utyskiwać i marudzić; organizatorom i wystawcom należą się słowa uznania za poświęcony czas i nakład pracy. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłych latach impreza uda się jeszcze bardzkiej.

Warto może przy okazji poczynić parę uwag odnośnie samych odsłuchów. O przygaszeniu światła już pisałem. To naprawdę bardzo ważne, bo odbiór zmienia się diametralnie. Kolejna rzecz to repertuar. Towarzysząca mi córka jest miłośniczką jazzu, bluesa i tego rodzaju klimatów, w których znakomicie się orientuje i w mig rozpoznaje wykonawców. Jednak i ona była gotowa przyznać, że co za dużo, to niezdrowo, a poza tym tego rodzaju muzyka bardzo utrudniała wychwycenie wad i walorów poszczególnych systemów. Być może wystawcy wiedząc o tym serwują właśnie tego rodzaju muzykę z premedytacją, ale powinni brać też pod uwagę irytację jaką tym wywołują. Ci, którzy na analizowaniu torów audio choć trochę się znają i nie przychodzą tylko się gapić, byliby im z pewnością wdzięczni za bardziej urozmaicony i różnorodny repertuar.

I jeszcze jedna sprawa. W wielu miejscach poziom głośności był nieakceptowalnie wysoki i całkowicie nieadekwatny do rozmiarów pomieszczenia. Ktoś się chyba za dużo naczytał o tym, że głośniejsze granie z reguły jest odbierane jako lepsze i uwierzył w tę bajkę. Bardzo lubię głośne granie i często je sobie aplikuję, no ale bez przesady. Zlewający się w bezładny monolit grzmot, to coś co nie przystoi koneserom muzyki.

Na sam koniec, stary zrzęda, dorzucę dwa słowa w kwestii savoir-vivre. Na użytek takiego spotkania będzie jak znalazł. Nie uczą tego w szkołach i mało kto teraz przykłada wagę, ale warto wiedzieć, że według starej zasady pierwszeństwo mają zawsze ci, którzy dane pomieszczenie opuszczają, przed tymi, którzy do niego wchodzą. Dlatego nie należy się wpychać, tylko grzecznie poczekać, aż wychodzący wyjdą. Druga rzecz, to sposób docierania do miejsc w rzędach, kiedy mijamy siedzących skraja, by usiąść pośrodku. Otóż nie robimy tego przeciskając się do nich tyłem. To bardzo niegrzecznie. Zawsze mijamy ich zwróceni przodem.

No i będzie tego Audio Show.

2 komentarzy w “Audio Show 2012 Dzień Drugi

  1. BartekOstaszewski napisał(a):

    Ciezko jest znalezc hifiphilosophy.com w googlach na niektore slowa kluczowe, przydaloby sie pozycjonowanie, polecam podpiac sie podpiac system wymiany linkow, im wiecej masz podstron tym wiecej punktow otrzymasz. Punkty mozesz przeznaczyc na linki do twojej strony czyli masz seo za darmo.
    Wystarczy poszukac w google – seo stronka z seo poradami – tu jest wszystko opisane, napewno ci sie przyda, ruch na stronie powinien wzrosnac nawet kilka razy
    pozdro

  2. Staszek napisał(a):

    Święte słowa z tym jazzem, którego nota bene bardzo lubię, ale który utrudnia ocenę sprzętu i sprawia mylne wrażenie o jego charakterystyce brzmieniowej. Obawiam się, że niewiele z tych postulatów zostanie spełnione, bo takie targi to jednak nade wszystko (mniej lub bardziej irytujący) marketing…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy